Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Gawlińska: Najpierw zakochałam się w jego muzyce

Wyobrażałam sobie, że przyjdę, powiem "cześć", a on padnie trupem z wrażenia, od razu się zakocha i oświadczy - wspomina Monika Gawlińska, menedżerka zespołu Wilki, autorka tekstów, poetka. Prywatnie muza i żona Roberta Gawlińskiego, mama dwóch przystojnych długowłosych rockandrollowców.

Agnieszka Nabrdalik: Będziemy rozmawiać o tobie. Jak się z tym czujesz?

Reklama

Monika Gawlińska: - Mam wątpliwości, bo tak naprawdę przez całe życie stoję za Robertem, w drugim szeregu. Przeniesienie akcentu jest dla mnie czymś nowym. Zdarzają mi się momenty, kiedy mówię o sobie i w swoim imieniu, ale dzieje się to rzadko.

Kiedy ostatnio?

- Całkiem niedawno zrobiłam pierwszy krok. Wydałam tomik wierszy. Nie dziw się. Serio. I wiesz, co jest niesamowite? Robert był jedną z ostatnich osób, które moje wiersze przeczytały przed wydaniem.

Dlaczego nie pierwszą? Mówisz, że jest ci najbliższy.

- Ale to jemu najbardziej bałam się pokazać to, co napisałam. Nie dlatego, że mnie skrytykuje, tylko dlatego, że mnie nie skrytykuje, bo jestem jego żoną. Bałam się, że usłyszę: "Nie, no, Misiek, fajnie, w ogóle super, cieszę się, że się rozwijasz. Pisz, kochana, pisz". Nie wyobrażałam sobie, że jeśliby mu się nie spodobało, powie tak po prostu: "Słuchaj, stara, to do dupy jest, banialuki jakieś".

I nadeszła chwila prawdy...

- Nie tak szybko. Pokazanie wierszy Robertowi było dla mnie dużo większym problemem niż ich napisanie. To tak, jakbym miała stanąć na środku tej knajpy i zrzucić z siebie ubranie. Nie uwierzysz, jak długo się do tego zabierałam. Miałam ze dwa albo i trzy podejścia. Raz aż się z tego wszystkiego upiłam. (śmiech) Pomyślałam: wypiję jeden kieliszek dla odwagi i powiem! Po pierwszym stwierdziłam, że jeszcze jeden i wtedy już na pewno powiem. Albo nie, wypiję trzeci i od razu dam mu do przeczytania. Aż w końcu odpuściłam i poszłam spać. Musiałam się przełamać.

- Pewnie ciężko w to uwierzyć, ale jestem z natury bardzo nieśmiała. Musiał mieć ze mnie niezły ubaw, gdy zażyczył sobie, żebym mu te wiersze przeczytała. Tłumaczył, że gdy sam to zrobi, będzie to coś zupełnie innego. Siadłam w kącie i powiedziałam: "Okej, przeczytam, tylko na mnie nie patrz". Śmieszne, co? Jak teraz to wspominam, to myślę, że do psychologa należałoby pójść, bo takie sytuacje pokazują, jak bardzo jestem zablokowana.

Co cię tak blokuje?

- Dobre pytanie. W pierwszej chwili pomyślałam, że może strach przed krytyką, ale nie. Myślę, że nieśmiałość wobec mistrza. Pisałam maturę z jego tekstów, więc cały czas odzywa mi się w głowie tamto uczucie — olbrzymi szacunek do niego jako autora tekstów i jako poety.

Wiedział, że piszesz wiersze?

- Chyba nie. Choć zawsze pisałam, tyle że do szuflady. Notowałam coś na karteczkach, próbowałam prowadzić pamiętnik. Szło mi marnie. Były też lata, kiedy zbierałam pomysły dopiero na koniec roku. Nagle zapalała mi się lampka: "O rany, tyle czasu minęło, a ja nic nie napisałam! No to napiszę!". Mam gdzieś taki ukryty głęboko babski zeszyt z kokardką. W nim jest sporo pomysłów.

- Kiedyś poczułam impuls na koncercie Wilków. Chłopaki wyszły na scenę, a mnie nagle coś przyszło do głowy, wyjęłam kartkę i zaczęłam pisać. Nie wiem, jak to się stało, że zostawiłam ten wiersz w garderobie. Po koncercie Robert pyta: "Co to jest?". A ja: "Maskotki od fanek i jeszcze to, jakiś wierszyk chyba". Wziął do ręki, przeczytał i mówi: "To jest dobre! Zobacz!".

Nie przyznałaś się, że to twoje?

- Nie, ale pomyślałam sobie, że może powinnam wyciągnąć te, które już mam, napisać jeszcze kilka i wydać. Czaiłam się z tym. Pojawiały się nowe wiersze, a ja cały czas je chowałam. Po tym zdarzeniu chyba nabrałam pewności siebie. To wtedy zdecydowałam: "Niech wyfruną!", ale musiało upłynąć trochę czasu, zanim powstał tomik.

Kiedy piszesz?

- Wcześnie rano, gdy wszyscy śpią i nikt mi nie przeszkadza. Muszę mieć spokój. Tylko wtedy potrafię się na tyle wyluzować, otworzyć. Albo w samochodzie. Zdarza mi się, że skręcam na pierwszy z brzegu parking lub stację benzynową, często też staję na awaryjnych na poboczu i piszę, bo akurat coś przyszło mi do głowy.

O czym są te wiersze?

- Te z tomiku? To są wiersze o... trochę o mnie, trochę o Grecji, ale głównie o moim facecie. (śmiech)

- O Boże! Co za obciach! Pomyślisz: "Ta kobieta nie ma własnego życia, wpatrzona jest w niego jak w boga".

Zastanawiam się, jaki wiersz może powstać o mężczyźnie, z którym przeżyło się ponad trzydzieści lat? Jakim Robertem się dzielisz?

- To trochę jak z pytaniem: "Co poeta miał na myśli?". Podaruję ci tomik, to sama się dowiesz. Trudno mi mówić o tym, co napisałam. W tych wierszach jest kawał naszej historii, dużo przemian.

Denerwujesz się, gdy mówisz o swojej poezji.

- Bo wolę nie mówić. Czuję, że ludzie nie są otwarci na rozmowy o poezji. Gdy kupiliśmy nasz pierwszy dom w Józefowie, miałam śmieszne marzenie. Któregoś wieczoru rozpaliliśmy w kominku, piliśmy wino, padał śnieg. Było ślicznie. Zapytałam Roberta: "A gdybyśmy tak zaprosili przyjaciół i poczytali swoje ukochane wiersze?". Przyznał, że to fajny pomysł. Następnego dnia przyszedł do nas Andrzej Smolik, grał wtedy w Wilkach, mieliśmy świetny kontakt. Dołączył ktoś jeszcze, rozmawialiśmy o tym, jak ważny w piosence jest tekst. I nagle wypaliłam: "Słuchajcie, w takim razie spotkajmy się znowu w przyszłym tygodniu. Weźcie swoje ulubione wiersze, poczytamy sobie na głos". Smolik popatrzył na mnie dziwnie: "No co ty, ja bym się ze wstydu spalił, jakbym miał wiersz na głos przeczytać". Potem okazało się, że sama nie byłam w stanie przeczytać swoich wierszy Robertowi. Prozę bez problemu przeczytam, poezji już nie. Coś w ludziach jest takiego...

Słyszałam, że jesteś wielbicielką Haliny Poświatowskiej.

- Uwielbiam ją! Tomik Poświatowskiej leży na nocnej szafce przy łóżku. Czytam ją nałogowo, jest ze mną od dziecka. Przynosi mi ukojenie.

Koi? Mnie raczej niepokoi.

- Jest niepokojąca, ale przecudna. Uwielbiam wszystkie jej wiersze o śmierci. Może dlatego, że sama obsesyjnie boję się umierania. Oczywiście martwię się o to, czy moje dzieci wyrosną na szczęśliwych ludzi, czy im się pięknie wszystko w życiu ułoży, czy będą zdrowe, ale najbardziej boję się własnej śmierci.

Poświatowska z nią oswaja?

- Tak. Całe życie ocierała się o śmierć. Bardzo wcześnie i często przerabiała ten temat.

A ty?

- Hm. No wiesz, każdy umiera sam.

Myślę, że w twoim życiu ten temat też pojawił się wcześnie. Wzięliście ślub, mimo że kilka dni wcześniej u Roberta zdiagnozowano nowotwór. Nie przyszło ci wtedy do głowy, że może nie przeżyć operacji?

- Absolutnie nie było takiej możliwości.

Jak to sobie tłumaczyłaś? Miałaś dwadzieścia jeden lat. Byłaś za młoda na oswajanie śmiertelnej choroby.

- Mocno wierzyłam w to, że skoro tak bardzo się kochamy, to nam się po prostu uda. Bo dlaczego na początku naszej wspólnej drogi, na którą dopiero co weszliśmy, mielibyśmy się rozstać w tak okrutny sposób? W ogóle nie brałam tego pod uwagę. Natomiast gdzieś w środku musiałam strasznie się bać, bo wyparłam wszystko, co działo się w szpitalu. Nie pamiętam przygotowania do operacji, zabiegu, całego tego dnia. Nic. Pustka.

- A pamięć mam świetną. Ktoś na przykład rzuca: "Wtedy byliśmy w Jarocinie!", a ja odtwarzam, co jedliśmy, w co kto był ubrany, gdzie spaliśmy, jestem w stanie dojechać tam bez mapy. Chociaż nie! Mam jeden przebłysk. Siedzę z teściem na korytarzu. Wychodzi profesor, który operował Roberta, i pokazuje nam zdjęcie rentgenowskie. Rozpoznaję jakieś narzędzie chirurgiczne i fragment czaszki. Profesor mówi: "Usunęliśmy to. Operacja się udała". Tylko tyle. Nie wiem, jak wróciłam do domu, co czułam, czy się bałam. Wymazałam to.

Kogo dotyczy twój paniczny lęk przed śmiercią?

- Tylko mnie, bo to moja śmierć i mój koniec. Jeśli umrę pierwsza, to wszystko mi jedno. Ciekawa tylko jestem, kto zorganizowałby mi pogrzeb. Jeśli on umrze pierwszy, to ja zaraz po nim, bo co bez niego będę robiła? Kolejność nie jest ważna.

Łatwo wyznajesz w wywiadach, że nie wyobrażasz sobie życia bez Roberta.

- Bo nie wyobrażam.

Przemyślałaś to? Nie potrafisz wyobrazić sobie, że żyjesz sama albo z kimś innym?

- Nie. Dam ci przykład. Ostatnio wyruszyliśmy do Grecji oddzielnie. Jechałam samochodem z psem i naszym kumplem Piotrkiem, a Robert dzień później wylatywał samolotem. Nasi synowie, Beniamin i Emanuel, razem z nim. Fatalnie się z tym czułam. Wstał o świcie, żeby dać mi całusa na pożegnanie. Całą drogę myślałam o tym, że wszyscy się ze mną pożegnali. Poprosiłam kumpla, żeby jechał ostrożnie. Bardzo brakowało mi Roberta, no to o nim opowiadałam. Piotrek dobrze nas zna, jeździ z nami na koncerty, a i tak jeszcze musiał przez dwa i pół tysiąca kilometrów słuchać, jak Gawlińska nawija o mężu.

- Przez cały kolejny dzień byliśmy z Robertem na telefonie. Nie mogłam wytrzymać z tęsknoty. Spotykamy się wreszcie, a Robert mówi: "Wiesz, jakie miałem rwanie w samolocie?! Jak tylko lecę bez ciebie, to zawsze mnie baby obsiądą!". (śmiech)

Teraz z tego żartujesz, ale kiedyś przeganiałaś jego fanki.

- Znosiłam je świetnie, dopóki nie zaszłam w ciążę. Czułam się wtedy absolutnie nieatrakcyjna. Toczyłam się z wielkim brzuchem i patrzyłam na laski, które rzucają mu się na szyję, obściskują go, prawie rwą na nim ciuchy. W trasy zabieraliśmy naszego psa — mieszańca boksera z buldogiem. Wyglądał groźnie, ale był bardzo łagodny. Doskonale wyczuwał, kiedy we mnie zapala się czerwona lampka i jak panny za bardzo obsiadały Roberta, skubał je po tyłkach. Uwielbiałam go za to.

Ale byłaś wkurzona.

- Byłam. A co mogłam zrobić?

Trzepnąć w ucho.

- A za co miałam trzepnąć tego biednego faceta?

Zaraz usłyszę, że onieśmielała go ta sytuacja.

- No co miał zrobić? Wiadomo, że po koncercie przychodzą dziewczyny i chcą autograf. Wtedy rzeczywiście były mocno rozochocone, a może je sobie przerysowywałam? Chociaż nie. To był szał. Laski koczowały pod naszym blokiem, pod naszymi drzwiami. Sytuacja trochę uciążliwa, choć z drugiej strony — podkręcało to atmosferę w związku.

U was bywało ostro. Za co wbiłaś mu nóż w tyłek?

- Nie wbiłam. Bzdura jakaś.

Pisano o tym w gazetach.

- Znajomy namówił nas na podkolorowanie tej historii. Miało być pikantnie, rockandrollowo, takie jednorazowe story. Chwyciło i teraz ciągnie się to za nami.

Jednak przyznałaś, że trochę prawdy w tym było...

- Odrobina, jak to w bajkach. Tło się zgadza, nóż już nie.

Pamiętasz, kiedy naprawdę puściły ci nerwy?

- O tak! Uśmiejesz się. Chłopcy mogli mieć po dwa lata. Wynajmowaliśmy mieszkanie na Żoliborzu. Robert wyszedł na imprezę, miał wrócić w nocy, ale nie wracał. Wypatrywałam, czy podjeżdża taksówka, a gdy już jakaś podjechała, miałam nadzieję, że to on z niej wysiądzie. Minął cały dzień, wieczór, a ja wciąż w oknie. W końcu go widzę i oczom nie wierzę. Mój mąż idzie spokojnym krokiem od strony warzywniaka, niesie słonecznik, wyskubuje pestki i pluje nimi na boki. Spacerkiem, zamiast biegiem, jakby nie przyszło mu do głowy, że w domu żona czeka i na pewno się denerwuje. Wcale się nie spieszył i tym wyprowadził mnie z równowagi. Wpadłam w szał. A on: "O co ci chodzi, kobieto? Przecież wróciłem". Na to ja: "Szedłeś spacerkiem!". "A co, miałem biec?". Gdybym to ja tak narozrabiała, pędziłabym do chaty cała w nerwach.

Narozrabiała? Przecież to nie w twoim stylu. Nie jesteś imprezowiczką.

- No nie jestem. Kiepska ze mnie partnerka dla sowy. Wcześnie wstaję, kładę się przed dwudziestą drugą, wyeksploatowuję się w ciągu dnia. Wypijam dwa kieliszki wina i od razu ziewam. Raz wyszłam się zabawić bez Roberta — wróciłam po godzinie.

Sama nigdy nie imprezowałaś? To co ty robiłaś, zanim go poznałaś?

- Do pewnego momentu byłam prymuską. Rodzice wychowywali mnie w rygorze. Musiałam wracać przed dwudziestą, mówić mamie, gdzie i z kim jestem, w każdą niedzielę byłam na mszy świętej. Potem znudziło mi się chodzenie na nabożeństwa. Obok kościoła było zoo. Odczekiwałam godzinę przy klatce z małpami albo jaguarem. Później mama odpytywała mnie z czytań. Wiedziałam, co powiedzieć. Byłam bielanką — należałam do Dziewczęcej Służby Maryjnej, więc katechizm znałam na pamięć. Mam maturę z religii.

Nie wierzę! Matura z religii i poezji Gawlińskiego. Pozwolili bielance pisać o jarocińskim undergroundzie?

- Wolny temat: "Poezja XXI wieku". Trafiło mi się. Poza tym Robert zawsze mówił, że dziewczyna poety musi mieć piątkę z polskiego, to z matury też miałam.

Byliście już wtedy parą?

- Tak, ale najpierw zakochałam się w jego muzyce. Byłam wtedy w drugiej klasie ogólniaka. Oblałam fizykę na egzaminie komisyjnym. Repeta. Rodzice za karę nie puścili mnie na festiwal do Jarocina. Słuchałam relacji w radiowej Trójce i nagle zabrzmiał głos, który totalnie mnie zaczarował, i muzyka, jakiej nigdy w Polsce nie było. Słuchałam tego numeru, nie wiedząc, kto śpiewa. Kaczkowski miał swój patent na zaszyfrowywanie nazw zespołów. Pod koniec wakacji koleżanka wyciągnęła mnie na koncert w "Parku". Minęłam w drzwiach faceta i tak zaiskrzyło, że zrobiło mi się słabo. A potem ten sam facet stanął na scenie i zaśpiewał piosenkę, którą znałam z radia. Musiałam go poznać.

- Zrobiłam sobie znaczek zespołu Roberta — Madame, i poprosiłam kumpla, który z nimi się kręcił, żeby mnie przedstawił. Wyobrażałam sobie, że przyjdę, powiem "cześć", a on padnie trupem z wrażenia, od razu się zakocha i oświadczy. Nie miałam doświadczenia w poznawaniu facetów.

I co? Nie padł?

- Myślałam, że każdy facet zapala się do takiej kobitki: fajne cycki, krótka spódniczka, trampki, pokolorowane włosy. A on popatrzył na małego kaczora z natapirowaną czupryną, zobaczył własnoręcznie zrobiony znaczek jego zespołu i powiedział jak do zwykłej fanki: "Przyjdź na próbę". No to poszłam. Potem, jak wpadliśmy na siebie przypadkiem, zaprosił na kolejną. Po próbach odprowadzał mnie do domu, mówił "pa!" i szedł na imprezę. To wszystko. Zastanawiałam się, dlaczego jeszcze się nie zakochał. Fajnie nam się gadało, ale Robert traktował mnie jak dziewczynkę, która czuje jego teksty, i tyle.

W końcu znalazłaś na niego jakiś sposób?

- W ogóle nie szukałam. Przyjęłam, że jesteśmy bliskimi przyjaciółmi. Robert wpadał do mnie, zostawiał zadania z matmy do rozwiązania (chodził wtedy do wieczorówki) i pędził dalej, bo był umówiony ze swoją dziewczyną albo z koleżankami. Nie wnikałam, kim one są, przecież nie byliśmy razem. Miałam zakochanego we mnie adoratora. Traktowałam go jak kumpla, trochę go używałam, trochę leczyłam ambicje. Nie byłam dla niego dobra. Roberta odpuściłam sobie, gdy pojechał w trasę. Przez dwa tygodnie nie mieliśmy kontaktu. Pomyślałam, że już się nie pojawi. I nagle dzwonek do drzwi. Otwieram — to on. "Cześć. Zakochałem się". Na co ja: "Okej, rozumiem. W kim?". "No w tobie".

Potrzebował czasu.

- Pół roku mu to zajęło.

To i tak dobry wynik. Skakałaś ze szczęścia?

- Jasne! Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi!

Fragment wywiadu z Moniką Gawlińską z książki Agnieszki Nabrdalik "Dzisiaj rozmawiamy o Pani", która ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego 16 marca. Tom zawiera także rozmowy z Alicją Kapuścińską, Wacławą Myśliwską, Karoliną Niedenthal, Jolantą Pawlik, Anną Religą i Wiesławą Starską.


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje