Przejdź na stronę główną Interia.pl

Małżeństwo? To trudne

Twarz usiana piegami, rude włosy, zielone oczy. Julianne Moore skończyła 55 lat i nadal zachwyca wielką urodą. Ma w sobie elegancję i klasę dawnych gwiazd Hollywood. Wie, czego chce i jak to osiągnąć, ale planów nie robi. Bo jak mówi: "Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana"

Spotykamy się na festiwalu w Berlinie tuż przed światową premierą "Planu Maggie" Rebekki Miller (w polskich kinach od 23 września). Julianne Moore, świetna aktorka dramatyczna, tym razem gra rolę komediową. Jej Georgette to ekscentryczna wykładowczyni akademicka, fanka puchatych swetrów i zdań wielokrotnie złożonych. I zarazem pierwsza żona Johna (Ethan Hawke), którego na swojej drodze spotyka tytułowa Maggie (Greta Gerwig). Na ekranie przezabawna, na żywo ujmująco bezpośrednia, ale też nienachalnie elegancka. Naszą rozmowę zaczyna od przeprosin. I to - jak na dobrze przygotowaną uczestniczkę Berlinale przystało - po niemiecku.

Reklama

Julianne Moore: - Ich bin krank! Ich wünsche mein deutsch besser wahr, but es ist sehr schlecht... (Jestem chora! Wolałabym, żeby mój niemiecki był lepszy, ale to trudne... - red.) Rozchorowałam się w samolocie. Gardło zaczęło mnie drapać jeszcze w Nowym Jorku, w Londynie było znacznie gorzej, a w Berlinie mój głos ostatecznie zniknął. A ja nigdy, przenigdy nie choruję!

PANI: Nie szkodzi, jeśli jutro obudzę się z bólem gardła, to po prostu powiem znajomym, że zaraziła mnie Julianne Moore.

(śmiech) Jeśli to pomoże!

Na plan weszła pani niemal prosto z oscarowej ceremonii, gdzie dostała pani statuetkę za poruszającą rolę w "Motyl Still Alice" w reż. Richarda Glatzera i Washa Westmorelanda. Czy tak uznana aktorka dramatyczna czuje się komfortowo, rozśmieszając widownię?

- Bawienie ludzi jest bardzo trudne. Nigdy nie wiesz, czy jesteś naprawdę zabawny, czy tylko ci się tak wydaje... Wszyscy znamy te sytuacje, kiedy uważamy, że coś jest rozbrajająco śmieszne, a inni pukają się w czoło. Okropnie się bałam, że ludzie nie będą reagowali na "Plan Maggie" tak, jak zaplanowaliśmy, że nasze żarty do nich nie trafią. Pierwszy galowy pokaz z publicznością rozwiał, na szczęście, te lęki.

Podobno żeby rozbawić Boga, wystarczy podzielić się z nim swoimi planami. Pani dużo planuje?

- Już od najmłodszych lat czułam, w którą stronę chcę iść, ale nie miałam żadnych konkretnych planów. Nie mogłam ich mieć, bo jako dziecko cały czas przenosiłam się z miejsca w miejsce i nigdy nie wiedziałam, co nas czeka za miesiąc lub dwa. Koledzy mówili na zakończenie klasy: "To do zobaczenia po wakacjach", a mnie pozostawało zrobić głupią minę, bo nie miałam pojęcia, czy nie skłamię, odpowiadając twierdząco. Do dziś nie planuję dalej niż na tydzień do przodu. Jasne, umówię się na zajęcia jogi, na lunch, ale kiedy ktoś zaprasza mnie na jakieś wydarzenie, mówiąc: "Już zaraz, w listopadzie", to nie wiem, co odpowiedzieć. Jestem przekonana, że jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana.

Co najbardziej spodobało się pani w scenariuszu "Planu Maggie"?

- Intrygująca była dla mnie relacja między dwiema kobietami, "moją" Georgette, czyli eks, i Maggie, aktualną małżonką Johna. Wbrew stereotypowi nie są one rywalkami, przeciwnie - gdy Maggie poznaje Georgette, ta wydaje się jej interesująca, od razu czuje do niej sympatię. Z kolei Georgette widzi, że Maggie ma świetną relację z jej dziećmi, i to jest wystarczający argument, żeby dać jej szansę. Zauważam takie sytuacje we własnym otoczeniu. Wiele spośród moich rozwiedzionych znajomych zaakceptowało nowe partnerki swoich eksmężów właśnie dlatego, że były one dobrze odbierane przez ich latorośle.

Ten film opowiada m.in. o poszukiwaniu formuły na idealne małżeństwo. Pani od lat jest w szczęśliwym związku. Jaki jest jego sekret?

- Cieszę się każdym dniem i nigdy nie przestaję się starać. Myślę, że wraz z upływem czasu rodzina stała się bardzo skomplikowaną konstrukcją i dziś utrzymanie jej w dobrej kondycji wymaga więcej energii niż jeszcze kilka dekad temu. Nikt już nie traktuje jej jako gwaranta szczęścia. Trzeba dążyć do tego, żeby było dobrze.

Związki stały się trudniejsze, bo coraz mniej cenimy tradycyjne wartości?

- Małżeństwo to specyficzny rodzaj związku. Powstało jako koncepcja natury ekonomicznej, a z czasem zmieniło się w romantyczny konstrukt. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzi się w związek małżeński, druga osoba staje się nagle naszą rodziną. A z rodziną można drzeć koty, ale przecież się nie zrywa. To dziwna sytuacja... W relacji trzeba iść sobie na rękę, mieć dla siebie ogromne pokłady empatii, zaangażowania. To bardzo trudne!

Czyli dobry związek to nie tylko kwestia łutu szczęścia, ale i pracy?

- Okropnie to brzmi: "praca"... Przecież związek powinien dawać nam przyjemność! Są takie, które się udają, i takie, które okazują się porażką. Na pewno wymaga to od nas wysiłku, ale chyba nie nazwałabym tego pracą. Jeśli jest to tak cholernie trudne, to po co się męczyć? (śmiech) Rzeczywiście, żyjemy w czasach rozmaitych możliwości i pokus. Nie musimy trwać z kimś za wszelką cenę. Ale nie zawsze wyjście z małżeństwa wydaje się łatwiejszym rozwiązaniem. Jestem przekonana, że moi znajomi, którzy przeszli przez rozwód, nigdy nie określiliby tego doświadczenia w ten sposób.

Na festiwalu w Berlinie obok "Planu Maggie" miał premierę film "Co przynosi przyszłość" Mii Hansen-Løve z Isabelle Huppert...

- ...uwielbiam ją, to moja ulubiona aktorka!

Czyżby czekał nas w kinie powrót mody na seksowne intelektualistki?

- Rola aktywnej akademiczki to fantastyczne wyzwanie. Język, którym operuje Georgette, jest niezwykle specyficzny, celowo nieprzejrzysty. Rebecca skonstruowała konflikt małżeński niczym akademicką dysputę. Intelektualna stymulacja to dla tych ludzi absolutnie podstawowa potrzeba w związku.

Pani lubi wyrażać emocje poprzez słowa, opisywać je?

- Najtrudniejsze i najważniejsze, co możemy dla siebie zrobić, to się ze sobą komunikować. Cokolwiek umożliwia nam wyrażenie danego uczucia, jest wartościowe. Między innymi z tego powodu kocham język.

Skoro o języku mowa - w jaki sposób ćwiczyła pani charakterystyczny akcent swojej bohaterki?

- Mój duński akcent brzmi elegancko, prawda? (śmiech) Kiedy wraz z Rebeccą pracowałyśmy nad moją postacią, musiałyśmy jej wymyślić biografię, określić kraj pochodzenia. Obie dorastałyśmy z pochodzącymi zza granicy matkami - jej była Austriaczką, moja Szkotką. Umiem sobie zatem wyobrazić osobę, która nie tylko ma inny akcent, ale też różni się kulturowo od środowiska, w którym przyszło jej żyć. Sposób mówienia Georgette, jej styl bycia, ubierania - to wszystko podkreśla jej przynależność do innej kultury. Ale zagranie bohaterki o duńskich korzeniach nie było aż tak trudne. Mam kilku przyjaciół z Danii, a ostatnie lato spędziłam w Kopenhadze. Ćwiczyłam też sporo z trenerem dialektu, odtwarzałam rozmaite nagrania. Wczoraj na kolacji znajomi z Niemiec powiedzieli mi, że lepiej rozumieją taki "obcy" akcent niż oryginalny amerykański zaśpiew. Bo Georgette mówi w języku, który nie jest dla niej naturalny, a przez to komunikuje się bardziej starannie.

Jak się pani czuła ubrana w puchate swetry z wielkimi ramionami, uczesana w ścisłe koczki?

- Uwielbiałam je! Staraliśmy się poprzez wygląd podkreślić ekscentryczny charakter bohaterki. To artystyczna dusza, Europejka. Jasne, w Nowym Jorku też dużo osób chodzi w białych chodakach, sama do nich należę. Ale te drobiazgi zebrane w całość tworzą bardzo sugestywny przekaz. Zakochałam się w tych puchatych swetrach i kurteczkach! Mam zresztą kilka podobnych w swojej szafie.

No proszę, chodaki i moher w szafie u jednej z bardziej stylowych kobiet świata!

- Są ludzie, którzy wyglądają szykownie nawet przez sen, jakby się z tą modową intuicją urodzili. Myślę, że na pewno istnieje pewien rodzaj wizualnego talentu, który polega na zdolności widzenia kształtów, kolorów. Ale on nie dotyczy wyłącznie mody. Wystarczy rozejrzeć się po berlińskich ulicach - ta ciężko doświadczona przez historię miejska przestrzeń na pewno została poukładana przez kogoś takiego.

Pani bohaterka jest starsza od swojego męża. To niepopularna konfiguracja - znacznie częściej aktorom towarzyszą młodsze partnerki.

- A w moim świecie to wcale nie jest rzadkość. Ja sama nie lubię dzielić świata według płci, wieku, kultury. Mam dwoje dzieci - syna oraz córkę - i chcę dla nich obojga tego samego.

Czy zatem "Plan Maggie" byłby takim samym filmem, gdyby zrobił go mężczyzna?

- Pewnie powstałoby coś innego, ale to nie byłoby złe! Często mówimy o płci w kontekście opowiadanych przez ludzi historii, filmów, książek. I rzeczywiście coś w tym jest. Przyglądając się mojemu mężowi, zdałam sobie sprawę z tego, że jego interesują inne rzeczy niż mnie. On opowiada swoją historię i jest to historia męska. Dlatego problemu zbyt małej różnorodności w branży filmowej nie załatwi nakłanianie mężczyzn, by pisali więcej o kobietach czy dla kobiet. Jedynym sposobem jest oddanie głosu tym, którzy tworzą te narracje, bazując na własnych odczuciach i doświadczeniach. Każdy twórca czerpie z siebie i nie widzę w tym niczego złego.

Dyskusje na temat równości płci są obecne we wszystkich sferach, na przykład w polityce. Madeleine Albright (pierwsza kobieta sekretarz stanu w USA, powołana na to stanowisko w 1996 r. - red.) wywołała kontrowersje, mówiąc, że jest specjalne miejsce w piekle dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet, dyskredytując w ten sposób panie niegłosujące na Hillary Clinton.

- Albright przeprosiła za tę wypowiedź. Napisała na ten temat specjalny tekst. Skomentowała to także legendarna feministka Gloria Steinem, co bardzo mnie ucieszyło, bo chyba obie zrozumiały, że zabrzmiało to nie tak, jak chciały. Zamiast łączyć, podzieliło odbiorców. Sama Hillary Clinton nigdy nie powiedziała niczego takiego. Ale ludziom zdarza się popełniać błędy. Ważne, by umieć się do tego przyznać i ponieść konsekwencje. Mam ogromną nadzieję, że płeć przestanie być jednym z najgoręcej dyskutowanych tematów, ilekroć na wokandę wchodzi kwestia predyspozycji przywódczych. Zresztą, na swój sposób podziwiam polityków. Wybierając taką drogę, stają się żywą tarczą, dotyka ich mnóstwo nienawiści i szykan. Hillary Clinton była ofiarą wielu wstrętnych ataków, także ze względu na to, że jest kobietą. A żeby zmiana kulturowa stała się faktem, potrzebujemy takich osób jak ona. Jestem głęboko przekonana, że to najwyższy czas na kobietę prezydenta.

Rozmawiała ANNA TATARSKA

 PANI 10/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje