Przejdź na stronę główną Interia.pl

Łucja Prus: Śpiewała nawet w wannie

Urządzała niezapomniane party dla zaprzyjaźnionych artystów.

"Nie czuję się gwiazdą. Podejrzewam też, że jest to ktoś, kto wszystko stawia na jedną kartę. Ja tego nigdy nie robiłam" - mówiła Łucja Prus. Od dziecka uwielbiała śpiewać. Z koleżankami namówiła nauczycieli, by pozwolili im założyć w piwnicy klub szkolny. Same odmalowały ściany i urządzały występy. Charakter musiała odziedziczyć po energicznej mamie, która zawiadywała prywatną piekarnią, co oczywiście nie podobało się władzom. Interes kazano zamknąć, rodzina ratowała się założeniem obwoźnego bufetu z kiełbaskami i bułkami. Pani Prusowa stała się lokalną sensacją, gdy jako druga kobieta w Białymstoku zrobiła prawo jazdy i kierowała ciężarowym jelczem.

Wasowski i ostrygi

Reklama

Łucja urodziła się w 1942 r. w Białymstoku. Skończyła średnią szkołę muzyczną i trafiła do studium wokalnego Pagartu, któremu patronował Jeremi Przybora. Wykorzystała szansę - w wieku 20 lat zajęła II miejsce w Radiowym Konkursie Piosenkarskim. Cenniejsze niż nagroda (telewizor Szmaragd) była opinia Jerzego Wasowskiego. Przekonał ją, że ma zadatki na wspaniałą wokalistkę. "To były dla mnie ostrogi" - mówiła potem. Przyjęła dewizę Starszych Panów: piosenka nie może być o niczym ani wykonana byle jak.

W 1965 r. udowodniła to, śpiewając w Opolu "Nic dwa razy się nie zdarza" Szymborskiej. Muzykę skomponował dla Łucji jej mąż, jazzman Jerzy Mundkowski. Wysiłek obojga się opłacił - zdobyła nagrodę specjalną Ministra Kultury. Potem były kolejne przeboje na różnych festiwalach, ale w parze z zawodowymi sukcesami nie szły te osobiste: jej małżeństwo się rozpadło. Pod koniec lat 60. nagrywała ze Skaldami. Przynieśli jej szczęście: wyszła za mąż za menedżera zespołu, Ryszarda Kozicza. Lata 70. należały do niej. Pisali i komponowali dla niej najlepsi: Nahorny, Wasowski, Osiecka, Kofta, Młynarski, Ptaszyn Wróblewski. Sięgała po wielkich poetów: Mickiewicza, nawet Szekspira!

W radiu do dziś krąży legenda, że na puszce zawierającej to ostatnie nagranie przyklejono kartkę: "Nie podawać nazwiska tłumacza!" - był nim zakazany Czesław Miłosz. Zawsze chodziło jej o muzykę, nigdy o sławę. "Chcę wam wyśpiewać, że życie jest piękne i trzeba korzystać z każdej jego chwili" - mówiła. Była szczodra, dzieliła się sukcesem, pomagała: Janusza Strobla namówiła do komponowania muzyki do piosenek, czuwała nad Zbigniewem Wodeckim podczas jego pierwszej trasy.

Uwięziony kompozytor

Dążyła do perfekcji, ale nie za wszelką cenę. Nahorny wspomina, że gdy próby odbywały się w jej domu, gotowała obiad, zajmowała się psem. "Człowiek nie wiedział, czy to była próba na poważnie, żart czy scena filmowa". Mimo to uchodziła za wcielenie profesjonalizmu. "Dawało się jej nuty i był spokój. Nie było nut niewykonalnych. Zaśpiewała wszystko, co trzeba, zawsze w swoim klimaciku" - zachwycał się Jan Ptaszyn Wróblewski.

Ona sama oceniała się znacznie bardziej surowo. Żałowała, że nie ma wyższego muzycznego wykształcenia, zaległości nadrabiała na prywatnych lekcjach. "Zmuszała mnie czasem do akompaniowania pieśni Schuberta, które miała zadane, i chciała sobie przyswoić" - śmiał się Nahorny. Kiedyś zwabiła go do domu, zamknęła na klucz, by skomponował muzykę do "Księżyca nad Kościeliskiem", co odwlekał od miesięcy. "Gdy wrócę, ma być gotowe!" - rzuciła i pojechała do Warszawy. Muzyka powstała w parę godzin.

Po urodzeniu Julki porzuciła karierę. Nagrywała w większości dla dzieci, coraz rzadziej występowała. Co innego było najważniejsze. Gdy mąż jeździł po Polsce i świecie jako menedżer Maryli Rodowicz, ona odkryła w sobie pasję ogrodniczą. Nie porzuciła muzyki, chodziła po domu, nucąc Schuberta. "Pamiętam mamę śpiewającą w wannie, przy fortepianie, podczas pielenia ukochanych kwiatów w ogrodzie. Zawsze śpiewała!" - wspominała Julia Prus.

Dom w Zaciszu pękał w szwach, stanowił centralny punkt tamtejszej kolonii artystycznej. "Była wspaniałym kumplem, nie można o tym zapominać - mówił Jan Ptaszyn Wróblewski. - Party u Łucji były sławetne i odbywały się często". Przychodzili sąsiedzi: Halina Frąckowiak, Alicja Majewska i Janusz Budzyński, Jerzy i Uta Gnatowscy. "Była świetną gospodynią, mistrzynią wielkich pieczeni, zwłaszcza baranich" - chwaliła Rodowicz.

Mieszkała na Ursynowie i dom Łucji był dla niej rajem na ziemi. Godzinami przesiadywali w ogrodzie. Dzieciaki piosenkarek razem taplały się w dmuchanym baseniku, pod czujnym okiem mam.

W latach 90. Julka namówiła mamę do powrotu na estradę. W 1996 r. pani Łucja wydała płytę z wierszami Wisławy Szymborskiej (która właśnie dostała Nobla). Wróciła do nagrywania kolęd, wydała krążek ze swoimi hitami. Rak piersi zdiagnozowano nagle. Na początku 2002 r. dała ostatni występ. Kolejny zaplanowano na marzec, ale piosenkarka nie zdołała wyjść na scenę. Nie mogła też dotrzeć na poświęcone jej nagranie "Szansy na sukces", umarła kilka dni po nim. Było piękne lato, zgodnie z życzeniem Łucji przyjaciele zamiast stypy urządzili więc piknik na łące. Na pogrzebie zabrzmiało nagranie Louisa Armstronga: "What a Wonderful World".

Dowiedz się więcej na temat: Łucja Prus

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje