Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pokazaliśmy, że każdy może pomóc

Krwawe, przerażające obrazy walk w Ghucie dały początek tej niezwykłej akcji. Rodzice kilkulatków skrzyknęli się w internecie i zbierają pieniądze dla dzieci z oblężonego syryjskiego miasta. W tydzień zebrano sto tysięcy złotych.

Mamo, czy możemy coś zrobić dla tych dzieci w  Syrii? -  pytanie ośmioletniego Ignacego uruchomiło łańcuch zdarzeń, który odmienił życie jego matki Agaty Grabowskiej i grona jej przyjaciół. Grupa rodziców wraz z dziećmi zaangażowała się w zbiórkę pieniędzy dla dzieci dotkniętego wojną syryjskiego miasta Ghuta. 

Reklama

A  zaczęło się tak: w pogodne, zimowe popołudnie Agata Grabowska, warszawianka prowadząca niewielką własną firmę doradztwa, wybrała się z rodziną do swych rodziców. 

- Moi synowie, Ignaś i młodszy o cztery lata Antoś bawili się, gdy ja przeglądając wiadomości w internecie, trafiłam na relację z  bombardowanej Ghuty. Poruszyło mnie zdjęcie chłopca leżącego pomiędzy grobami rodziców - opowiada.

Ignaś zauważył moje łzy i zapytał, co się stało. Opowiedziałam mu o tej wojnie i o tym, co przeżywają tam dzieci. Zapamiętał to, bo kilka dni później podszedł do mnie i zapytał zapytał, co możemy zrobić, żeby tym dzieciom pomóc.


Poruszona reakcją syna, uznała, że jeżeli jej ośmioletnie dziecko nie chce udawać, że tej wojny nie ma, to i ona powinna coś zrobić. Właśnie w jego imieniu. 

- Stąd wzięła się nazwa akcji: W  imieniu -  wyjaśnia Agata Grabowska. Dzieci same nie mogą nic zrobić bezpośrednio, ale możemy my, ich rodzice. Napisała na Facebooku, że chciałaby zorganizować zbiórkę pieniędzy dla dzieci z Ghuty.

Wśród tych, którzy przeczytali ten post, była jej przyjaciółka Katarzyna Gawlik. Też warszawianka, socjolog, matka sześcioletniej Anieli i starszej o rok Hani. 

- W naszym domu nie ma telewizora, ale o tej wojnie trudno nie wiedzieć, niczego nie słyszeć - mówi Katarzyna Gawlik. Obrazy rannych dzieci, zapłakanych rodziców i zniszczonych domów mimo wszystko docierały do nas. Ideę Agaty podchwyciłam bez zastanowienia.

Ignacy, Antoś, Aniela, Hania i dzieci innych rodziców, którzy przyłączyli się do akcji, chciały od razu podzielić się ze swymi syryjskimi rówieśnikami tym, co same mają. 

- Rozbijały skarbonki, oddawały kieszonkowe i pieniądze odkładane na wymarzonego drona, nową lalkę i klocki Lego - opowiada Katarzyna Gawlik. W tym czasie my, dorośli, w coraz szybciej rozrastającym się gronie znajomych, dopracowywaliśmy plan zbiórki. Przede wszystkim ustalili konkretną kwotę, jaką chcą zebrać.

- Gdy zaczyna się od zera, każda suma wydaje się ogromna - mówi Katarzyna Gawlik. Zdecydowaliśmy, że będzie to sto tysięcy złotych. Chociaż przybywało chętnych do zaangażowania się w akcję, stwierdziliśmy, że sam Facebook nie wystarczy, musimy działać na większą skalę. Zapytali swoje dzieci, czy zechcą pokazać się na plakatach.

- Chcieliśmy, żeby nikt nie miał wątpliwości, w czyim imieniu działamy - mówi matka Hani i Anieli. Plakaty i ulotki objaśniające akcję zawisły w szkołach i przedszkolach, do których chodzą nasze córki i synowie. I to lekcja dla naszych dzieci.

Dzieci rwały się do działania, chciały chodzić z puszkami i zbierać do nich zaskórniaki od rówieśników. Ale wcześniej trzeba było zarejestrować zbiórkę publiczną, co zajęło kilka dni. W tym czasie, równolegle, rodzice prowadzili akcję edukacyjną. 

- Temat jest trudny, mimo to każdy siadał ze swoimi kilkulatkami i mówił im o cierpieniu, które dotknęło syryjskie dzieci i ich rodziców - mówi Katarzyna Gawlik.  Mamy świadomość, że nie powstrzymamy tej wojny, ale robimy coś, co ma znaczenie nie tylko dla Syryjczyków, ale też dla naszych dzieci i nas samych. Zaczęliśmy więc opracowywać pogadanki na ten temat na lekcje wychowawcze. Założyli, że zbiórka potrwa kilka tygodni. Nikt nie sądził, że zaplanowane sto tysięcy uda się zebrać już po tygodniu. 

Co dalej z tymi pieniędzmi? W porozumieniu ze wszystkimi dziećmi ustalili, że zebrana kwota trafi do dzieci w Ghucie. Ale przecież żadne z rodziców tam ich nie zawiezie. Zatem zgłosili się do Polskiej Akcji Humanitarnej, która dostarcza pomoc do ogarniętej wojną w Syrii. 

- Tylko tam, będąc na miejscu, można zobaczyć, jakie są najważniejsze potrzeby. Nie wiemy przecież, czy ważniejsze są zabawki, wyposażenie szkół czy leki. Zdaliśmy się więc na fachowców - tłumaczą organizatorzy. W Polsce akcja jeszcze się nie skończyła. Zebrali te sto tysięcy, więc teraz liczą na więcej. Ale uważają, że nie tylko pieniądze są ważne. 

- Pokazaliśmy, że każdy, niezależnie od wieku i majątku może pomóc ofiarom tej wojny - uważa Katarzyna Gawlik. Może w przyszłości da to siłę naszym dzieciom? Może w takiej sytuacji nie będą się czuły bezradne, ale zaczną szukać sposobów pomocy? A już na pewno nie pozostaną nieczułe na czyjąś krzywdę. To chyba jest najważniejsze.

Rozmowa z Janiną Ochojską, prezesem zarządu Polskiej Akcji Humanitarnej

Jak obecnie wygląda życie w Ghucie? 

- Nie dostaliśmy wiz, więc nie ma tam naszych pracowników. Ale mam o tym wyobrażenie na przykładzie innych miast, takich jak Aleppo, a przede wszystkim na podstawie relacji samych Syryjczyków. Tam mieszkańcami rządzi lęk o życie. Wciąż uciekają przed bombardowaniami, niepewni, czy przeżyją kolejną godzinę. 

Co poza strachem jest największym problemem w oblężonym mieście? 

- Brak wody, żywności, leków i środków opatrunkowych. Tam nie można iść do sklepu, żeby kupić te niezbędne rzeczy. Nie ma zaopatrzenia, ale ludzie nie mają też pieniędzy. 

A w jakiej sytuacji znalazły się dzieci? 

- Tam dzieci nie mają przyszłości. Trwający od siedmiu lat konflikt zrujnował szkolnictwo. Może niektóre, w jakichś bezpieczniejszych okolicach, chodzą jeszcze do szkoły, ale większość z nich nie ma dostępu do edukacji. Rodzice sami próbują uczyć je pisać i czytać, ale to trudne w nieustającym zagrożeniu. 

Pokazywane w Polsce relacje telewizyjne oddają prawdę o tym zagrożeniu? 

- Trudno przekazać tę prawdę nawet najbardziej wymownym obrazem. Życie tam to niekończący się strach, huk bomb, ranni i zabici na ulicach. My znamy takie sceny z  filmów, w których odgrywają je aktorzy. Ale tam jest to przerażająca rzeczywistość. 

Jaki sens ma kilka lub kilkanaście złotych przeznaczonych na pomoc dla Syrii? 

- Ogromny. Dostarczenie wody na cały dzień dla kilkuosobowej rodziny w  obozie uchodźców kosztuje zaledwie złotówkę. A brak wody jest tam ogromnym problemem. Pakiet żywności i środków higieny osobistej dla rodziny na cały miesiąc kosztuje około 180 złotych, razem z dostarczeniem. Każda złotówka ma sens.

Zgodzi się Pani z organizatorami akcji W imieniu, którzy uważają że ma ona wymiar nie tylko finansowy? 

- Według mnie największą wartością tej akcji jest edukowanie i  uwrażliwianie dzieci. Taka inicjatywa dorosłych buduje świadomość młodszych. Mają okazję zobaczyć, że ich kieszonkowe, ale również ciasto, które pomogły upiec na aukcję, czy koncert, który pomogły zorganizować, pomagają ratować zdrowie i życie ludzi w odległym zakątku świata. Z takich dzieci wyrosną kiedyś na przykład nowożeńcy, którzy swych gości weselnych proszą, by zamiast kwiatów i prezentów dla nich przekazali pieniądze na jakiś ważny cel. 

Nie skończy się na stu tysiącach?
 

- Nie, kontynuujemy zbiórkę. Mamy nadzieję na zebranie wielokrotności tej kwoty. To oznacza jeszcze większą pomoc dla Syrii. 

Zobacz także: 

Dowiedz się więcej na temat: Syria

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje