Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jego pierwsze greckie wakacje

Na swoje pierwsze wakacje pojechał do Grecji, nieskrępowany nadmiarem wiedzy o sprawach świata klasycznego. Bez tego pryzmatu, przez który jest często widziana jest Grecja nowożytna.

  Podróżując z Aten na Kretę w 1939 roku Henry Miller, autor sprośnych powieści, z których wiele było zakazanych w Ameryce, leciał samolotem po raz pierwszy. To doświadczenie opisał w  książce "Kolos z Maroussi", jego entuzjastycznym dzienniku z trwającej dziewięć miesięcy podróży po Grecji. Będąc już w przestworzach, Amerykanin żyjący wtedy w Paryżu żałował, że nie zabukował rejsu statkiem. Zawsze zdolny zobaczyć dobre strony w najgorszych nawet doświadczeń, Miller napisał "człowiek jest stworzony do chodzenia po ziemi i żeglowania po morzach, podbój przestworzy jest zarezerwowany dla kolejnych stadiów ewolucji, kiedy wyrosną mu prawdziwe skrzydła i przybierze postać anioła, jakim jest w swojej istocie."

Reklama

Ja również żałowałem, że nie podróżuję statkiem, kiedy leciałem z Aten na Kretę pewnego upalnego wrześniowego popołudnia ubiegłego roku.  Nasz samolot miał zepsutą klimatyzację i temperatura wzrosła do 37 st. C, a kobaltowe morze wzmacniało oślepiające egejskie słońce, które wydawało się unosić precyzyjnie na wysokości naszego lotu. Moja koszula i czoło były mokre od potu, a moja 2 letnia córka zaczęła zawodzić.  Usiłowałem wczuć się w Millera, który rozkoszował się trudnymi aspektami podróży po Grecji - a szczególnie na Krecie, jej największej wyspie - nigdy nie tracąc beztroskiego entuzjazmu i niemal irracjonalnej wiary w nieomylność jej mieszkańców.

Miller jest najbardziej kojarzony ze "Zwrotnikiem Raka" i "Zwrotnikiem Koziorożca". Te swobodne w formie,  przesycone seksem, autobiograficzne powieści pisał w Paryżu w latach 30, ale zwarty, natchniony "Kolos..." opublikowany w 1941, był zawsze faworytem wśród koneserów. W tej książce liryczna, choć  często niesforna proza Millera, jest oswojona przez strukturę prostego, linearnego dziennika podróży: wyjechał do Grecji, gdy naziści zajęli Paryż, udając się na pierwsze prawdziwe wakacje. Miał 48 lat i podróżował sam, aby odwiedzić angielskiego pisarza Lawernce’a Durrella na Greckiej wyspie Korfu.

 Miller w końcu cieszył się uznaniem krytyków, ale był spłukany - jak zwykle.

Spotkał się z Durrellem i zaprzyjaźnił z luminarzami greckiej "Generacji 30.", grupy artystów i pisarzy, których praca naznaczona traumą pierwszej wojny światowej i konfliktu grecko-tureckiego, który po niej nastąpił.  Do grupy należeli między innymi malarz Nikos Hadjikyriakos-Ghikas i poeta Giorgos Katsimbalis, pierwowzór  "Kolosa" z tytułu książki.

Mogę wyobrazić sobie słynnego gawędziarza, spacerującego w jasnym słońcu Grecji, pijącego restinę, miejscową odmianę niedrogiego wina, kiedy pokazywano mu antyczne miejsca na Korfu, w Atenach i Delfach.

  Możliwe, że po latach anonimowej harówki, Miller był gotów czerpać radość z życia, a rezultatem jest entuzjazm dla Grecji, niezakłócony dzięki jego nieznajomości klasycznego świata, pryzmatu, poprzez który nowożytna Grecja była, i często jest, postrzegana. Miller nigdy nie czytał Homera, łukiem omijał Akropol. "Nie lubię więzień, kościołów, fortec, pałaców, bibliotek, muzeów ani pomników postawionych zmarłym" pisał. Zamiast tego polegał na instynktownej, emocjonalnej reakcji na otoczenie i wolał wchodzić w interakcję z miejscowymi, niż trzymać się sztywno marszruty. Dla mnie stał się rodzajem przewodnika.

Bujny grecki krajobraz z intensywnymi zieleniami i błękitami, to według Millera przykład, jak ziemia powinna wyglądać, gdyby dać jej szansę.

Kreta z podróży Millera nie była jeszcze w pełni rozwiniętym ośrodkiem turystycznym, szczególnie na początku wojny. Była stosunkowo zaściankowa przypominając mu "Strony powieści Dickensa, niezwykły świat oświetlony przez znudzony księżyc: kraj, który przetrwał każdą katastrofę i teraz kołatał tętnem krwi, kraj sów i czapli i dziwnych reliktów, jak żeglarze wracający z zamorskich stron".

Dzisiaj zatłoczone plaże i stada turystów na zorganizowanych wycieczkach to obraz charakteryzujący większość Krety, przynajmniej w szczycie sezonu. Ale przy niewielkim wysiłku można znaleźć plaże i tawerny z dala od tłumów.

 Jednak w przeddzień II wojny światowej, musiało się wydawać, że Miller ma to miejsce wyłącznie dla siebie. Aby odnaleźć nieco spokoju, jakiego musiał doświadczać, moja żona, córka i ja przenocowaliśmy w Metohi Kindelis, hotelu oddalonym o kilka kilometrów w głąb lądu od otoczonego murami miasta Chania. W tym mieście wciąż można zobaczyć  pozostałości weneckiego panowania, latarnię morską i ufortyfikowane wybrzeże. Miasto było silnym centrum handlowym i pozostało uroczą, choć obleganą, destynacją turystyczną.

Kreta była rządzona przez Wenecję przez ponad 400 lat, zanim w 1669 roku została zdobyta przez Ottomanów, którzy rządzili nią przez dwa stulecia. (Kreta nie była oficjalnie uznana za część Grecji aż do 1913 roku). Główny budynek Metohi Kindelis, co oznacza mniej więcej farma Kindeli, był zbudowany pod koniec okresu weneckiego, w XVII wieku, mówi Danai Kindeli, menedżer posiadłości. W czasach otomańskich na farmie produkowano oliwę z oliwek, twierdzi Kindeli, a pomieszczenia na parterze z wysokimi łukowatymi sklepieniami mieściły prasy do oliwek.

Podczas mojej podróży zdecydowałem trzymać się marszruty Millera, której opis zajmuje około jedną trzecią książki, a która przebiega przez: stolicę Krety Heraklion oraz starożytne miasta Knossos i Faistos.  Miller pomija czas spędzony w Chanii, opisuje ją dopiero w opublikowanym dużo później eseju "Pierwsze wrażenia z Grecji" , jako "prawdziwy labirynt. Obraz Wenecji w łachmanach".

 Kindeli zasugerował nam, że najlepiej odwiedzić Chanię po 15. września, kiedy turystów już nie ma, a do miasta wraca jego leniwy urok. Mój teść, który jest Anglikiem, ale pół roku spędza w Grecji, był moim towarzyszem na marszrucie Millera.

 Jak się okazało matka Kindeli, Vanna Niyiou Kindeli, też jest wielką fanką "Kolosa...".

  - Moje pokolenie w latach 60. i 70. chętnie czytało Millera, to on zapoznał nas z "Pokoleniem 30.", mówi Vanna, która jest z zawodu archeologiem. - On nie pokazywał Grecji tak, jak to się zazwyczaj robi, w sposób romantyczny, mówiąc: "podziwiam Grecję z powodu jej przeszłości i zabytków". Ta przeszłość jest martwa. - dodała.

Na Millerze wrażenia nie zrobił też Heraklion, oddalony od Chanii o dwie godziny jazdy widokową drogą, wijącą się wśród urwisk nad lśniącym morzem Egejskim, na północnym wybrzeżu wyspy. Opisał go jako "czyrak na twarzy czasu" i koszmarne miasto, zupełnie nietypowe, zupełnie heterogeniczne. Miasto-sen zawieszone w próżni między Afryką a Europą, mocno pachnące  surowymi skórami, kminkiem, smołą i południowymi owocami.

Na temat Heraklionu, czwartego co do wielkości miasta w Grecji, w większości powstałego po drugiej wojnie światowej, nasze opinie się różnią. Ja uwielbiam to miasto. O ile nie ma starożytnego uroku Chanii, to ma spokojny nadmorski szyk. W porównaniu do Chanii, w której pościg za turystycznymi euro wydaje się wyrachowany, Heraklion odbiera się jako miejsce autentyczne. Zwyczajne miasto z prawdziwą śmietanką towarzyską i obsadzonym palmami placami miejskimi, otaczającymi tureckie i weneckie fontanny.

Język ormiański miesza się z greckim, a na wielu murach widnieją  antyunijne oraz kibolskie graffiti  (nie dało się zauważyć wyraźnych oznak kryzysu finansowego podczas sezonu turystycznego, ale ten motyw powracał w wielu rozmowach podczas mojego pobytu).

Jak wiele greckich miast, Heraklion ma niesamowicie wąskie i splątane jak labirynt uliczki. Gdy wypożyczyłem Priusa wciśniętego między zaparkowane samochody a mury uliczek,  tłum usłużnych Greków wyłonił się, by zaoferować najbardziej stresujący rodzaj pomocy: krzyczeli na mnie po grecku, gestykulując, a nawet wkładając ręce przez okno, by skręcić kierownicą.

Kiedy samochód bezpiecznie zaparkował, odnaleźliśmy rynek i Venetian Loggię, duży otoczony arkadami budynek zbudowany w 1628 roku, który jest jednym z centrów administracyjnych miasta. Szukaliśmy meczetu, który wg Millera został zamieniony na kino i gdzie oglądał on Flipa i Flapa. Uznaliśmy, że może to być obecny kościół św. Tytusa, patrona Krety, dominujący  nad rynkiem.

Budynek, niegdyś meczet, został zamieniony na świątynię greckiej cerkwi prawosławnej w 1920 roku, minaret został zburzony. Administrator świątyni wydawał się lekko urażony sugestią, że była ona kiedykolwiek używana jako kino, ale zasugerował, że  może w czasie pobytu Millera były tu wyświetlane wojenne filmy propagandowe. Nie chciałem urazić czcigodnego tonu  świątyni, pytając, czy to możliwe, by Miller oglądał tu komedie slapstikowe.

Kiedy Miller tu przebywał, Heraklion był małym prowincjonalnym miastem, a ruiny minojskiego pałacu w Knossos znajdowały się poza jego granicami. Dzisiaj znajdujące się na szczycie wzgórza  ruiny, największe wykopaliska ery brązu na Krecie i prawdopodobnie najstarsze miasto Europy, datowane na ok 1900 przed Chrystusem, znajduje się na przedmieściach Heraklionu, który znacznie rozrósł się od pobytu Millera.

Począwszy od 1900 roku Knossos było poddane kontrowersyjnej rekonstrukcji przez brytyjskiego archeologa, sir Arthura Evansa, który nie tylko odkopał Knossos, ale w sposób budzący wątpliwości odbudował niektóre obiekty według tego, jak uważał, że mogły wyglądać. Evans odmalował malowidła naścienne i odbudował niektóre budynki, dodając sufity, podłogi i kolumny wykonane z drewna i betonu. Mając świadomość tych historycznych nieścisłości, tablica na Knossos z zawstydzeniem głosi: "Zaobserwowano, że dowody archeologiczne  w niektórych przypadkach nie potwierdzają rekonstrukcji".

Miller widział wszystko przez okulary pisarza i pisał o wszystkim, co widział - i użył podobnej techniki w swoim dzienniku podróży po Ameryce "Klimatyzowany koszmar". Podobnie jak archeolog Evans nie obawiał się podkolorowywać faktów, i nie przeszkadzała mu ta dziwaczna, obecnie niepojęta odbudowa.  "Jakkolwiek Knossus (sic) mógł wyglądać w przeszłości, jakkolwiek może wyglądać w przyszłości, ten stworzony przez Evansa jest jedynym, który powinienem znać. Jestem mu wdzięczny za to co zrobił" pisał Miller.

To co podoba mi się w Knossos to kolor, mimo wątpliwych retuszy Evansa.  Malowidła oraz pomalowane na czerwono ściany i kolumny niektórych komnat przypominają zwiedzającym, że starożytni nie żyli w monochromatycznym świecie barwy kamienia. Milerowi sugerowało to "splendor i rozsądek i bogactwo potężnych i pokojowo nastawionych ludzi".

O ile Knossos był zatłoczony przez turystów, ruiny Faistos, miasta z epoki brązu, znajdującego się na wzgórzu ponad południowym wybrzeżem Krety z widokiem na Morze Śródziemne, było niemal wyludnione, z najwyżej tuzinem zwiedzających. Dwugodzinna podróż samochodem z Chanii zabrała nas krętymi drogami przez spieczone słońcem góry. Kreta, co lubią podkreślać miejscowi, ma więcej gór niż plaż.

Kiedy dotarliśmy do Faistos, usłyszałem francuską turystkę mówiącą: - Nie podoba mi się to miejsce - nie jest takie ciekawe.

 W rzeczy samej nie wyglądało to na więcej niż kupa gruzu, a mapy, które dostaliśmy były, nazwijmy je wspaniałomyślnie, ezoteryczne.

Po półgodzinnym chodzeniu pośród śladów kompleksu, które są jedynym, co pozostało, Faistos zaczęło rosnąc w nas. W przeciwieństwie do Knossos, Faistos wymaga wyobraźni i powoli,  na bazie zarysu fundamentów, zaczęliśmy składać wszystko w całość. Mapa była na tyle nieprzejrzysta, że czuliśmy się jakbyśmy rozwiązywali zagadkę. Ławeczki pod piniami na obrzeżach wykopalisk sugerowały, że było to miejsce do zatrzymania się i wypoczynku. To była ta Kreta, o której Miller pisał, że potrafi "uciszyć umysł", choć potworny upał również miał działanie uspokajające.

Miller wybrał się do Faistos sam. Jest ono według greckiej mitologii, siedzibą króla Radamantysa, brata Minosa, pierwszego króla Krety, syna Zeusa i Europy, bogini od której Europa wzięła swoje imię. Z ruin rozciąga się widok na gospodarstwa i dalej na morze i niebo. Bogiem Millera była natura i pisał on, że w Faistos, chciał rozebrać się do naga i "wziąć rozbieg i skoczyć w błękit.".

Miller pisał że, wbrew temu, co myślą historycy, miał silną intuicję  ze "Faistos było kobiecą twierdzą rodziny Minosa". Ślady minojskiej komnaty królowej lub "megaronu" są nieco mniejsze niż komnaty króla, fakt, który rujnuje teorię Millera. Ale wiedza prawdopodobnie nie zmieniłaby jego wrażeń z tego miejsca. Nic dziwnego, że Miller miał tyle zrozumienia dla Evansa; żaden z nich nie pozwolił, żeby niewiedza dotycząca Krety przeszkodziła im cieszyć się tym miejscem.

Co czytać

Jest wiele biografii Henry Millera, ale najlepiej jest zacząć od Mary Dearborn "The happiest man alive". Miller publikował dużo, nawet za dużo. Paryskie książki "Zwrotnik raka" , "Czarna wiosna", "Zwrotnik Koziorożca’ są uważane za jego najlepsze dzieła. Dobrym towarzystwem dla "Kolosa z Maroussi" jest esej "pierwsze wrażenia z Grecji" opublikowany w zbiorze "Sextet".

Gdzie się zatrzymać

Metohi Kindelis znajduje się kilka kilometrów od miasta Chania. Ma trzy apartamenty, każdy z prywatnym basenem i lodówką pełną lokalnego jedzenia na śniadanie.

Co zobaczyć

Starożytne ruiny Knossos znajdują się na obrzeżach, Heraklionu, stolicy Krety. Faistos jest położone na południowym wybrzeżu, około dwie godziny drogi od Chanii. Henry Miller odwiedził Muzeum Historyczne Krety w Heraklionie, pozostaje ono dobrym źródłem wiedzy o historii Krety.

 W Atenach warto odwiedzić fantastyczną galerię Nikosa Hadjikyriakosa-Ghiki, mieszczącą się w jego dawnym domu. Znajduje się tu także kilka zdjęć Heny Millera i można dowiedzieć się sporo o "Pokoleniu 30."

David Shaftel

fot. Eirin­i Vourl­oumis

 tłum. I.Grelowska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje