Przejdź na stronę główną Interia.pl

Na przekór wszystkiemu. Moda w czasach PRL-u

Spodnium wieczorowe, lata 70. XX w., wł. Marta Graczyńska/ szal, torba i sandały współczesne. Fot. Pracownia Fotograficzna MNK /materiały prasowe

Wydaje się, że w czasach gdy propagandowe czasopisma potępiały zachodni styl życia, a sklepowe półki świeciły pustkami, bycie modną było niemal niemożliwe. A jednak najnowsze trendy błyskawicznie przeciekały przez żelazną kurtynę, z trudem zdobyte materiały furczały pod igłami maszyn do szycia, a eleganckie kobiety nosiły swoje stroje jak barwne manifesty przeciw otaczającej szarej rzeczywistości. O modzie PRL-u opowiada kuratorka wystawy "Modna i już!" Joanna Kowalska

Reklama


Izabela Grelowska, Styl.pl: Tuż po wojnie nie łatwo było być modną, a jednak stroje z tego okresu prezentowane na wystawie zadziwiają urodą.

Joanna Kowalska: - Wykorzystywano wtedy każdy dostępny materiał, często powojskowy. Bardzo chętnie używano jedwabiu spadochronowego. Na wystawie można zobaczyć bardzo elegancką białą sukienkę z niebieskimi dodatkami uszytą ze spadochronu jedwabnego,  kurtkę harcerki uszytą ze spadochronu nylonowego i bluzkę dzianą na drutach z przędzy pozyskanej z rozsnutych linek spadochronowych.

Reklama

Prezentujemy również przedmioty, które mają swoją, nierzadko wzruszającą, historię: np. eleganckie pantofelki z bordowej skórki. Te buty przyniósł żonie w plecaku żołnierz generała Andersa. Towarzyszyły mu one na całym szlaku bojowym, z Monte Casino włącznie, by po wojnie trafić do Polski i służyć jako eleganckie uzupełnienie ubioru.

Można też zobaczyć czarną sukienkę w czerwone róże uszytą ze szlafroków przysłanych w paczce pomocowej UNRRA. Jedwabny szlafrok był zbyt luksusowym przedmiotem jak na powojenną Polskę, dlatego materiał wykorzystano na  elegancką wizytową sukienkę.

 Takim sprytem kobiety musiały się wykazywać przez cały okres  PRL-u.

- Trudno było się dobrze ubrać. Nasza wystawa ma być hołdem dla tych pań, które pragnęły być modne i wkładały w to ogromny wysiłek.  Był on znacznie większy niż starania, jakich dzisiaj się dokonuje, by dobrze wyglądać.  Po wojnie brakowało wszystkiego. Później gospodarka była na tyle niewydolna, że dostanie czegoś ładnego w sklepie było nie tyle niemożliwe, co wymagało sporo zaangażowania i kreatywności.  Trzeba było być otwartym na pomysły, bo często kupowało się to, co było w sklepie, a nie to, co było potrzebne.  Przez cały okres PRL-u Polki musiały wykazywać się sprytem i pomysłowością.

Potrafiły same szyć?

- Część potrafiła, ale wciąż żywa była przedwojenna tradycja szycia u krawcowych. Wiele cenionych przed wojną krawcowych kontynuowało swoją działalność.

 Zaskakujące jest to, jak bardzo eleganckie są ubrania z ciężkich czasów tuż po wojnie.

- Tak. Tradycja przedwojennej elegancji była kontynuowana po wojnie. Oczywiście nie cała ulica była barwna, kolorowa i elegancka. Dobrze ubrane były panie, które wywodziły się ze środowisk mieszczańskich czy ziemiańskich, w których obowiązywały zasady elegancji. Poprzez swój strój starały się wyrazić ciągłość tej tradycji i to, że nie utożsamiają się z ideologią państwa budowanego na bazie sojuszu robotniczo-chłopskiego.

W jakim tempie zmieniała się wtedy moda?

- Zmieniała się równie szybko jak obecnie. W każdym sezonie wchodziły jakieś nowości. Starsze ubrania przerabiano, by dostosować je do obowiązujących trendów.

Bardzo szybko przejmowano wszelkie tendencje z Zachodu. Kiedy Christian Dior zaproponował nową, rewolucyjną kolekcję w 1947 roku, jeszcze w tym samym sezonie ubiory utrzymane w jego stylu były modne w Polsce. Gdy w 1963 roku narodziła się mini, pierwsze minispódniczki pojawiły się na polskich ulicach niemal natychmiast.

Czasami ta polska moda nieco różniła się od zachodniej, co wynikało z ograniczonych możliwości. Tak było na przykład, kiedy pojawił się New Look Diora. Suknie balowe tego projektanta były wspaniałymi kreacjami wspartymi na specjalnych halkach, gorsety były usztywniane, cały kunszt krawiecki był wprzęgnięty w stworzenie kreacji o wyjątkowej urodzie. Natomiast u nas, choć mieliśmy świetne krawcowe, brakowało dodatków krawieckich, które były niezbędne do odtworzenia takiego modelu.

Dlatego często linia, którą dyktował Zachód była u nas nieco zmiękczona, złagodzona. Tak jest w latach 50. Świetnych ubiorów codziennych i wizytowych, np. kostiumu uszytego przez Anastazję Kotlarską,  nie powstydziłaby się żadna Francuzka , ale kreacje wieczorowe nie były już tak wyraziste. Chyba,  że były to stroje, które przysłano w paczce, bo i oryginalne ubrania z Zachodu trafiały do Polski.

A w jaki sposób do Polek docierały informacje o trendach?

- W czasopismach kobiecych zawsze można było zobaczyć fotografie i rysunki mody zachodniej. Nawet w czasach stalinizmu, kiedy modę zachodnią poddawano krytyce, to jednocześnie publikowano zdjęcia mody paryskiej ilustrujące tekst. Jeśli odrzucało się komentarz, można było czerpać z takich artykułów inspiracje.

 Od lat 50. bardzo pięknie pisała o modzie Barbara Hoff. Informowała  o trendach mody zachodniej.  Zależało jej na tym, by Polki nie czerpały wzorów z Moskwy. Jeszcze przed 1954 rokiem o modzie pisała  Janina Ipohorska. Z  rzadka udawało się zdobyć np. francuskie Elle i wtedy takie czasopismo przechodziło z rąk do rąk.

 Później następują lata 60. i jest to czas przełomu.

- W latach 60 rodzi się mini i nawet dojrzałe kobiety odkrywają, że w mini  wyglądają młodo.Wizja wiecznej młodości bardzo się spodobała. Ta tendencja  utrzymuje się właściwie do dziś. Kobiety dojrzałe starają zbliżyć stylem ubierania do nastolatek.  Wcześniej młode dziewczyny czekały na moment, w którym będą mogły uszyć sobie pierwszą elegancką wełnianą sukienkę, czy kostium. Chciały ubierać się jak dorosłe.

Poświęciły panie sporo miejsca znanym projektantom. Czy polscy projektanci mieli duży wpływ na to co się nosiło?

- Ogromną rolę w kreowaniu  wyglądu polskiej ulicy odegrała Barbara Hoff.  Wywarła wpływ na to, jak Polki się ubierały i to było naprawdę dużym osiągnięciem.  Starała się myśleć w taki sposób, żeby jej pomysły i realizacje dotarły do jak największej rzeszy kobiet.  W "Przekroju" publikowała proste wskazówki, które były niezwykle popularne. Do Hofflandu  tworzyły się ogromne kolejki. Sprzedawano tam funkcjonalne ubrania produkowane w bardzo dużej ilości, w dobrej jakości i, w przeciwieństwie do "Mody Polskiej", w przystępnej cenie.

Warto zaznaczyć, że w  PRL-u rozpoznawalnych nazwisk  w tej branży było niewiele : Barbara Hoff, Grażyna Hase, Jerzy Antkowiak i inni projektanci "Mody Polskiej". Kariera projektanta mody nie była dana wielu osobom. Wielu wybitnych projektantów było też związanych państwowymi przedsiębiorstwami (np. Zofia Sprudin z Centralnego Ośrodka badawczo - Rozowjowego Przemysłu Odzieżowego) i dzisiaj ich nazwisk często się nie pamięta.

Na ile projektanci mogli się realizować  twórczo?

- Zachowane do dzisiaj realizacje czy rysunki  z "Mody Polskiej" pokazują , że swoboda tworzenia była bardzo duża. Jeśli komuś udało się dostać etat projektanta w tym przedsiębiorstwie, naprawdę mógł realizować swoje wizje i marzenia, co widać na wystawie. Znacznie trudniej mieli projektanci z mniej sztandarowych firm, nawet z Telimeny, gdzie projektowała np. Zonia Pionk.

Projektowane przez nich ubiory musiały być przystosowane do tego, co mógł wykonać zakład produkcyjny. W "Modzie Polskiej" natomiast  zasadą było tworzenie kolekcji prezentowanych na  pokazach, które były wielkimi wydarzeniami. Tkaniny były często kupowane w Paryżu. Projektanci mogli poszaleć. Jerzy Antkowiak miał nieraz bardzo ekstrawaganckie pomysły. Pod koniec lat 60. stworzył kreację, która była właściwie przezroczysta. Mógł sobie na to pozwolić, bo najwspanialsze kreacje Mody Polskiej były ubiorami przeznczonymi tylko na wybieg. Nie można ich było kupić w sklepie.

A co się działo z tymi ubraniami?

- Czasami były sprzedawane po pokazie, często miały do nich dostęp kobiety, które odgrywały rolę w kręgach rządowych, żony pierwszych sekretarzy. "Moda Polska" tworzyła też modele, które były sprzedawane w salonach firmowych: nie  tak ekstrawaganckie, ale szalenie drogie.

To, co widzimy na wystawie, to moda z najwyższej półki.  A jaka była PRL-owska ulica?

- Kulejąca komunistyczna gospodarka powodowała, że ubiorów, szczególnie tych wysokiej klasy, było mało.  Nie promowało się też postawy "bycia modną". Ulica nie wyglądała zbyt dobrze. Ale w tym szarym tłumie łatwiej było się wyróżnić. I te Polki, które zadały sobie trud bycia modną, przyciągały spojrzenia, nadawały ton.

Sporo zależało też od  środowiska. Jeśli ktoś studiował i pracował na jednej z uczelni artystycznych, mogło mu się wydawać, że wszyscy ubierali się modnie, kolorowo, ekstrawagancko i oryginalnie.

Na wystawie nie zobaczymy tych szarych strojów.

- Prezentujemy ubiory, które się zachowały, a któż trzymał schowaną w szafie kufajkę, której nie cierpiał, ale nosił, bo nie mógł kupić nic innego? Albo spodnie, które kupił o rozmiar za duże, bo innych nie było, później je przerobił, a koloru od początku nienawidził?

Pokazujemy za to stroje inspirowane odzieżą roboczą. To był silny trend w latach 70., również na Zachodzie. Pojawiły się kombinezony wieczorowe i odzież dżinsowa.  Każdy marzył o kufajce z kolorową podszewką z Hofflandu. Ale na wystawie nie ma np. kufajek z lat 80., które noszono, bo nie można było dostać ciepłej kurtki. Nie pokazujemy przeciętności, ale piękne stroje, które tworzono i noszono wbrew otaczającej rzeczywistości.

 Wystawę "Modna i już! Moda w PRL" można zobaczyć do 17.04.2016 w Muzeum Narodowym w Krakowie

Twoja inspiracja

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje