Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cenny inicjał

Z czym kojarzy ci się marka Louis Vuitton? Najbardziej pożądane torebki na świecie, kolekcje projektowane przez Marca Jacobsa, paryska elegancja. Ale przez lata była to zwykła firma zaopatrująca europejską socjetę w kufry i walizy.

Wszystko zaczęło się w roku 1835, gdy czternastoletni syn cieśli, Louis Vuitton, wyruszył spod szwajcarskiej granicy pieszo do Paryża. Z płócienną torbą na ramieniu przez dwa lata przeszedł 400 kilometrów. Dotarł do stolicy, a jego wędrówka dała też inny efekt - pracując u napotkanych po drodze rzemieślników, specjalizujących się w produkcji skrzyń podróżnych i układaniu bagażu, zdobył zawód "pakowacza". Umiejętność ta była bardzo ceniona. Bo w dalsze trasy wybierano się powozem z dobrodziejstwem inwentarza - pościelą, ubraniami, sprzętem kuchennym.

Reklama

Ale powozom przybywała konkurencja: parowce, pociągi i wreszcie samochody. Świat przyspieszał. Młody Louis obserwował zmiany i wyciągał wnioski. Postanowił produkować bagaże odpowiednie do nowych czasów. Lżejsze, mniejsze, z zabezpieczonymi krawędziami, tak aby można je było ustawiać jeden na drugim.

Pierwszy był model Trianon, obity szarym płótnem. Klientów przybywało. W 1854 roku Vuitton otworzył firmę. Zlecenia napływały coraz liczniej. Otwarcie Kanału Sueskiego ułatwiło podróżowanie. Zwiedzać świat chcieli już nie tylko zamożni Europejczycy, ale też wschodni maharadżowie i sułtani. Wszyscy najchętniej z walizkami Vuittona - solidnymi, eleganckimi i luksusowymi. Pod koniec XIX wieku Vuitton otworzył sklepy w Londynie i Nowym Jorku.

Noe był żeglarzem

Minęły kolejne dekady i prestiż firmy potwierdziły gwiazdy Hollywood. - Sławne aktorki lat 40. i 50. zamawiały specjalne kufry na balowe kreacje - opowiada praprawnuk założyciela firmy, Patrick Louis Vuitton. - Największy miał 140 cm długości i 40 szerokości. Mieściła się w nim sukniapięciometrowym trenem. Firma rozwijała się świetnie. Jeden problem spędzał właścicielom sen z powiek. Podróbki. Były już wtedy. Żeby im zapobiec, kolejny Vuitton, Georges, opatentował ozdobny deseń - rozetki i splecione litery LV.

Efekt? Inni kaletnicy zaczęli produkować kufry z wzorami "inspirowanymi" nadrukiem Vuittona. Do lat 50. XX w. logo umieszczano tylko na sztywnych walizach. Dopiero wnuk założyciela, Claude Vuitton, opracował technologię, która pozwalała używać ich na miękkich torbach, portfelach.

- Pierwszym międzynarodowym przebojem stała się w roku 1932 torba Noe, wzorowana na żeglarskim worku (podobno zamówił ją producent szampana, miała pomieścić pięć butelek - przyp. autorki) - mówi Patrick Vuitton. - Jest modna do dziś.

Moro, wisienki, graffiti

W 1987 roku po przyłączeniu firmy do koncernu LVMH (Louis Vuitton, Moët, Hennessy) rozpoczęła się światowa ekspansja marki. W latach 90. ambicją eleganckiej kobiety na każdym kontynencie stało się posiadanie torebki z monogramem LV. Szczególny kult dwóch literek panował (i panuje) w Japonii. Ponad 70 procent Japończyków ma co najmniej jedną rzecz od Vuittona.

Jednak w 1997 roku właściciele doszli do wniosku, że marce brakuje tego, co stanowi o sukcesie - oryginalności i szaleństwa. Na stanowisko dyrektora artystycznego wybrali amerykańskiego projektanta o wywrotowym temperamencie, Marka Jacobsa. Do luksusu ma Jacobs stosunek mało nabożny. Szacowne monogramy szybko stały się tłem dla graffiti i wzoru moro. Ale od tej pory klientki LV to już nie tylko zamożne damy, również młode (i bogate) entuzjastki mody.

Jacobs podjął współpracę ze słynnymi malarzami i grafikami: Richardem Prince’em, Stephenem Sprouse’em, Takashim Murakamim. Ten ostatni pomalował słynne monogramy na kolorowo, a pomiędzy nie wrzucił czerwone wisienki.

To co najważniejsze

Nie wierzcie, że nową torbę LV można kupić okazyjnie, na Allegro czy eBayu. Najtańsze modele kosztują kilkaset euro. Firma nie produkuje w Chinach, nie sprzedaje swoich wyrobów na lotniskach, nie robi przecen. Torebki ze słynnym logo dostępne są wyłącznie w butikach firmowych (ponad 460 na świecie). Dzięki specjalnemu systemowi kontroli ich jakość nadal jest świetna.

I tu akcent osobisty. W 1931 roku roku mój prapradziadek, francuski inżynier André Citroën, założyciel fabryki samochodów, przedsięwziął tzw. Żółtą Wyprawę, która miała promować markę Citroën na świecie. Dotarł do Chin przez Syrię, Persję, Indie. Ekspedycję wspierały m.in. rządy francuski i brytyjski. Przygotowania trwały trzy lata, podróż prawie rok. Pradziadkowi towarzyszyły oczywiście kufry Louisa Vuittona, zaprojektowane specjalnie do samochodu. Odkupione od kuzynów, znajdują się dziś w archiwach firmy. Ale jedna z waliz została w rodzinie. Mój paryski krewny Bernard Citroën znalazł ją w głębi pawlacza. Skórzany kufer z mosiężnymi zamkami, z żółtej gładkiej skóry, bez logo, po 80 latach miewa się całkiem dobrze. 

Joanna Bojańczyk

Twój Styl 07/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje