Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wielka mała niespodzianka

Wspaniale być mamą, ale... Czy spodoba mi się moje dziecko? - panikowała Magdalena Mielcarz, modelka i aktorka, mama trzymiesięcznej Mai.

Stan wojenny

Reklama

W kawiarni przy stoliku obok nas kobieta w ciąży. Magda zagaduje: Dziewczynka czy chłopak? - Piotruś - uśmiecha się przyszła mama. - Też chciałabym jeszcze mieć synka. I córkę. Mnóstwo dzieci! Gdyby tylko ciąża nie była takim koszmarem - mówi do mnie szeptem Magda. - Miało być cudownie, ale nic nie poszło według scenariusza. Żartowałam ostatnio z mężem: Dlaczego nie może być tak: raz rodzę ja, raz ty.

Nadistota

Chciałam być w ciąży. W lipcu 2008 roku pojechaliśmy z Adrianem do Afryki. Plan był taki: wracamy do Nowego Jorku, kończymy z ekstremalnymi podróżami, staramy się o dziecko. Kiedy test pokazał dwie kreski, mąż był służbowo w Brazylii. Odliczałam minuty do jego powrotu, żeby nie podzielić się newsem przez telefon. Nieznośne trzy dni, w czasie których nie powiedziałam słowa nikomu. Dzień pierwszy, euforia. Pięciogodzinna wizyta w księgarni. W koszyku poradniki typu: ciąża krok po kroku. Płyty z muzyką dla przyszłych mam. Dzień drugi, zakupy - żadnych ubrań ciążowych, wyłącznie kwieciste suknie z jedwabiu. Przecież właśnie zaczyna się błogostan, a ja jestem nadistotą. Widziałam, jak unoszę się nad ziemią, wiatr rozwiewa mi włosy, dotykam brzucha, który promieniuje światłem... Dzień trzeci, totalna panika.

Obcy pod sercem

Skończył się stan błogosławiony. Zaczął się stan wojenny. Z dnia na dzień straciłam radość, suknie w kwiaty upchnęłam do szafy. Czy ktoś mi wstrzyknął truciznę? Byłam przerażona. Adrian mnie nie poznawał: gdzie jest Magda? Nigdy nie cierpiałam na stan choćby przypominający depresję. Teraz zakopywałam się pod kołdrą, zaciskałam powieki, byle nie myśleć. - "Boże, w co ja się wpakowałam! - płakałam w słuchawkę mamie i siostrze. - To burza hormonów, minie"- uspokajały. A ja panikowałam, co będzie, jeśli nie spodoba mi się rola mamy. Jestem w pułapce bez wyjścia awaryjnego. Dziecko to nie tylko przewijanie, karmienie, śpiewanie kołysanek - na to byłam gotowa. Ale co dalej? Musi chodzić do jednej szkoły, zakotwiczyć się, mieć przyjaciół. A ja? Przecież jestem cyganką, chcę mieszkać w Afryce, w Europie, może Azji. Stracę wolność, nie będę się rozwijać, będę uwiązana. Dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej, obwiniałam się. I obmyślałam plan: niania z najlepszej agencji od razu po porodzie. Po dwóch tygodniach wrócę na plan zdjęciowy, po miesiącu gdzieś się wyrwę...

Znalazłam doraźną terapię. Czytałam książki na wyścigi. Wybierałam te najgrubsze, co najmniej 800-stronicowe. Gdy oczy łzawiły ze zmęczenia, był żołnierski marsz po bulwarze nad rzeką Hudson. Byle szybciej, byle nie myśleć. Trudno mi się do tego przyznać, ale wypierałam istnienie mojego dziecka. Aż usłyszałam podczas USG: "Będziesz miała córkę!". Minął 20. tydzień ciąży. Po raz pierwszy zobaczyłam na monitorze tę istotkę. Wracając do domu, zauważyłam dziewczynkę w przebraniu motyla. Rozczuliła mnie. Już nie odwracałam głowy, widząc kobiety w ciąży. Wyjęłam kwiecistą sukienkę. Skreślając dni w kalendarzu, czekałam na poród. Przestałam udawać, że ciąży nie ma. A potem znowu chciałam się wycofać.

Skąd ten chichot

- "Rozmyśliłam się, nie rodzę. Niech ktoś to zrobi za mnie - powiedziałam Adrianowi. - Chcę cesarkę. I doulę" - to popularna w Stanach pomoc dla przyszłych mam. Prywatna położna, terapeutka, coach, która przygotowuje cię psychicznie. Pamiętam spotkanie przy zielonej herbacie. "Poród naturalny to brama do dojrzałości - powiedziała. - Odważysz się ją przekroczyć?". Poczułam: jeśli stchórzę, będę miała poczucie porażki, że ktoś to za mnie załatwił. Pozbierałam się. Zapisałam na jogę dla ciężarnych. "Uwaga, pozycja wojownika. Ciężko? Niewygodnie? Wytrzymaj. Tyle trwa skurcz", trenerka oswajała nas z bólem. Stałam się wojownikiem! Przestałam się bać. Żadnego znieczulenia! Urodzę sama! - rozkazałam lekarzom w nowojorskim szpitalu. Zobaczymy, kto wygra, zaciskałam zęby, gdy nadeszły silne skurcze.

Patrzyłam na "sejsmograf", wykres pracy serca Mai. "Chodź, maleńka!", krzyczałam po polsku. "Ciemne włosy!", usłyszałam wreszcie po 12 godzinach. Przytuliłam córeczkę i... śmiałam się. Nie uśmiechałam, tylko śmiałam. Adrian patrzył podejrzliwie, siostra przez telefon pytała: "Madziu, podali ci za dużo oksytocyny, stąd ten chichot?". Nie mogłam się opanować. Z poziomu minus sto wpadłam na emocjonalne plus sto. - "Prześpij się - namawiała położna, zabierając Mayę na kąpiel. - Za nic!" - obolała szłam za córką, sprawdzając, czy nikt jej nie ukradnie, nie skrzywdzi. Perełeczko, kociąteczko, muszko - nie starczało mi zdrobnień. Najbliżsi żartowali: Masz świra! Kochałam Mayę od pierwszego momentu. Rozczulało wszystko. Miękkie jak kocie futerko włoski na główce. Zapach karmelowej słodyczy. Nieraz w domu, gdy spała, wtulałam w nią nos. Chyba uzależniłam się od tego zapachu. Mogę patrzeć na nią godzinami. Fascynuje każdy dzień. Wczoraj odkryła plucie. Dziś cały ranek wykrzykiwała: Yo! Yo! - śmiejąc się do siebie. Strach, lęk, niechęć - wszystko minęło. Wstyd mi, że myślałam: "Nie wiem, czy dziecko to był dobry pomysł". Wtedy nie wiedziałam, że wiele kobiet też ma takie dylematy. Sama teraz wspieram przyjaciółkę, która nie odnajduje się w ciąży Przeczytałam stos poradników. Kupuję kolejne. Znam dokładnie etapy rozwoju dziecka do czwartego roku życia. Maya to moja lekcja o miłości. Ta bezwarunkowa nie zna słów: wyrzeczenie, poświęcenie. Ani razu nie pomyślałam: "Boże, dzieciaku, daj odetchnąć. Przecież jadłaś!". Tylko: "Tak kochanie, masz maleńki żołądek, wiem, znowu jesteś głodna".

Życie obok

Moje ciało po porodzie wyglądało, jakby uderzyła w nie ciężarówka i przejechał czołg. Patrzyłam na siebie w lustrze i myślałam: co to jest? Byłam zaskoczona, że ciąża i poród mogą doprowadzić do tak strasznego stanu. Nie byłam przerażona. Raczej zaciekawiona, czułam się jak obiekt doświadczalny, który w wyniku testów rozrósł się do monstrualnych rozmiarów. Teraz powoli obserwuję zmiany na lepsze. Chudnę szybko, ale wciąż chodzę w długim T-shircie zakrywającym niedopięte dżinsy... Panikę wzbudził we mnie niedawny telefon od agenta, który pytał, czy jestem gotowa do pracy. Nie! Na razie nie jestem w stanie o tym myśleć. Nie mogłabym zostawić Mai. Sama jestem zdziwiona, przecież w ciąży planowałam błyskawiczny powrót na plan.

Teraz największa satysfakcja to obserwowanie, jak rozwija się córka. Bywa, że nie interesuje mnie nikt poza nią. Pewnego dnia mąż zapytał, czy kiedy mała skończy pół roku, wybierzemy się tylko we dwójkę w jakąś romantyczną podróż, na przykład na Hawaje. Zrobiłam minę, jakby pytał, czy może mnie obedrzeć ze skóry. Powiedziałam: nie ma mowy! I była awanturka. "Ja się na to nie umawiałem!", podsumował Adrian. Uważa, że jestem matką kwoką. Głupio mi, że go kompletnie zaniedbałam. Teraz staram się poświęcać uwagę również jemu. Lepiej się zorganizowałam. Wychodzimy z domu, spędzamy czas sami, nie rozmawiamy ciągle o dziecku. Adrian chyba zaczyna znowu wierzyć, że jest dla mnie bardzo ważny. Chcę być dobrą matką, ale też i superżoną.

Marta Bednarska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje