Przejdź na stronę główną Interia.pl

Życie to nie teatr

Nie boi się marzyć. Kiedyś o mistrzostwie sportowym, potem o grze w Buffo, wreszcie o... miłości niedostępnego Janusza Józefowicza. I marzenia spełnia. Sama, wbrew opiniom, że to małżeństwo stało się dla niej trampoliną.

Reklama

Była nastolatką, gdy zaczęła karierę i może dlatego tuż po trzydziestce wie, co dla niej ważne. Znalazła czas na macierzyństwo, nauczyła się mieszkać na wsi. Natasza Urbańska mówi, że żyje w rytm kalendarza, nie zegarka. Ale idąc wolniej, chce zajść daleko.

Twój STYL: W 1990 roku miałaś 13 lat. Czułaś, że w wszystko dokoła się zmienia? Mówiło się o tym w twoim domu?

Natasza Urbańska: Raczej nie. Ja miałam wtedy jeden cel: trenować i zostać mistrzynią olimpijską w gimnastyce. Tata codziennie woził mnie na treningi do klubu Legia. Mnóstwo czasu spędzaliśmy razem w samochodzie, słuchaliśmy płyt Phila Collinsa, Marillion. Wcześniej, w połowie lat 80., pojawiły się teledyski „z satelity” i kochałam się w Michaelu Jacksonie. Taki był klimat mojego dzieciństwa. Polityka, przemiany – to były odległe sprawy.

Byłaś dziewczynką z kokardami czy zbuntowaną nastolatką?

- Samodzielną, ale trochę pogubioną panną z mokrą głową. Nic nikomu nie mówiąc, poszłam na casting do zespołu Janusza Józefowicza. Dotąd żyłam w świecie dyscypliny: treningi, nauka. I akceptowałam to. Jednak po siedmiu latach zrozumiałam, że nie zostanę najlepszą gimnastyczką na świecie. Wstydziłam się swojego ciała, krępował mnie kostium – dojrzewałam, zmieniałam się fizycznie i to mnie przerastało.

- Poza tym uświadamiałam sobie, że sport nie zawsze jest czysty, możesz uważać, że ktoś jest przyjacielem, a on – kiedy nie widzisz – sypie ci sól do budyniu... Właśnie wtedy koleżanka usłyszała o naborze do ekipy Józefowicza. Poszłam z nią. Ale od Janusza usłyszałam: „Ty nie, jesteś za młoda”. Zawiedziona, na trzy lata wróciłam do gimnastyki, tylko że to już nie był mój świat. Podjęłam decyzję, że stanę jeszcze raz do konkursu. Miałam 17 lat i chciałam udowodnić Józefowiczowi, że jego głupi argument: „za młoda”, był niesprawiedliwy.

Byłaś wystarczająco dojrzała i silna? Mówiło się, że praca u Janusza to katorga...

- Bałam się ponownej konfrontacji, ale nogi same zaniosły mnie do Buffo. Casting znów był wielkim stresem. Rywalki w superciuchach, uczesane, wystylizowane, a ja, taki kopciuch, prosto z treningu. Zawstydzona, występowałam w ostatnim rzędzie. Nie umiałam zapamiętać układu, myliłam kroki. Kiedy Józefowicz wskazał na mnie – że przechodzę dalej – nie wierzyłam.

- W końcu zostałam w parze z piękną rudowłosą dziewczyną – do dziś pamiętam jej fantastyczne różowe legginsy i białe adidasy, które mnie kompletnie dobiły. A Janusz powiedział: „Wezmę cię, jak zgodzą się twoi rodzice”. I poszedł zadzwonić do mamy. Stałam w drzwiach jego gabinetu i gryzłam palce. Mamę zamurowało. Przecież poszłam na egzamin po cichu. Tak zresztą robię do dziś – nie mówię bliskim, co zamierzam, dopóki nie dopnę swego. Im oszczędzam nerwów, sobie dyskomfortu tłumaczenia, dlaczego się nie udało. Wtedy wrzucono mnie na głęboką wodę.

Nastolatki mają koleżanki, chodzą na imprezy, kochają się w chłopakach. Bo mają czas. Wejście do Buffo oznaczało niemal skoszarowanie.

- Przez pierwsze dwa tygodnie żyłam w szoku – to były ostatnie przygotowania do premiery "Grosika 2", od rana do nocy w teatrze, a właściwie od nocy do rana, bo pracowaliśmy przez całą dobę, do domu wpadałam na kilka godzin snu. Z jednej strony praca, z drugiej – fascynacja światem, w którym się znalazłam. Zmieniło się wszystko. Nie było już czasu na spotkania ze znajomymi. Miałam chłopaka, jeszcze przez kilka miesięcy próbowałam ten kontakt utrzymać, ale on się buntował, że wciąż mnie nie ma, że teatr zawładnął całym moim życiem. I miał rację. Rozstaliśmy się.

- A ja zachłysnęłam się atmosferą teatru. Zespół Buffo to były wtedy duże nazwiska: Górniak, Groniec, Janowski. Kiedyś ich podziwiałam, a teraz po spektaklu szliśmy na imprezę. Przewróciło mi się w głowie, chociaż jeszcze wtedy tańczyłam w tle.

Nie uwierało cię to? Jako gimnastyczka byłaś solistką, tu – nie.

- Chciałam przebić się na pierwszy plan. I śpiewać. Ale Janusz posłuchał i skwitował „O Boże, ty, dziewczyno, już lepiej tańcz”. Byłam wściekła: skoro on potrafi łączyć śpiew i taniec, dlaczego nie ja? On mówił: „Nie ma w zespole miejsca dla średniaków. Albo jesteś superwokalistą, albo supertancerzem, pogodzić jedno i drugie na najwyższym poziomie bardzo trudno”. Zawzięłam się. Dopiero niedawno Janusz wyznał: „Myślałem, że nic z tego nie będzie”. W końcu dostałam główną rolę w Metrze.

Byłaś numerem jeden... niedługo.

- To kultowa rola, spełnienie marzeń każdej aktorki teatru muzycznego. Ale po jakimś czasie Janusz... odebrał mi ją. Usłyszałam: „Nie widzę wystarczającego postępu”. Załamałam się – przecież tyle pracy włożyłam, tak się starałam. Potworny cios. Co dalej? Dotąd teatr był moim życiem, nie miałam nic poza nim. Musiałam się zastanowić: może jednak nie tędy droga? Może nie umiem tańczyć i śpiewać na tyle dobrze, żeby pracować z Józefowiczem?

Załamałaś się?

- Nie, tłumaczyłam sobie: Natasza, to nie koniec świata, ćwiczysz dalej, ale zastanów się nad planem B. Wieczorami grałam w spektaklach, a w dzień chodziłam na lekcje wokalu. No i zdałam na filologię angielską. Uznałam, że to może się przydać – a nuż uda mi się wyjechać do Stanów i nagrać tam płytę. Postanowiłam: koniec z traceniem czasu.

Przyznaj, nie mogłaś zrezygnować z Buffo, bo był tam Janusz. Kiedy go spotkałaś, jaki ci się wydał?

- Piękny i straszny jednocześnie. Byłam pod wrażeniem jego charyzmy, pewności siebie, wyjątkowej energii, jasności celów: robimy dokładnie tak, a nie inaczej. Żadnych sprzeciwów, intrygująca determinacja. Taki mężczyzna do okiełznania – wyzwanie dla każdej dziewczyny. Mieszanka wybuchowa. Czasem wampir energetyczny, czasem plaster na całe zło świata. Nie do znudzenia.

Zakochałaś się?

- Najpierw to była fascynacja. Mistrzem, a dopiero z czasem – mężczyzną. Kiedy spędza się z sobą 24 godziny na dobę, można poznać dobre i złe strony. A Janusz zyskiwał, kiedy odkrywało się go prywatnie. Zauważyłam, że potrafi bezinteresownie pomagać, jest troskliwy. Widziałam drobiazgi – gesty, reakcje. Im więcej czasu z nim spędzałam, tym bardziej mi się podobał.

A ty jemu?

- Nie sądzę, żebym wpadła mu w oko od razu. Na początku byłam taką wyluzowaną „giganciarą” – w kurtce parce, z wielkim plecakiem, w szaleństwie farbowania włosów – dziewczyna w typie „Odwalcie się ode mnie”, a nie Barbie z pretensjami: „Patrzcie, jaka jestem piękna”. On mnie obserwował, obserwowaliśmy się nawzajem. Ale nie było tak, że ktoś kogoś ciągnął za sweter: chodź tu do mnie, kochanie.

Poza tym Janusz był zajęty...

- Tak. Kiedy już było jasne, że nasze drogi i fascynacje się spotkały, miałam dwie możliwości: wycofać się albo czekać. Wiedziałam, że w tej sytuacji każde rozwiązanie będzie okrutne i że Janusz chce zaoszczędzić cierpienia rodzinie. Nasza wspólna przyszłość to była wielka niewiadoma. Bałam się powiedzieć rodzicom, co nas łączy. Wszyscy czuliśmy, jak bardzo ta sytuacja jest nie w porządku. Musiałam być cierpliwa. Nie ponaglałam: „Janusz, ty się raz zdecyduj, bo jak nie – odchodzę”.

Kiedy pomyślałaś: poczekam, bo na tego mężczyznę warto?

- Wierz mi, o ślubie z Januszem długo nie myślałam w ogóle. Byłam jego uczennicą, a partnerami stawaliśmy się po drodze. Razem pracowaliśmy, razem tworzyliśmy. Myśl o małżeństwie pojawiła się tak naprawdę, kiedy w ciąży zaczęły pracować hormony. Dziecko wierciło się w moim brzuchu, ja stałam się bardziej „miękka”. Ale to Janusz pierwszy powiedział „chciałbym...” i byłam ugotowana.

Miałaś konkretną wizję waszego małżeństwa, podziału ról? Bo ta jego władcza osobowość...

- Skąd. Kompletnie nie wiedziałam, jak to będzie, nie byłam przygotowana na małżeństwo. Ślub był wariactwem, wszystko załatwialiśmy na ostatnią chwilę, nawet obrączki kupowaliśmy w przeddzień. Jako dziewczyna nigdy nie planowałam, jak będzie wyglądało moje dorosłe życie z mężczyzną.

I z dzieckiem...

- O tak. Wcześniej byłam pewna, że ewentualne dziecko pokrzyżuje moje plany, że muszę skupić się na sobie. Ale gdy dowiedziałam się o ciąży, obawy prysnęły. Do siódmego miesiąca występowałam. Wbijałam się w coraz mniejsze sukienki, a potem szyłam coraz większe. Czułam się piękna, spokojna, potrzebna.

Myśląc o dziecku, wyobrażałaś sobie: chłopiec czy dziewczynka?

- Byłam pewna, że urodzę chłopca. Już dawno temu, kiedy jeszcze oficjalnie nie byliśmy z Januszem parą, zaprzyjaźniona Cyganka powiedziała: „Nataszo, ty z Januszkiem będziesz mieć chłopczyka”. Byłam pod wrażeniem: Boże, skąd ona w ogóle wie, że jesteśmy razem, przecież to tajemnica! Przez całą ciążę przekonywałam mojego ginekologa, że się myli, widząc na USG dziewczynkę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje