Przejdź na stronę główną Interia.pl

Żeby nie zwariować

Pierwsza część rozmowy Natalii Kuc i Agnieszki Sztyler z reżyserem, senatorem Kazimierzem Kutzem.

Senator, reżyser niezapomnianej trylogii o śląsku, kobieciarz. Kazimierz Kutz bardzo musiał się starać, żeby tak jak większość mężczyzn z jego rodziny nie wylądować w kopalni. Startował z samego dołu, pierwszy film zrobił po czterdziestce. Co mu pomogło? Upór, cięty język i... niski wzrost. Dziś ma opinię człowieka, który mówi, co myśli, i nigdy się nie szczypie. Właśnie ukazała się książka Cały ten Kutz. Biografia niepokorna. Trafiony tytuł.

Reklama

Twój Styl: Szybko odpisuje Pan na maile. Zaczyna Pan dzień od przeglądania internetu?

Kazimierz Kutz: No, prawie. Spędzam z laptopem kilka godzin dziennie, wożę go ze sobą do sejmu. Wysyłam maile, czytam wpisy na forum i wszystko chcę wiedzieć, zrozumieć, bo mimo 80 lat wciąż nie ogarniam świata, który jako senator muszę tłumaczyć ludziom. Czytam, czytam, dowiaduję się i zmuszam komórki do wysiłku. Walczę, żeby nie zdziadzieć.

Twój Styl: Co interesującego Pan ostatnio wyczytał?

Kazimierz Kutz: Że Violettę Villas pogryzły szczury! (śmiech). Słyszała pani?

Twój Styl: Przesiaduje Pan na Pudelku?

Kazimierz Kutz: Poluję na takie niesamowite historie, a w internecie jest prawdziwa kopalnia idiotyzmów. W polityce też ich mnóstwo, ale w necie są fenomenalne, lepsze niż ten cały, nie powiem, zabawny teatr: Palikot kontra Kaczyńscy. Bo na stronach plotkarskich czytam, że na przykład jakaś pani Kasia, ponoć znana aktorka, oskarża byłego męża, że nie mył naczyń, natomiast pani Joanna zmieniła kolor włosów. I widzę jej zdjęcia w poprzednich fryzurach, mogę nawet zagłosować na tę, która była najfajniejsza. Pękam ze śmiechu i oglądam sobie te zdjęcia.

Twój Styl: Pan lubi ładne dziewczyny.

Kazimierz Kutz: Lubię popatrzeć, co innego mi zostało? W tym wieku to już chęci nie ma, ale pewna wrażliwość zostaje, myśl o psocie też. Na ulicy oglądam się za dziewczynami, są takie świeże, wyzwolone, odsłaniają nogi, ramiona. Takiego bezwstydu za moich czasów nie było, trzeba było się postarać, żeby coś zobaczyć. A ja się starałem, bo jak wiadomo, byłem kurduplem - kobieciarzem, bawidamkiem, z takimi właściwościami się urodziłem, i już. Do tego ten mój zawód. Ja musiałem swoje robić, czyli kręcić filmy, a reżyser cały czas jest otoczony babińcem, czas spędza poza domem, więc każdy mój film ogrzewała fascynacja jakąś kobietą. Towarzyszył mi nieustający stan romansu, który na ogół był w głowie, w wyobraźni. Ale co ja się tłumaczę... Chodzi o to, że partnerki, z którymi byłem, żony, nie mogły tego wytrzymać. Miały ciągłą paranoję, że je porzucam albo zdradzam.

Twój Styl: Ale to nie była prawda...

Kazimierz Kutz: Dla mnie od konsumpcji zawsze ważniejszy był magnetyzm, budowanie napięcia. Mogłem kobiecie poświęcać czas, nie chodząc z nią do łóżka. Ale nigdy nie traktowałem ich utylitarnie, odwrotnie, to ja im często pomagałem. Przychodziły młode aktorki do SPATiF-u, zapłakane, nagabywane przez filmowców, trzeba było im pomóc, wysłuchać, ustawić jakoś zawodowo i dobrze wydać za mąż. Dawałem im swoje zainteresowanie, godziny rozmów i wsparcie psychologiczne. Jakby pani spytała, czy żałuję, to powiem tak: to był rodzaj mojej ułomności.

Dziś uważam, że ciągłe ganianie za kobietami, za ich towarzystwem było stratą czasu i energii. Lepiej go poświęcić rodzinie, dzieciom, sadzeniu roślin w ogrodzie. To daje plony. Ja przez moje niestabilne życie tak się urządziłem, że mój najmłodszy syn ma teraz 18 lat, jestem od niego 62 lata starszy! Po raz ostatni zostałem ojcem w wieku, w którym miałem prawo już nie żyć. To wielka odpowiedzialność.

Twój Styl: Jak to późne ojcostwo Pana zmieniło?

Kazimierz Kutz: Mój system wartości przerzucił się natychmiast z zawodu na rodzinę. Zresztą zawodowo wszystko zaczęło się już kończyć, zamykać. Mężczyzna, co ma zrobić, powinien zrobić do sześćdziesiątki. Po sześćdziesiątce skończyłem z filmami. Nie chciało mi się, to fizycznie trudne. Nagle otworzył się przede mną taki późny "wysiad jaj". To nawet tak się pięknie układa w dramaturgii mojego życia. Mobilizuje mnie. Najmłodszemu synowi jestem bardzo potrzebny.

Twój Styl: Z czym do Pana przychodzi?

Kazimierz Kutz: Przeżywa pierwsze miłości. Ostatnio poradziłem mu: "Słuchaj, jesteś kompletnie utopiony. Każde życzenie dziewczyny spełniasz natychmiast. Naucz się prostej rzeczy: twoja pierwsza odpowiedź na jej żądania ma być "nie". Wtedy zdąży docenić to, co dla niej robisz. Ona mówi: przyjedź. Ty mówisz: nie. A po chwili mówisz: OK, ale za godzinę. - To tak to się robi? - syn się zdziwił. - Tak, tak się robi. Im bardziej kochasz, tym bardziej tak trzeba robić. Inaczej miłość zje cały twój czas, zaniedbasz szkołę", powiedziałem. Choć naprawdę pozostaje mi znosić wszystko z zadowoleniem i akceptacją. Nigdy nie odważyłbym się skrytykować dziewczyny syna czy chłopaka córki.

Twój Styl: Córkom Pan radzi?

Kazimierz Kutz: Mają być szczęśliwe i są. Moje obie córki mają wspaniałych facetów, którzy zostali przeze mnie usynowieni. Żadna nigdy przez mężczyznę nie cierpiała. Może dlatego, że u nas w domu zawsze panował liberalizm. Brak sztucznych reguł, nakazów spowodował, że każdy czuł się odpowiedzialny za swoje szczęście. Największą głupotą ojca jest moralizowanie. To jest żałosne. Kończy się pójściem na wojnę z własnymi dziećmi. Zakazami i nakazami nic się nie osiągnie. Zresztą dzisiejsi młodzi to zupełnie inny gatunek. Mam okazję obserwować koleżanki młodszej córki, bo zaprasza je często na weekend. Lubią sobie popić piwo, ale się nie upijają. Siedzą do drugiej w nocy. Podoba mi się, że choć mają chłopaków, urządzają takie klanowe dziewczęce imprezy. Mężczyźni są im do zabawy niepotrzebni.

To nowe pokolenie kobiet. Osobowości, a nie lal. Kiedyś latem, gdy cały dom już spał, kąpały się nago w basenie. Dla żartów zapytałem: "A jak wy się tak rozbieracie, to patrzycie, co która ma lepsze?". A one na to: "My, proszę pana, mamy wszystko dobre". Lubię z nimi pogaworzyć, przyjaciół mam niewielu, mój rocznik już powymierał, ubywa tych, między którymi się wychowałem. Więc mam taką swoistą samotność wśród młodych. Może to i dobrze. Nie chciałbym, żeby w moim domu jakieś ponure pijaki dyskutowały o nieszczęściach albo księdzu Rydzyku. Ale jak przychodzą koleżanki, też długo z nimi nie posiedzę, bo córka się wstydzi, że powiem coś bezczelnego.

Natalia Kuc, Agnieszka Sztyler

Przczytaj drugą część wywiadu z Kazimierzem Kutzem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje