Zawód: reporter
Pojechała bez ochrony do dżungli nagrać wywiad z „rzeźnikiem Kolumbii". Rozmowę z terrorystami baskijskiej ETA prowadziła w pokoju pełnym materiałów wybuchowych. Ale nie to jest ekscytujące - raczej myśl, by zrobić reportaż, jakiego jeszcze nie było. Lęk, złość, czasem nienawiść przychodzą później, gdy kamera jest wyłączona. Ewa Ewart opowiada nam, za co, poza dobrym reporterskim tematem, dałaby się pokroić.
Twój Styl: Robi pani sobie zdjęcia z ważnymi ludźmi, których spotkała pani jako reporterka?
Ewa Ewart: Sfotografowałam się z prezydentem Gorbaczowem, może jeszcze z kimś, ale w moim gabinecie nie ma „ściany chwały” ze zdjęciami sławnych ludzi, z którymi zdarzyło mi się rozmawiać. Nie mam obsesji na tym punkcie. Niedawno nawet odkryłam w moich szpargałach zdjęcie z Szamilem Basajewem i po prostu je wyrzuciłam.
Dlaczego?
- Nie można być autorką filmu o dzieciach z Biesłanu i przechowywać w albumie domowym fotografii z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć wielu z nich. Chociaż samo zdjęcie zostało wykonane na początku lat 90., kiedy wybuchła pierwsza wojna o niepodległość Czeczeni, a sam Basajew był wtedy mało znanym przywódcą jednego z oddziałów czeczeńskich separatystów. Ale walor historyczny tej fotografii był dla mnie drugorzędny wobec waloru moralnego.
Wielu bohaterów pani filmów ma krew na rękach. Jak rozmawia pani z ludźmi, których pani moralnie potępia?
- Zawsze zakładam, że moja rozmowa – czy ze zbrodniarzem, czy z bohaterem – jest konieczna do zdobycia ważnych informacji. W tym sensie każdy bohater jest dla mnie równie cenny. Nauczyłam się – i sama nawet czasem się dziwię, jak bardzo weszło mi to w krew – zachowywać wobec rozmówcy pokerową twarz. To jest już u mnie odruch warunkowy. Niezależnie od tego, czy w trakcie wywiadu chce mi się śmiać, krzyczeć z wściekłości, czy płakać – nie ujawniam emocji, dopóki za osobą, z którą robię wywiad, nie zamkną się drzwi. Wtedy zdarza mi się wybuchnąć śmiechem albo przekląć.
Przeklina pani po polsku czy po angielsku?
- No... raczej po angielsku, ale nie zaprezentuję jak, bo nie lubię tego robić.
A co doprowadza panią do ostateczności?
- Jest pewien typ sytuacji... Otóż często, jeszcze przed włączeniem kamery, biorę mojego bohatera na wstępną, nieoficjalną rozmowę. To dla mnie ważny etap pracy. Sonduję wtedy jego poglądy, wiedzę, sposób formułowania myśli, ekspresję, żeby znaleźć najlepszy sposób prowadzenia z nim wywiadu. I czasem bywa tak, że człowiek, który prezentował mi jakiś pogląd, kilka minut później zmienia go przed kamerą o sto osiemdziesiąt stopni. Chyba nic nie jest w stanie doprowadzić mnie do wściekłości bardziej niż to.
- Ale nawet wtedy zmuszam się do zachowania pokerowej twarzy. Zazwyczaj przerywam tylko zdjęcia, patrzę rozmówcy w oczy i mówię ze spokojem: „Przepraszam, może się przesłyszałam, ale dwie minuty temu twierdził pan coś zupełnie innego. O, zapisałam sobie nawet pana słowa...”. Czasem pomaga, ale nie zawsze. I właśnie wtedy klnę.
Zdarzyło się pani nie zadać trudnego pytania ze strachu?
- Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek narzuciła sobie taką cenzurę. Pytanie można zadać każde. Ważny jest sposób, w jaki się to robi. W końcu najgorsze, co może się wydarzyć, to że rozmówca wyjdzie z planu.
Chyba że jest uzbrojony i nie przywykł do niewygodnych pytań. Kręcąc film o mafii kolumbijskiej, nie miała pani żadnej gwarancji bezpieczeństwa, a z tego typu ludźmi nie ma żartów.
- W rozmowie z Carlosem Castano, przywódcą kolumbijskich partyzantów, poruszyłam wszystkie kwestie, które miałam w planie. Robiłam to tylko w bardzo przemyślany sposób, by nie dać mu poczucia, że jestem jego wrogiem czy że go atakuję. Przygotowując się do rozmowy, nigdy nie przesądzam, w jakim stylu ją przeprowadzę.
- Dopiero kiedy siadam naprzeciwko człowieka, wyczuwam, jaki rodzaj kontaktu najlepiej sprawdzi się w tej konkretnej sytuacji. Odruchowo staję się bardziej oficjalna albo bezpośrednia, a scenariusz rozmowy może się u mnie zmienić błyskawicznie. Bywa, że kilkakrotnie w czasie jednego wywiadu.
Zdarzył się pani bohater, na którego zadziałała pani jak płachta na byka?
- Kiedyś robiłam wywiad z nieżyjącym już generałem Aleksandrem Lebiediem, był wtedy gubernatorem na dalekiej rosyjskiej prowincji. Zasłynął z tego, że poważnie zagroził Jelcynowi w wyborach prezydenckich w połowie lat 90. Moje pytania go irytowały, na każde kolejne odpowiadał z rosnącą agresją, ale jednak odpowiadał. Za to jego asystent, obecny przy wywiadzie, najwyraźniej nie mógł znieść, że jakaś dziennikarka ośmiela się stawiać jego zwierzchnikowi niewygodne pytania. Przerywał rozmowę, usiłując mnie pouczać.
- Skończyło się ostrą wymianą zdań w obecności generała. To było ryzykowne, ale jednak trafne posunięcie. Udało mi się dokończyć wywiad. Myślę, że cała ta szopka generałowi nawet zaimponowała, bo odpowiedział na wszystkie pytania.
Lubi pani takie konfrontacje?
- Gdybym się ich obawiała, nie mogłabym kręcić filmów, w których często jedna ze stron, a czasem obie, starają się ukryć niewygodną prawdę.
Miała pani kiedyś na planie filmu poczucie osobistego zagrożenia? Na przykład w Korei Północnej, gdzie robiła pani film o obozach śmierci?
- Tam bałam się jedynie tego, że nie uda mi się tego filmu zrobić.
Ten dokument był jednym z najgłośniejszych pani filmów. Dzięki niemu świat po raz pierwszy usłyszał o istnieniu w tym kraju komór gazowych, w których dokonuje się na więźniach eksperymentów z bronią chemiczną. Jak udało się pani zdemaskować chronioną dziesiątki lat przez totalitarny reżim tajemnicę?
- Zaczęło się od tego, że w mojej redakcji pojawił się pomysł filmu dochodzeniowego o nielegalnej wymianie komponentów nuklearnych między Syrią, Iranem a właśnie Koreą Północną. Gdy usłyszałam o tym projekcie, pomyślałam: świetny temat na artykuł, ale jako dokument telewizyjny – niewykonalny. Wkrótce dowiedziałam się, że przydzielono go właśnie mnie.
- Nie byłam optymistką, ale nie miałam wyjścia. Jak zawsze powiedziałam sobie: sprawdzę, co da się zrobić. Postanowiłam dostać się do Ambasady Korei Północnej w Londynie. Placówka funkcjonowała na dziwnych zasadach. Prowadziło ją dwóch facetów w wynajętym domu i nikogo nie wpuszczali do środka. Po kilku tygodniach jakimś cudem zdobyłam komórkę jednego z tych facetów, zadzwoniłam i powiedziałam, że robię film o rozmowach rozbrojeniowych między Zachodem a Koreą Północną. I zależy mi, by Korea mogła po raz pierwszy wypowiedzieć się w swoim imieniu.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Nadal oczy mam jak wielkie piec zlotych. Skonczylam... więcej
Reklama
Wasze komentarze (5)
-
21.06.2011 (18:26)też bym zrobił świetne filmy ale trzeba mieć OGROMNE plecy by w telewizji chcieli z tobą rozmawiać. To chore..
-
21.06.2011 (16:52)ciekawe dokumenty, ale ten o Ratko Mladić'u bardzo tendencyjny i w bardzo złym świetle pokazujący Serbów. tylko czarne albo białe żadnych wyjaśnień, zgłębienia tematu wojny i konfliktu. za to dokument o ETA nie stronniczy, pokazujący obie strony konfliktu (chociaż może nawet bardziej pro ETA niż pro rządowy)..może takie socjalistyczne prikazy..
-
-
21.06.2011 (15:41)Jeżeli do kamizelki kuloodpornej "obowiązkowo klipsy", to przydałaby się jeszcze butelka wody utlenionej do przefarbowania włosów na blond.
-
21.06.2011 (15:35)Wyjątkowo wrażliwa i rzetelna reporterka.Nie sili się na tanie emocje i sensacje.Jej reportaże nie pozostawiają obojętnym na problemy które porusza.Brawo pani Ewo. Reprezentuje Pani dziennikarstwo najwyższej klasy
-
21.06.2011 (15:18)













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia