Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszystkie światła na mnie

Dziś jesz spokojnie śniadanie, jutro Twoje jajko na miękko staje się własnością publiczną.

Paparazzi udają krzaki pod domem, o własnym rozwodzie dowiadujesz się z bulwarówki, przed spacerem z psem robisz pełny makijaż. Nagła popularność to przyjemność czy utrapienie? Dorota Gardias-Skóra, która wygrała dziewiątą edycję "Tańca z gwiazdami" opowiada, jak to jest, kiedy z dnia na dzień stajesz się sławny. Co w tej sławie cieszy, męczy, a co niepokoi?

Reklama

Dorota Gardias-Skóra

Dotąd pogodynka z TVN. Pochodzi z Tomaszowa Lubelskiego, jest pedagogiem przedszkolnym i menedżerem kultury. Ma dziewięć tytułów miss, żona pilota. Od czterech lat w TVNMeteo i TVN24. Prawdziwa popularność przyszła, gdy w parze z Andrejem Mosejcukiem wygrała 9. edycję Tańca z gwiazdami. Zaczęła się jej "pogoda dla bogaczy".

Nie spadłam z nieba

Moje pięć minut? Pięć?! To tak, jakbym nagle wyskoczyła z pudełka wprost na czerwony dywan, który zaraz wyrwą mi spod stóp. Po Tańcu wybuchły fajerwerki, ale ja przecież nie przyszłam znikąd.

Popularność? Cieszy. Choć szybko zaczął się wokół mnie szum. Nagle odnaleźli się ludzie, których nie widziałam od lat. Nie po to, żeby zapytać, co u mnie, ale żeby... zweryfikować plotki, może usłyszeć coś pikantnego? "Doris, rozwodzisz się z Konradem, ale dlaczego?!" "Czy to prawda, że ty i ten Andrej..." Gdy to słyszę, mam ochotę powiedzieć: Stary, przecież mnie znasz, a ja wcale się tak bardzo nie zmieniłam. Ale nie wchodzę w dyskusje, tylko kończę rozmowę. I skreślam kolejne nazwisko z listy "przyjaciół". To jest niefajne. Sprawdza się rodzina. Najbliżsi, mama. "Jesteśmy z tobą, trzymamy kciuki, kochamy", takie SMS-y przychodziły, gdy wygrywałam i gdy w internecie pojawiały się wyssane z palca bzdury na mój temat. Potrzebuję takiego wsparcia, serdeczności.

Co jest przyjemne?

Że ludzie okazują mi sympatię. Chociaż mam też świadomość, że odkąd jestem popularna, stałam się trochę własnością publiczną. W tłumie nagle ktoś ciągnie mnie za rękaw swetra, łapie za ramię. Na szczęście więcej jest gestów przyjaznych. Gdy w Ustce realizowaliśmy Projekt Plaża - letni program TVN, przyszedł do mnie ktoś z Urzędu Miasta: "Pani Doroto, mieszka u nas starsza osoba, która zawsze ogląda Taniec z gwiazdami, a panią polubiła najbardziej. Nie przyjdzie na plażę, za dużo ludzi...". W przerwie wsiadłam do samochodu i pojechałam do niej. Okazało się, że to osiemdziesięcioletnia malarka. Dostałam w prezencie dwa obrazy - dla mnie i Andreja. Oba nazywają się Do portu. Dedykacja brzmiała "Dziękuję za wzruszenia i życzę, żeby wszystkie porty były przed panią otwarte". Jeśli zdobywać popularność, to dla takich chwil. No, może jeszcze przydaje się w urzędach. Gdy rejestrowałam wygrany samochód, szef biura szepnął do urzędniczki: "Dla pani Doroty proszę wybrać ładny numerek". No i mam trzy siódemki.

Pieniądze? Przyjemne. Ale odkąd zaczęłam więcej zarabiać, też dzięki popularności, coraz rzadziej bywam w sklepach. Wciąż jakoś nie pożądam markowych ciuchów ani gadżetów. Może nie nadaję się na gwiazdę, bo gwiazdy bywają, wydają i godzinami rozmawiają o tym, co jest modne. Ja nie.

Dziewczyna z sąsiedztwa

Po wejściu do domu szczelnie zasłaniam okna. Mam poczucie, że ktoś z teleobiektywem może podglądać, jak chodzę po pokoju w majtkach. Nawet kiedy o ósmej rano wychodzę do warzywniaka, mam chwilę zawahania: tylko krem czy jednak umalować rzęsy? Nie maluję, ale przecież o tym pomyślałam. Ukochany dres? Zakopać po stertą ubrań na dnie szafy czy nie przejmować się, że jest podniszczony? Wkładam go, bo chcę być tą samą Dorotą, co dotąd. Telefon z zaproszeniem od przyjaciół na piwo. Pierwsza myśl: to knajpka na powietrzu, będę na widoku. Druga: dziewczyno, nie daj się zwariować! Czapkę z daszkiem i ciemne okulary noszę od zawsze. Po Tańcu przyszło mi do głowy, że ktoś pomyśli: Gardias się ukrywa, wielka gwiazda! A to przecież mój styl. Przed ostatnimi świętami pomyślałam: "W tym roku nie myję okien. Zobaczą mnie, zrobią zdjęcia, dodadzą jakiś absurdalny komentarz". Ale stuknęłam się w czoło: "Zachowuj się zwyczajnie, przecież wciąż jesteś normalną dziewczyną". I wypucowałam szyby na błysk.

Tylko całuję się rzadziej

Kiedyś zapytano mnie o artystyczne i zawodowe autorytety. Wymieniłam m.in. Magdę Mołek. Moja wypowiedź w następnej wersji zmieniła się w chęć rywalizacji z Magdą, w końcu - w zamiar wygryzienia jej z roli prezenterki Dzień Dobry TVN! Byłam wściekła, ale co mogłam zrobić? Próbuję nie denerwować się każdą plotką na mój temat. Mąż wie, że człowiek, którego pocałowałam w policzek na imprezie, to stary kumpel. Ale już mama czyta o tajemniczym mężczyźnie przy moim boku i o mało nie dostaje zawału. Doszło do tego, że to znajomi kontrolują się, gdy spotykam ich w miejscu publicznym. Ostatnio w centrum handlowym chciałam wpaść w objęcia przyjaciela, ale powstrzymało mnie jego asekuracyjne: Lepiej nie, sama wiesz... Odmówiłam udziału w sesji z mężem. Tylko po finale Tańca z gwiazdami pozowaliśmy razem. Chronię Konrada. Jest pilotem, mieszka w Łodzi, bo tam stacjonuje jego jednostka. Uważam, że nie warto opowiadać w gazetach, co jemy na kolacje, gdzie spędziliśmy urlop i czy on jest o mnie zazdrosny. Takie wynurzenia wydają mi się trochę niesmaczne.

Jak się wyciska cytrynę

Dostaję coraz więcej propozycji zawodowych, telefon ciągle dzwoni. Zatrudniłam agentkę, która to wszystko bierze na siebie. Nie znam się na umowach, kontraktach. Przychodzi też mnóstwo zaproszeń, ale większość ląduje w koszu. Nie jestem zarozumiała, tylko bankiety mnie nie kręcą. Chodzę na premiery do kina i teatru. Po sukcesie w Tańcu pojawiły się też propozycje nagich sesji dla dwóch męskich magazynów. Odmówiłam, bo nie jestem gotowa. Ale pokusa jest, przecież przede mną rozebrały się w "Playboyu" największe gwiazdy... Nie wiem, czy zagram w reklamie. Z jednej strony nie chcę wyskakiwać ludziom z lodówki, z drugiej pokazywanie się w mediach to moja praca, tak zarabiam na życie. Siadam i wyobrażam sobie: co będzie za dwa lata? Może urodzę dziecko? Powinnam mieć większe mieszkanie, pieniądze by się przydały. Decyzje zawodowe podejmuję sama. Konrad mi doradza, przedstawia swoje argumenty, ale ostatecznie to ja mówię "tak" lub "nie". Ufam swojej intuicji.

Wysłuchała: Agnieszka Litorowicz-Siegert

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje