Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wolna Środa

Dwadzieścia lat temu wykładała filozofię, pisała książki, wychowywała córkę i działała w opozycji. Potem zbuntowała się przeciw temu, że nowy ustrój wtłacza kobiety w konserwatywne role. I zaczęła działać.

Wspierała akcje "Rodzic po ludzku", była wiceministrem "od równości". Teraz przekonuje kobiety: sięgajcie po władzę! Parytet jest potrzebny. O sobie Magdalena Środa mówi: "Zawsze wiedziałam, że to, kim będę, zależy tylko ode mnie". I marzy, by podobnie myślały wszystkie Polki.

Reklama

Twój STYL: Ma pani jakieś osobiste doświadczenie z ostatnich 20 lat, które szczególnie zapadło pani w pamięć?

- ... może mój udział w kursie WenDo? (kurs rozwijający w kobietach poczucie siły i własnej wartości, zawiera elementy samoobrony, jednym z zadań jest np. złamanie deski ciosem ręką - red.).

Rozbiła pani swoją deseczkę?

- Nawet dwie, ułożone jedna na drugiej. To było na początku lat 90., już za wolnej Polski. Wcześniej nikt o czymś podobnym u nas nie słyszał. Nie było jeszcze polskich instruktorek Wen-Do. Tamten kurs prowadziły dwie Niemki. Byłam sceptyczna. Pomyślałam: pojadę i napiszę o tym artykuł. Pisywałam wtedy do różnych pism. Wzięłam dyktafon, planowałam robić jakieś wywiady z uczestniczkami. Ale już po kilku pierwszych godzinach nie było mowy o żadnym reportażu. Wciągnęło mnie to całkowicie.

Co panią tak wciągnęło?

- Zobaczyłam kobiety, u których nagle odblokowało się poczucie mocy. Byłam zresztą jedną z nich. To wyglądało naprawdę widowiskowo. Z każdą godziną zachowywałyśmy się pewniej, swobodniej. WenDo zakłada, że jako kobiety wcale nie jesteśmy słabsze, tylko słabsze się czujemy, bo tak nas wychowano. A przez to łatwo stajemy się ofiarami przemocy. Ale można to zmienić. Szczególnie pamiętam ćwiczenie polegające na tym, że leżę z chusteczką w ręku, a pięć innych kobiet stara mi się ją wyrwać. Są "gwałcicielami". Chodziło o to, by broniąc chustki, kobieta uruchomiła cały swój potencjał, żeby odkryła, że ma głos, paznokcie, obcasy, nogi, pięści, zęby. I żeby nauczyła się tego wszystkiego używać: wyć, wrzeszczeć, walić, drapać i gryźć. Wiele kobiet szybko przegrywa walkę z męskim agresorem, bo z góry zakłada "jestem słabsza". Na kursie usłyszałam: "Jesteś słabsza tylko wtedy, jeśli sama uznasz, że jesteś słabsza". I doświadczyłam, że tak właśnie jest.

Obroniła pani chustkę?

- Tak. Jako jedyna w grupie. Dziewczyny, którym się nie udało, mówiły potem: wychowywano mnie, żeby troszczyć się o innych, ustępować, rozumieć ich racje. Mam opór, by zrobić komuś krzywdę, uderzyć, zranić. A przecież w tym ćwiczeniu były w sytuacji osoby atakowanej! Kilka lat później, gdy moja córka była już w liceum, pojechałyśmy na WenDo razem. Świetne doświadczenie, polecam wszystkim matkom. Potem zorganizowałam kilka takich kursów dla dzieci znajomych. Próbowałam namówić też minister Annę Radziwiłł, żeby - tak jak to jest np. w Kanadzie, Niemczech czy Szwajcarii - tanim kosztem wprowadzić WenDo do polskich szkół. Ale się nie udało. Marzę o tym, choć na razie chyba nie ma na to szans.

Pamięta pani, o czym marzyła dwadzieścia lat temu?

- Żeby było mnie stać na wakacje poza domem dłuższe niż dwa tygodnie. I żebym nie musiała na nich jeść kartofli z jajkiem i sosem chrzanowym - spędziłam kiedyś z przyjaciółmi urlop nad jeziorem Krzynia w ośrodku nędznej kategorii, gdzie dzień w dzień tym właśnie nas karmiono. Mąż pracował wtedy w PAN-ie (Polska Akademia Nauk - red.), ja byłam doktorantką na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Pensje mieliśmy tak mizerne, że mąż z przyjacielem musieli łowić ryby, żeby na tych wczasach dożywiać dzieci.

Marzenie o długich wakacjach się spełniło...

- Poniekąd. Kupiliśmy za grosze starą chałupę na Mazurach. Na początku to miała być tylko baza do wypadów męża na ryby. Z czasem stała się miejscem, w którym spędzam wolny czas. Śpię tam po dwanaście godzin, pływam i czytam. Zapraszam przyjaciół, piszę książki, gotuję. Uwielbiam to.

Gdzie się pani nauczyła gotować?

- Nigdzie. Po prostu to lubię, nikt nigdy nie zmuszał mnie do stania przy garnkach, więc robię to z przyjemnością. Jeżdżę po świecie, podpatruję, co się tam podaje, a potem sama próbuję robić różne rzeczy. Lubię dobrą kuchnię. Kiedyś nie znosiłam jeść. Pamiętam czas, gdy tolerowałam wyłącznie pączki, jabłka i głąby kapusty. Jedzenie było smutnym przymusem egzekwowanym przez rodziców. Ale te czasy minęły. Lubię polską transformację również ze względu na to, że w naszym kraju pojawiły się dobre restauracje. Od lat odkrywam przyjemność bywania w nich. Mogłabym polecić kilka wartych uwagi w Warszawie, Krakowie, Poznaniu...

Ostatnie 20 lat to dla pani wyłącznie plusy?

- Nie. Rozczarował mnie stosunek naszego państwa do praw kobiet. Ostatnio wydaje mi się, że w tej kwestii czas się cofa, jak w powieści Godzina pąsowej róży. Ja byłam wychowana w innym ustroju. I choć nienawidziłam komunistów, przed rokiem '89 jako kobieta zawsze miałam poczucie pełnej równości. I nagle w latach 90. dostrzegłam, że dekomunizacja łączy się z de-emancypacją, wtłaczaniem kobiet do tradycyjnych, konserwatywnie pojmowanych ról. Odebrano nam prawo do aborcji, edukacji seksualnej w szkołach, teraz są zakusy, by zakazać in vitro. Zlikwidowano wiele żłobków, przedszkoli. Władza buduje stadiony, ale nikt nie myśli, jak pomóc kobietom w godzeniu ról zawodowych i wychowawczych.

Pełniła pani funkcję Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Już pierwszego dnia zrobiło się o pani głośno. Przyszła pani do ministerialnego gabinetu w podkoszulku i sandałach.

- To nieporozumienie. Propozycja objęcia tej funkcji dotarła do mnie, gdy byłam u siebie na Mazurach. Akurat odpoczywałam po habilitacji. Postanowiłam, że pójdę do ministerstwa zaraz po powrocie do Warszawy, żeby nie tracić czasu. I pierwszy raz pojawiłam się tam właśnie w stroju z Mazur. Były wakacje, wiadomo - sezon ogórkowy, więc to moje "wejście" stało się wydarzeniem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje