Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wojna i spokój

Grażyna Jagielska, żona sławnego korespondenta wojennego, dziś pisarza, leczy się w klinice psychiatrycznej. Napisała książkę "Miłość z kamienia", która jest elementem terapii. To opowieść o traumie u boku męża. Wojtek Jagielski obserwował konflikty zbrojne ostatnich 20 lat. Jego koledzy ginęli, on nie. Ale Grażyna bała się do szaleństwa. On zrezygnował z wyjazdów, by ratować małżeństwo. Oboje wierzą, że ich miłość okaże się silna i przetrwa.

Wojtek i pani. Co was połączyło?

Reklama

Grażyna Jagielska: - Pasja - podróże. Wydawała się czymś twórczym, nadającym treść życiu. Ja byłam po indologii, Wojtek studiował afrykanistykę, po studiach ruszyliśmy w świat. Podróżując, spotykaliśmy ludzi, którzy nie założyli domu na stałe. Chcieliśmy, żeby z nami było tak samo. W pierwszym wspólnym mieszkaniu nie mieliśmy firanek, większości mebli, pralki - nie zamierzaliśmy zapuszczać tam korzeni. Wierzyłam, że zostaniemy wiecznymi podróżnikami.

Pamięta pani moment, kiedy ten plan zaczął się sypać?

- Tak. To był początek lat 90. Pojechaliśmy do Afryki. Wojtek zaczął wtedy pracę dla "Gazety Wyborczej". W Botswanie wybieraliśmy się na safari, szykowaliśmy się na nie wiele miesięcy. I wtedy przyszła wiadomość, że wybuchła wojna w Abchazji. Pamiętam moment, kiedy podejmowaliśmy decyzję - każde oddzielnie, siedząc na dwóch brzegach łóżka. Przez chwilę udawaliśmy, że oczywiście nie wrócimy do kraju i Wojtek nie pojedzie do Abchazji, bo przecież jesteśmy na wymarzonych wakacjach i zaraz popłyniemy Okavango oglądać hipopotamy. A mimo to każde z nas podjęło tę samą decyzję - że trzeba wracać. Bo Wojtek powinien jechać na wojnę. Przywieźć materiał dla gazety.

Dlaczego pani nie powiedziała wtedy "nie"?

- Ani wtedy, ani nigdy. Po to napisałam książkę, żeby sobie odpowiedzieć dlaczego.

Mąż zaczął wyjeżdżać za granicę sam. Co było w tym najgorsze? To, że zdradził wasze plany?

- Nie. Najgorsze było czekanie. Na początku lat 90. praktycznie traciło się kontakt z dziennikarzem wyjeżdżającym na wojnę. Komórki nie istniały, czasem Wojtek dostawał telefon satelitarny, ale bateria wyczerpywała się szybko. Do 2000 roku było wiele wyjazdów, kiedy mąż po prostu przepadał. Z Czeczenii nie miałam wiadomości przez półtora miesiąca. Najgorsza była świadomość, że mogę czekać na próżno. Że on nie wróci, a ja się w ogóle nie dowiem, co się stało.

Ale jakoś szukała pani informacji?

- Oglądałam telewizję. Na dźwięk czołówki wiadomości w BBC reagowały nawet pies i kot - czuły mój strach. Gdy Wojtek był w Groznym, Greg, angielski reporter, stał mi się bliższy niż rodzina. Próbowałam zrozumieć, co się dzieje tam, dokąd odchodził Wojtek. Chciałam wiedzieć, czy w ogóle toczą się jakieś walki. Bo paradoksalnie, dobrze było, gdy wojna wybuchała i trwała - to oznaczało, że mąż nie wyjechał na próżno. Bo dziennikarz, który wraca z pustymi rękami, bez łupu, ponosi klęskę. Moją pierwszą troską więc było to, żeby Wojtkowi udało się dotrzeć na miejsce. Drugą - żeby jednak działo się coś, co pozwoli zdobyć materiał. I dopiero trzecią - żeby czekanie na jego powrót się skończyło.

Pracowała pani?

- Przez jakiś czas pracowałam w Banku Światowym. Ta praca miała być tymczasowa, jak wszystko w Warszawie. Ale z czasem zaczęło do mnie docierać, że to pobyt Wojtka w domu jest tymczasowy. W roku 1986 urodził się Piotrek, pierwszy syn. Zajęłam się tłumaczeniem literatury angielskiej. Ale wkrótce stan ciągłego napięcia uniemożliwił mi pracę. Zapominałam, że mam zobowiązania, czasem zapominałam, że powinnam iść do pracy. Miałam napisać książkę? Rzeczywiście, ktoś z wydawnictwa dzwonił, pytając, czy dotrzymam terminu. Wszystko przestało być ważne.

Pisze pani, że zaszywała się w kącie między zlewem a piecykiem gazowym, siadając w kucki. Aż tak się pani bała?

- Na początku lat 90. mąż wyjeżdżał kilka razy w roku i zawsze wiedziałam, co mu grozi. Nie myślałam o niczym innym - chodziło tylko o to, żeby przetrwać. Z czasem przestałam wierzyć w jego powrót. Zaczęłam wyczekiwać telefonu z wiadomością, że Wojtek nie żyje. Myślę, że tak może wyglądać życie w czasie okupacji, kiedy człowiek skupia się na tym, żeby wojna się skończyła. A kiedy się skończy, dopiero zacznie się prawdziwe życie. Do tego momentu wszystko ulega zawieszeniu. Nie gramy w tenisa, bo to się wydaje bezsensowne. Nie chodzimy do kina, do znajomych, bo to nie jest pora na zabawę.

Na ile ten czas czekania był "normalny"? Przecież trzeba było zająć się domem, iść do fryzjera. Pani sama była dla siebie ważna?

- Wtedy ja jako ja w ogóle nie istniałam. Były obowiązki, które należało wykonać, i pozory normalnego życia, które trzeba było zachować przed dziećmi, żeby nie czuły mojego strachu i zagubienia. Przez lata to mnie zupełnie wyczerpało. Gotowałam, prałam, robiłam zakupy - najlepiej, jak umiałam. Próbowałam cieszyć się domem, jakimiś okruchami codzienności. Myślę, że udało mi się ochronić dzieci. Choć pamiętam takie zdarzenie: starszy syn poszedł do szkoły, miał siedem czy osiem lat. Wojtek był wtedy w Afganistanie. I nauczyciel powiedział: "No, Piotrek, teraz to już twojego tatę zabiją na pewno". Dzieciak wrócił do domu i spytał: "Mamo, kiedy zabiją tatusia?". To był chyba jedyny raz, gdy otarł się o rzeczywistość, którą starałam się kamuflować.

Co pani odpowiedziała synowi?

- Myślę, że po prostu kupiłam mu duże lody.

Czy wyjazdy męża zaczęły was oddalać?

- Tak.

Kiedy pani to zauważyła?

- To był rok 1994. Miesięczny wyjazd Wojtka do RPA, tuż przed wyborami, kiedy toczyły się regularne bitwy w townshipach, czarnych dzielnicach Johannesburga. Wojtek przyjechał i po raz pierwszy wydał mi się obcy. To, co tam przeżył, zupełnie go odmieniło. Nie umiał ukryć zachwytu. Uświadomiłam sobie, że wraca z innego świata, do którego ja nie mam dostępu. Zrozumiałam, że to nas rozdziela i będzie rozdzielało coraz bardziej.

Mąż wracał z wojny, kładł plecak na stole i mówił lekko: "No to jestem". Dla pani to była ulga?

- Wojtek zawsze lekceważył fakt swojej nieobecności i znaczenie wojennych przeżyć. Starał się je zbagatelizować. Czyli wracał do domu tak, jakby wyszedł do sklepiku po chleb. Przekonanie, że on bagatelizuje coś, co jest tak niebezpieczne, wywoływało u mnie jeszcze większe poczucie zagrożenia.

On wracał i zaczynał opowiadać. A pani odpowiadała: nie chcę słuchać tych historii. Zagadywała go pani: wolisz na obiad ryż czy ziemniaki.

- Na początku wydawało mi się, że tę cienką barierę, jaka między nami wyrosła, da się łatwo zburzyć, jeśli opowiemy sobie, co nam się przytrafiło w czasie, gdy byliśmy oddzielnie. Czyli ty mnie - co się stało w Abchazji, a ja tobie - jak leczyłam zapalenie uszu u kota. Ale tego nie dawało się zrobić. Wojtek z początku nie chciał mówić. Być może wydawało mu się, że kiedy mi powie, co przeżył, zabronię mu wyjeżdżać? Potem, gdy zaczął przetwarzać swoje przeżycia na reportaże, opowiadał coraz więcej. Słuchałam, bo dzięki temu mogłam uczestniczyć w tym, co się dzieje po tej drugiej stronie lustra. Ale niektóre opowieści były dla mnie zbyt straszne: to, jak Taja błagała rosyjskich żołnierzy, żeby gwałcili ją w zamkniętym pokoju, nie na oczach dzieci, a gdy się nie zgadzali, przekonywała córkę: "Nic złego się nie dzieje, widzisz, mamusia nie płacze". Albo o Marii, Abchazce, która szukała swoich dzieci w zbiorowych grobach. Ofiary i mordercy zaczęli gromadzić się w mojej głowie, towarzyszyć mi.

To wtedy bohaterowie reportaży zaczęli "przychodzić" do salonu?

- Czułam, że to się może zamienić w obsesję. Ale wiedziałam, że Wojtek musi oddać komuś brudy, które nazbierał w świecie. Myślę, że bez tego nie miał szans na przeżycie. Wszyscy znani nam dziennikarze, jeśli nie mieli na kogo zrzucić okropności, których się naoglądali - popadali w depresję, obłęd albo w alkoholizm, narkotyki, popełniali samobójstwa. Nie znam dziennikarza, poza Wojtkiem, który by wyszedł z tego cało psychicznie. Brnęliśmy coraz dalej.

Tylko że z czasem brudów było za dużo.

- Powoli przestawałam panować nad sprawami życia codziennego. Młodszy syn przyszedł kiedyś i powiedział: "Mamo, we wrześniu zaczyna się szkoła, inne dzieci są już zapisane, a ja nie. Czemu?". Musiał mimo wszystko wyczuwać, że już nie może na mnie polegać. Później nie wychodziłam już po zakupy. Poprosiłam znajomych, żeby przestali dzwonić, bo każdy dzwonek telefonu rozrywa mnie na strzępy. Kiedy Wojtek pytał niby od niechcenia: "Czy zapłaciliśmy rachunek za telefon?", czułam, co to zwiastuje - ma w planach następną podróż. Nasłuchiwałam, kiedy otworzy kanciapę pod schodami, żeby wyjąć plecak. Nie chciałam już tak żyć, ale nie potrafiłam nic zmienić. Aż zrozumiałam, że idę prostą drogą do samodestrukcji. Po jego kolejnym powrocie z Czeczenii podjęliśmy decyzję o rozwodzie. Młodszy syn miał osiem miesięcy. Ubrałam się w białą sukienkę, wzięłam Wojtka pod rękę i poszliśmy do adwokata...

Dziwny fragment książki. Siedzicie ramię w ramię pod drzwiami kancelarii, a pani się martwi, że czas leci i mąż nie zdąży z oddaniem tekstu. Przecież się kochaliście. Po co tak?

- Chyba potrzebowaliśmy, by ktoś nami potrząsnął, powiedział, że to droga do szaleństwa. Nie zamierzaliśmy się rozwieść, chcieliśmy, by ktoś trzeci nas uratował - sami już nie potrafiliśmy tego zrobić.

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Jagielski | wojna | korespondent wojenny | Jagielski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje