Przejdź na stronę główną Interia.pl

Whitney Houston: Przegrane szczęście

Miała wielki talent, wspierających rodziców i producentów, którzy od razu zobaczyli w niej gwiazdę. Czemu pozwoliła się zniszczyć? Za co prześladowano ją w szkole? Dlaczego wszędzie czuła się samotna i odrzucała pomoc przyjaciół? W wywiadzie dla "Twojego STYLU" tajemnice życia Whitney Houston próbuje rozwikłać jej biograf, James Robert Parish.

Wiadomość o śmierci Whitney wywołała szok. Ale nie mniej wstrząsająca była jej ostatnia spowiedź w programie Oprah Winfrey. Wyznała, że przez lata była ofiarą przemocy domowej. Jej życie naprawdę tak wyglądało?

Reklama

James Robert Parish: - Niestety, tak. Małżeństwo z Bobbym Brownem, podrzędnym wokalistą R&B o reputacji niegrzecznego chłopca, było większą katastrofą, niż wszyscy sądzili. Do prasy przenikały niepokojące informacje na temat ich wspólnego życia, ale nikt nie przypuszczał, że Brown bił i znieważał żonę na oczach córki. Że takie sceny były w ich domu normą. I że Whitney tolerowała przemoc przez lata. Zadziwiające jest to, jak długo starała się chronić reputację męża.

Podobno również jego ego. To prawda, że nie mówiła nigdy przy nim o swoich sukcesach?

- Tak. Aby nie psuć mu humoru, umniejszała je. Ponieważ Bobby dostawał szału, gdy przypadkiem ktoś nazwał go "panem Houstonem", podczas wspólnych podróży Whitney meldowała się jako "pani Brown". A po bijatykach ukrywała się w domu, żeby nikt nie dostrzegł siniaków. Nawet jeśli z tego powodu zawalała swoje sprawy.

Dlaczego uwielbiana przez miliony, w pełni niezależna finansowo gwiazda w ogóle pozwalała się tak traktować?

- To jedno z najbardziej intrygujących pytań w tej historii. Raczej nie ma mowy o powielaniu wzorców wyniesionych z domu, bo jej rodzice, mimo nieporozumień, a w końcu rozpadu małżeństwa, odnosili się do siebie z szacunkiem. Mam podejrzenie, że była bezbronna wobec agresji, bo w dzieciństwie matka zbytnio wciskała ją w rolę grzecznej dziewczynki o nienagannych manierach. Sytuacje konfliktowe sprawiały, że Whitney czuła się zagubiona i niepewna siebie. Agresja ją paraliżowała. Nigdy nie umiała o siebie walczyć.

Czemu w ogóle związała się z kimś tak destrukcyjnym i nieprzewidywalnym jak Bobby Brown?

- Ten związek od początku nazywano mezaliansem. Ale Whitney tłumaczyła, że "jest w niej ciemna strona, którą tylko Bobby potrafi zrozumieć". I że tylko przy nim nie czuje się samotna. Dziś brzmi to jak ponury żart - ten facet był jej największym nieszczęściem. Zazdrościł jej głosu, talentu, popularności. Miał kompleks na punkcie tego, że jest mężem sławnej żony. Dlatego ją niszczył. Do dziś trudno mi się z tym pogodzić. Była niespotykanie utalentowaną wokalistką. Urodziła się, żeby śpiewać.

W pana książce też pada to zdanie: "Urodziła się, żeby śpiewać". Chodzi o jej wybitny głos czy coś jeszcze?

- W jej życiu wszystko sprzyjało temu, by odniosła sukces. Jej matka Cissy Houston była utalentowaną piosenkarką. Ciotka Dionne Warwick - gwiazdą gospel, a matka chrzestna Aretha Franklin - legendą jazzu. Whitney od dzieciństwa wychowywano na gwiazdę. Matka przebierała ją w swoje sukienki, wkładała jej buty na wysokim obcasie, malowała i kazała śpiewać do mikrofonu. Cissy wiedziała, że jej córka ma rzadki dar. Rodzina podzielała tę opinię.

Jak wyglądało codzienne życie w domu Houstonów? To był wspierający dom?

- Oboje rodzice aspirowali do klasy średniej, choć sami pochodzili z robotniczych środowisk. Żeby wprowadzić dzieci w lepsze środowisko, przenieśli się z robotniczej dzielnicy Newark (największe miasto w stanie New Jersey - red.) do domu w eleganckiej okolicy. Początkowo ciężko pracowali na ten "lepszy standard". Cissy jako piosenkarka, a jej mąż John jako taksówkarz i kierowca ciężarówek. Przez lata to głównie on zajmował się wychowywaniem trójki dzieci. Zespół The Sweets, w którym występowała Cissy, sporo koncertował w całych Stanach. Całkiem nieźle im szło, zdarzało im się śpiewać z takimi sławami jak Presley czy Hendrix. Ale Cissy źle znosiła rozłąkę z rodziną. Gdy przed jednym z wyjazdów w trasę zobaczyła zapłakaną pięcioletnią już wówczas Whitney, wyjęła z bagażnika spakowane torby i została w domu. Postanowiła, że odtąd będzie spędzać więcej czasu z dziećmi, zacznie nagrywać w domowym studiu i wyda płytę. Tak rozpoczęła karierę solową. Powiodło się jej. Za pieniądze z pierwszej płyty kupiła dom z basenem.

Houstonowie nie musieli już aspirować do klasy średniej. Ich marzenie się spełniło.

- Wspomnienia Whitney z tamtego czasu były sielankowe. W domu roiło się od dzieciaków z sąsiedztwa. John nie musiał zarabiać za kierownicą, więc bawił się z nimi i bardzo to lubił. Ten beztroski okres skończył się, gdy Whitney poszła do szkoły podstawowej.

Miała kłopoty z nauką?

- Raczej z koleżankami. Prześladowały ją, bo wyróżniała się wyglądem. Matka zawsze ubierała ją bardzo elegancko: chodziła w plisowanych spódniczkach, ładnych pantoflach i białych bluzkach. W jej szkole obowiązywał inny styl: dżinsy i adidasy. Jako "odmieniec" szybko została klasową ofiarą. Raz jedna z koleżanek wdeptała jej okulary w ziemię. Innym razem grupa dziewczyn próbowała ją pobić. Cudem udało się jej uciec do domu. Czasem w takich sytuacjach w jej obronie stawali dwaj starsi bracia. Ona sama nie potrafiła się skonfrontować z agresją. Zawsze uciekała. Nie lubiła swojego wizerunku "dziewczynki z dobrego domu", bo uważała, że jest on źródłem jej kłopotów. Czasem wkładała więc do torby dżinsy i przebierała się w szkolnej łazience. Ale mimo to nadal nie była akceptowana przez swoich rówieśników.

Podobno jej azylem był kościół New Hope, gdzie za namową matki śpiewała w chórze.

- Tak, czuła się tam akceptowana, a nawet podziwiana. Kiedy po paru miesiącach po raz pierwszy zaśpiewała solo, ludzie w kościelnych ławkach płakali ze wzruszenia. Cissy miała swój udział w tym sukcesie - ćwiczyła z córką w domu po kilka godzin dziennie. Dzięki matce Whitney jako czternastolatka wystąpiła też pierwszy raz na scenie w klubie nocnym, choć bardzo tego nie chciała. Żeby skłonić nieśmiałą córkę do występu, Cissy oświadczyła, że boli ją gardło i nie da rady wyjść na scenę. Whitney zastąpiła matkę z poczucia obowiązku i... wypadła rewelacyjnie. Burza braw, euforia publiczności.

W swojej książce pisze pan, że Whitney o mały włos nie zaprzepaściła talentu dla kariery modelki. Jak do tego doszło?

- Jej matka, która wciąż była znaną piosenkarką, została zaproszona na występ do Carnegie Hall. Whitney śpiewała w jej chórku. Po koncercie podszedł do nich mężczyzna z aparatem i zaproponował Whitney współpracę. Już następnego dnia podpisała umowę z agencją Click i tak została fotomodelką. Jej zdjęcia ukazywały się w "Harper’s Bazaar", "Cosmopolitan" i "Seventeen". Zaskakujące było dla mnie odkrycie, że fotografom, z którymi wtedy współpracowała, opowiadała, że jest dziewczyną ze slumsów. Wymyślała jakieś niestworzone historie, żeby tylko nikt nie uznał jej za panienkę z porządnej rodziny. Cissy była wściekła. Przeniosła ją nawet z tego powodu do prywatnej, katolickiej szkoły o zaostrzonym rygorze.

To wtedy przestała pracować jako modelka?

- Nie, bywała na sesjach do końca szkoły średniej. Zakończyła współpracę z agencją modelek dopiero, gdy matka załatwiła jej przesłuchanie u znanego producenta muzycznego Clive’a Davisa z firmy Artista. Whitney zaśpiewała dla niego piosenkę Greatest Love of All. Był pod takim wrażeniem, że jeszcze tego samego dnia podpisali kontrakt. To był punkt zwrotny w jej życiu. Wcześniej rodzice chcieli, by studiowała, teraz uznali to za stratę czasu. Przez kolejne dwa lata pod okiem Davisa pracowała nad piosenkami do swojego pierwszego albumu. Zatytułowała go po prostu Whitney Houston. Ukazał się w 1985 roku. Półtora roku później był to najlepiej sprzedający się album w USA. Do dziś sprzedano 25 milionów egzemplarzy tej płyty. 

Jak wielką rewolucję wywołało to w jej życiu?

- Miała dwadzieścia lat i z mało znanej modelki z dnia na dzień stała się megagwiazdą. Zupełnie nie była przygotowana na sukces takich rozmiarów. Podczas pierwszego tournée promującego jej album niemal każdego dnia płakała z tęsknoty za domem. Czuła się samotna. Gdy jej klipy pojawiły się w MTV, brukowce pisały, że wybiela sobie skórę. Bardzo to przeżywała, nie rozumiała, dlaczego jacyś ludzie ją atakują. Przecież chciała tylko śpiewać ładne piosenki. Nie pojmowała meandrów show-biznesu. Wciąż była skromną dziewczyną, a ludzie z wytwórni zaczęli naciskać, by pokazała na scenie "trochę ciała". Do akcji wkroczyła wtedy Cissy, która zażądała, by Whitney nosiła na scenie wyłącznie eleganckie suknie. "Akurat ona nie musi nadrabiać braku talentu pokazywaniem golizny!", wykrzyczała w wytwórni.

A jak wpłynęło na Whitney to, że prawie z dnia na dzień została milionerką?

- Dwa lata po debiucie miała na koncie 44 miliony dolarów. Według "New York Timesa" była wtedy trzecią - po Madonnie i Stevenie Spielbergu - najlepiej zarabiającą amerykańską artystką. Kupiła rezydencję z ogromnym, pięknym ogrodem w Mendham w New Jersey. Sam domek dla jej psów w tej posiadłości kosztował prawie sto tysięcy dolarów. Kupiła też luksusowy apartament dla matki. 

Dowiedz się więcej na temat: Whitney Houston | Bobby Brown | bodyguard | whitney housten

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje