W raju jeszcze nie byłam
Tytuł twojej książki: Przesunąć horyzont. On zapowiada pogoń bez końca, horyzontu nigdy nie dogonisz, on się wciąż odsuwa. Nie masz wrażenia, że biegniesz w życiu za cieniem?
Martyna Wojciechowska: Może. Gdy wysiadłam z samolotu po ostatniej wyprawie, po pytaniach "Jak było?" padło następne: "Co dalej?". I wszyscy pewnie czekali na deklarację, że lecę na przykład na Księżyc. A ja myślę: "Drodzy Państwo, dajcie mi się wyspać, pobyć z dzieckiem...".
Ale jak długo? Tydzień? Jak długo trwa zadowolenie z tego, co zdobyte?
Martyna Wojciechowska: Na szczycie Piramidy Carstensza, najwyższego szczytu Australii i Oceanii, ostatniego z korony Ziemi, puściło mi napięcie. Usiadłam i zaczęłam płakać tak strasznie, nie pamiętam, kiedy takie emocje się we mnie odezwały. Ze łzami spływało zmęczenie, siedem lat podnoszenia sobie poprzeczki. A potem od razu myśl: trzeba zejść, jechać do domu, tyle jest do zrobienia. Radość, ta czysta z sukcesu, trwała kilka minut. I nie jest tak, że teraz wstaję rano i myślę: Wow! To ja, zdobywczyni korony Ziemi, spełniona, mogę sobie teraz poleżeć.
Nie masz problemu z tym nienasyceniem? Może to jakiś ... holizm?
Martyna Wojciechowska: Chcesz mi robić psychoanalizę? Jeśli zrozumiałam, że to jest moja droga, to mam żyć wbrew sobie? OK, przyznałam już, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Ale czy nie jest tak, że ludzie, którzy odczuwają ciągły niedosyt, popychają świat do przodu? Gdyby wszyscy byli zadowoleni, że udało nam się oświetlić dom lampą naftową, to pewnie do dziś byśmy przy niej siedzieli.
Pytanie o cel, o napęd. Czy ty jesteś wybitna, czy trochę zwariowana? Czy ta droga prowadzi dokądś, czy donikąd.
Martyna Wojciechowska: Nie wiem... Nie wiem, czy poleciłabym tę drogę mojej córce, chyba nie. Wolałabym, żeby znajdowała więcej radości w prostych, nieskomplikowanych rzeczach i nie musiała wciąż tego horyzontu przesuwać. Bo to także źródło frustracji, niespełnienia. OK, chciałabym się pozbyć tej niecierpliwości, trochę zluzować. Czytam czasem w wywiadach ze znanymi kobietami: "Pędziłam, ale teraz się wyciszyłam, joga, zielona herbata, cieszy mnie tak niewiele...". I myślę: czy one tak gadają, czy to naprawdę możliwe? Dlaczego mnie nie cieszy tak niewiele?
Umiesz wejść na Everest, a nie potrafisz tego przepracować?
Martyna Wojciechowska: Przyznam się, próbowałam. Moja terapeutka się poddała. Przypadek nieuleczalny.
Na czym opierasz swoje poczucie bezpieczeństwa?
Martyna Wojciechowska: A sprawiam wrażenie, że je mam? Nie. Ale pamiętam okresy, gdy czułam się bezpiecznie, i to miłe uczucie dał mi mężczyzna.
Chodzi o pieniądze?
Martyna Wojciechowska: Chodzi o to, żeby ktoś tylko powiedział: "W razie czego ja się wszystkim zajmę". I żeby to usłyszeć od właściwej osoby. Pieniądze? Ważne. Teraz mam poczucie, że muszę być niezależna ekonomicznie, więc dopada mnie myśl, co będzie, jak zdarzy się wypadek i nie będę mogła pracować.
Napiszesz nową książkę.
Martyna Wojciechowska: No, może. Mam taką naturę, że jakkolwiek by było źle, znajdę jakieś wyjście. Ale bezpieczeństwa mi brak, żyję w dużym lęku. Tyle razy widziałam, jak kobiety nie odchodziły od swoich mężów, bo się bały, że nie zarobią na siebie. Już dawno postanowiłam, że nikt mi nie będzie dyktował warunków. Że będę miała wolność wyboru. Więc oszczędzałam, odkładałam na przyszłość.
A zastawiłabyś dom, żeby zorganizować wyprawę?
Martyna Wojciechowska: Oczywiście. Bo moje wyprawy są sensem mojego życia. Ja w nie włożyłam mnóstwo pieniędzy i pewnie ich nie odzyskam, ale było warto.
Masz ogromną zdolność mobilizacji. A zdarza ci się siedzieć z głową pod kołdrą?
Martyna Wojciechowska: Pewnie. Mam chwile, gdy nic mi się nie chce, czuję, że nie podniosę się do końca świata. Kilka momentów mojego macierzyństwa to była masakra. Parę rozstań, nawet tych na własne życzenie. Wbrew temu, co myślisz, naprawdę można mnie zranić. Moi znajomi wiedzą, że jak nagle znikam, to siedzę w norze.
To mężczyźni tak mają.
Martyna Wojciechowska: Więc ja mam po męsku. Nie próbuję przegadać problemu z przyjaciółką, tylko chowam się do jaskini. Jestem odpowiedzialna, więc ubieram się, myję, robię śniadanie dziecku, idę do pracy, ale kompletnie się alienuję, nie kontaktuję ze światem. Czasem ktoś dzwoni: "W norze siedzę. - A, sorry, to zadzwoń, jak wyjdziesz". Przyjaciele wiedzą, że to mija.
Kiedy ostatnio tak było?
Martyna Wojciechowska: W styczniu, przed wyprawą na Piramidę Carstensza. Panicznie bałam się tego wyjazdu, ale wstydziłam się przyznać. Nie byłam przygotowana fizycznie, bo jak być młodą matką na dwóch etatach i jeszcze biegać do siłowni, i trzymać dietę. No i ten lęk przed "ostatnią prostą". Myśl: kiedyś noga musi się powinąć.
Nie powinęła się. Martyna, pamiętam Cię z sesji dla "Playboya" i z Big Brothera. Przyznajesz się jeszcze do tamtych ról?
Martyna Wojciechowska: Pokazywałam ostatnio slajdy na festiwalu górskim. Zaczęłam od fotografii z Big Brothera: ja w złotych spodniach, w cekinowej bluzce. Na jakimś forum pisano wtedy, że wyglądam jak flądra obdarta ze skóry. Skomentowałam "Ponad siedem lat temu...", a sala ryknęła śmiechem. A potem były moje zdjęcia z wypraw w góry. Minęła cała epoka, jestem inną osobą. I chyba dostaję wyższe noty za styl.
Jacek Szmidt
TS 04/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Nadal oczy mam jak wielkie piec zlotych. Skonczylam... więcej
Reklama
Wasze komentarze (34)
-
14.03.2010 (20:02)Dziękuję za ten wywiad. Tacy ludzie jak Martyna sprawiają, że chce się chcieć... To prawda, że wszystkie ograniczenia jakie widzimy w naszym życiu są w naszych głowach. Życzę sobie jak najmniej takich ograniczeń. Życie jest na to za krótkie.
-
12.03.2010 (12:50)Mam wrażenie, że kobiety głosowały na KOBIETĘ roku nie ze względu na osiągnięcia, tylko ze względu na popularność. Nie mam nic przeciwko realizowaniu pasji, ale czy czytelniczki wczytały się dokładnie w życiorysy innych nominowanych? Chyba nie. Bardzo bym chciała aby moja córcia realizowała się, wspinała, jeździła. Ale nie chciałabym aby tyle zostawiła po sobie zgliszczy co Martyna Wojciechowska....I w tym problem. Czy ktoś pamięta, że w jej programie zginął człowiek? Te jej wypadki, WPADKI, niespójności. Gratulacje, bo trzeba gratulować sukcesów. Ale też lekki żal, że nie ktoś, kto więcej zrobił dla świata a nie tylko dla samej siebie.
-
-
12.03.2010 (12:35)Osobiście podziwiam takie Kobiety jak Pani Martyna. Sama należe do grona tych, które robią obiadek na serwetce, potem deserek i kawusia lub herbatka. Jednakże czasami też chciałabym sie wyrwać z tej monotoni. Sama praca mi nie wystarcza. Ciągnie mnie w wielki świat, ale cóż jestem już w takim wieku, że coraz mniej mam na to odwagi. A mojego Pana raczej trudno wyrwać w podróże, nawet te w kraju. Wszystko kalkuluje. Zostaje mi tylko podziwianie odwaznych KOBIET.....
-
12.03.2010 (12:27)Jeśli chodzi o osiągnięcia w zdobywaniu szczytów - TAK. Jeśli chodzi o całą resztę - NIE. Martyna jest sztandarowym przykładem totalnej nieumiejętności pogodzenia życia osobistego z zawodowym. Bardzo nie podoba mi się fakt, że rozstała się z ojcem swego dziecka zaraz po jego urodzeniu. Sama mówi, że kobiety powinny być na równych prawach co mężczyźni, a sama "wykorzystała" człowieka tylko do....Poza tym strasznie wyskakiwała z lodówki, rozumiem, że takie standardy (nie można dać o sobie zapomnieć), ale trudno mówić o jakiejkolwiek wartości w ciągłym pokazywaniu się z "byle powodu", przechwałkach na zmianę z cierpiętnictwem. Martyna nie umie jak wiele z nas połączyć życia zawodowego z osobistym, dziecko wychowuje niania i babcia a o mężczyznach wypowiada się tak, jak wielu mężczyzn (których nie lubię) o kobietach - więc niczym się od nich nie różni. Dla ścisłości - nie jestem "matką Polką" ale kobietą na wysokim stanowisku i uważam, że życie osobiste Martyny Wojciechowskiej daje dużo do myślenia, czy warto realizować siebie mając wokół siebie pustkę. To bardzo smutne chodzić w tym wieku na uroczystości z mamusią i tatusiem....Co po tych "osiągnięciach"? Dyplomy i medale pokryje kurz, a córcia będzie przeżywać własne życie. Trudno podziwiać...
-
12.03.2010 (09:29)Uwielbiam ją. Jest i mądra i piękna a to cudowne połączenie. Niezłomnie dąży do celu. Jestem pewna, że "na starość" spoglądając za siebie poczuje dumę i ogólne zadowolenie. Pewnie, jak każdy, zajdzie kilka sytuacji który będzie żałować, ale w ogólnym rozrachunku oceni życie na plus. Tak myślę. Nie gwiazdorzy, nie narzeka, ciężko pracuje na swój sukces. Jest moja inspiracją. Żałuję, że nie znajduję takich kobiet we własnym, najbliższym otoczeniu. Żałuję, że sama nie jestem taką kobietą.














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia