Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trudno jest mi uwierzyć w życie pozagrobowe

Ta rozmowa i to spotkanie odbyły się dokładnie pięć lat temu. Profesor Religa to wymarzony towarzysz rozmowy. Otwarty, bezpośredni, szczery i prawdziwy. Nieprawdopodobnie męski. Nigdy wcześniej ani potem nie zdarzyło się, żeby ekipa współpracująca przy "Mistrzu i Małgorzacie" poprosiła o wspólne zdjęcie z bohaterem. Profesorowi Relidze ta prośba sprawiła przyjemność. Za to też dziękujemy. Odszedł Mistrz, Profesor, Człowiek. Zbigniew Religa.

Dlaczego wśród kobiet nie ma wybitnych kardiochirurgów?

Reklama

Zbigniew Religa: Są, ale to rzadkość, i przyznam, że też się nad tym zastanawiałem. Mam w tej chwili asystentkę Małgorzatę Pastuszek i jest to pierwsza kobieta, o której śmiało mogę powiedzieć, że to znakomity lekarz i chirurg. O niesłychanej dyscyplinie w pracy, odpowiedzialna za wszystko, co robi. Świetnie zorganizowana psychicznie. Zrobi wielką karierę kardiochirurgiczną. Do tej pory pracowałem z wieloma dziewczynami, które były moimi asystentkami. Trzy z nich odeszły na własne życzenie, ponieważ szybko zorientowały się, że po prostu nie dadzą sobie rady. Jak długo mamy do czynienia z typową operacją, tak wszystko jest w porządku. Dramat zaczyna się, gdy coś się komplikuje i trzeba podjąć natychmiastową decyzję, wtedy się gubią. Braknie stalowych nerwów? Nie jest tak, że to jest męski zawód. Natomiast prawdą jest, że większość kobiet - a mówię na podstawie doświadczenia - w takich momentach wpada w panikę. A w kardiochirurgii decyzja dobra lub zła to żyć albo nie żyć. W przeciwieństwie do chirurgii ogólnej, w której podjęcie złej decyzji nie musi kończyć się śmiercią.

A kto się zajmuje Pana sercem?

Zbigniew Religa: Do tej pory nie było takiej potrzeby, by ktoś się zajmował. Jestem w komfortowej sytuacji, bo mam całą armię przyjaciół, kolegów i uczniów, do których mogę się zgłosić, będąc pewnym, że jestem w dobrych rękach.

Kiedy konfrontuje się wspomnienia Pana ojca: "Bałem się, że z mojego syna nic nie będzie", z informacją, że w rankingu na najwybitniejszych żyjących Polaków zajmuje Pan szóste miejsce, to przyznam, że to robi wrażenie…

Zbigniew Religa: No cóż, dlatego nigdy nie przekreślałbym tych wszystkich młodych ludzi, co do których mamy wątpliwości, czy kiedyś coś z nich wyrośnie. I że jak się rozrabiało w szkole, to wcale nie znaczy, że potem i w życiu będzie się chuliganem? Byłem bardzo złym uczniem, chociaż zdawałem z klasy do klasy. Na maturze jedyna moja czwórka to ta z zachowania. Reszta - trójki. Rodzice i nauczyciele mieli ze mną problemy. Myślę, że dopuścili mnie do matury, żeby się mnie wreszcie pozbyć ze szkoły. Odbyła się nawet w tej sprawie burzliwa rada pedagogiczna. Matura była dla mnie koszmarnym przeżyciem. Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji, że jako jeden jedyny mogłem czegoś nie zdać.

Zbuntowany, ale jednak ambitny?

Zbigniew Religa: Tak, tylko że te moje ambicje nie były zorientowane na bycie dobrym w nauce. Zależało mi na tym, żeby dobrze biegać na sto metrów, skakać wzwyż. Na pewno wolałem grać w piłkę, niż siedzieć w klasie. Nauka w ogóle mnie nie interesowała. Co więcej, miałem poczucie, że szkoła nałożyła mi kajdanki. Była ograniczeniem mojej wolności. Męczyło mnie także rozminięcie między tym, o czym mówiło się w domu, a tym, o czym w szkole. Takie były czasy, że w domu zamykało się okna i rodzice rozmawiali tak, by nikt ich nie słyszał.

Podobno czarną kartą w Pana dzieciństwie były wyjazdy na kolonie.

Zbigniew Religa: Tak, nie cierpiałem kolonii. Bo przymusowy apel, gimnastyka… Tak, a poza tym, jeśli się śpi na sali z dwudziestoma chłopcami, to ani na sekundę człowiek nie jest sam. A ja lubię być sam. Ja muszę być sam. Od czasu, kiedy dzieci wyszły z domu, jedyną osobą, która mi nie przeszkadza, jest żona. I jak jeszcze żył, to był ukochany pies.

Tak czy inaczej doszło do tego, że kilkuletni Religa planował ucieczkę z domu?

Zbigniew Religa: To chyba był rezultat moich ówczesnych lektur. Miałem siedem czy osiem lat. Ojciec widział moje przygotowania. Udawał, że śpi, ale cały czas mnie obserwował. Potem, jak już nie było wątpliwości, że zamierzam się oddalić w siną dal, rozpoczęła się rozmowa. To były takie dziecięce marzenia o przygodzie.

Mama już nie żyje. Bardzo przeżył Pan jej odejście?

Zbigniew Religa: Tak.

Pewnie siedzi na chmurce i patrzy na Pana?

Zbigniew Religa: Trudno mi jest uwierzyć w życie pozagrobowe.

A w to, że człowiek oprócz serca ma jeszcze duszę, a ta podobno waży 21 gramów?

Zbigniew Religa: Ponieważ nigdy jej nie widziałem, mam wątpliwość, czy istnieje. Ale wie pani, tak patrząc wstecz, to ja rzeczywiście rodzicom bardzo dużo zawdzięczam. Najważniejszą rzeczą, jakiej się od nich nauczyłem, jest stosunek do drugiego człowieka. Zrozumienie, że to nie ja jestem najważniejszy na świecie i że inni są równie ważni.

Oboje wierzymy w czarnego kota, w piątki trzynastego. Nie lubi Pan, kiedy pielęgniarka zakłada Panu przed operacją najpierw lewą rękawiczkę…

Zbigniew Religa: Ona tego nie zrobi, bo do tego nie dopuszczę.

Ale czy to nie jest irracjonalne? Ktoś, kto mówi: "Nie wierzę w życie pozagrobowe", wierzy w pecha przynoszonego przez czarnego kota?

Zbigniew Religa: Zgadzam się z panią, to jest irracjonalne. Ale nawet, jak mówię: "No to zoperuję trzynastego", to wtedy zawsze odzywa się moja sekretarka Małgosia: "Profesorze, niech pan pamięta, że to jest piątek". Jeżeli więc nie ma takiej konieczności, najchętniej przekładam zabieg na inny dzień.

A jak profesor, który rozcina ludziom klatki piersiowe, mógł zemdleć przy porodzie?

Zbigniew Religa: Obawiam się, że gdybym teraz poszedł na porodówkę, to mogłoby mi się to samo zdarzyć. To było dla mnie ogromne przeżycie i nie chcę tego więcej ani przeżywać, ani powtarzać.

Jest Pan odporny na ból?

Zbigniew Religa: Nie. Boję się bólu i cierpienia. Ale na pewno nie boję się śmierci. Jeśli pani powie: "Dzisiaj pan umrze" - nie ma sprawy.

Jak brzmiałoby wówczas ostatnie życzenie skazańca?

Zbigniew Religa: Chyba jednak papieros.

Radzi sobie Pan z lękami?

Zbigniew Religa: Tak, bo lęk jest zabójcą i naszym największym wrogiem. U kogoś, kto boi się wręcz patologicznie, następuje całkowite rozregulowanie organizmu i człowiek umiera, mimo że zgodnie z zasadami medycyny wszystko zostało zrobione.

Lekarz może w jakimś sensie przyzwyczaić się do śmierci pacjenta?

Zbigniew Religa: Jestem lekarzem czterdzieści jeden lat, mam ogromne doświadczenie, a mimo to śmierć pacjenta na stole operacyjnym jest dla mnie ciężkim urazem, z którym trudno jest mi się pogodzić. Jestem po tym psychicznie rozwalony.

Przeczytaj drugą część wywiadu

Przeczytaj trzecią część wywiadu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje