Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tradycja przede wszystkim

Boże Narodzenie to dla Anny Dymnej, prezesa Fundacji "Mimo wszystko", bardzo intensywny okres. Zawsze znajduje jednak czas, żeby własnoręcznie przygotować wigilijną wieczerzę, zrobić z przyjaciółmi piękne anioły na choinkę i wysłać w świat tysiące życzeń. To najlepszy moment, aby się zatrzymać w biegu, uśmiechnąć i spojrzeć sobie w oczy.

Boże Narodzenie to czas wyjątkowy. Jak wygląda on w pani w domu? Co przeważa - tradycja czy nowoczesność?

Reklama

- U mnie święta zawsze wyglądają tak samo. I, póki żyję, zrobię wszystko, aby nic się nie zmieniło. Żadna nowoczesność mi tego nie zepsuje. Wiem, że teraz wszystko można kupić. A ja - na przekór współczesnym modom - to, co się da, robię sama. Własnoręcznie tworzę zabawki na choinkę. Niczego nie kupuję. No, może z wyjątkiem światełek.

Przed każdą Wigilią przygotowuje pani nowe ozdoby?

- Pewnie! Już w dzieciństwie robiłam zabawki na choinkę. Nasz dom od listopada zamieniał się w pobojowisko, bo wszyscy robiliśmy zabawki. Nie wiem, jak moja mama to wytrzymywała? Najpierw było błaganie: "Mamusia, zrobisz jajecznicę?". Chodziło o to, żeby mieć jak najwięcej wydmuszek. Banieczki, które się stłukły poprzedniego roku, ubijało się młotkiem w papierku, klejem smarowało się wydmuszkę i posypywało ją brokatem. I tak powstawały błyszczące rybki.

Tworzyło się też inne cudeńka - krasnale w okularach, liski, kwiaty, kotki, królewny, kolczaste jeżyki z bibułki. Robiliśmy łańcuchy z kolorowych papierów. Były wstrętne, ale mama mówiła, że są piękne i wieszała je na choince. Kiedy mój syn był mały, robiliśmy dokładnie to samo. Wciąż mam czarownicę z futrzanymi włosami i wstrętną mordą, która przez 20 lat straszyła u nas na choince. Do tej pory mam książkę, z której wtedy korzystaliśmy: "Zrób sam zabawki na choinkę".

Jednym słowem, tradycja rodzinna jest kontynuowana...

- Tak. W dodatku ją rozwijamy. Od kilkunastu lat robimy aniołki i szopki z masy solnej. Cudem znajdujemy dzień, który wszystkim pasuje. Przychodzą przyjaciele i rodzina. Każdy przynosi wino i bakalie. Siadamy przy stole i godzinami rozmawiamy, sączymy winko, lepimy aniołki, wypiekamy je w piekarniku, potem malujemy akrylami. Czas na chwilę się zatrzymuje. Jest wesoło i bardzo twórczo. No i mamy fantastyczne prezenty na święta.

Mój bratanek potrafi zrobić aniołka w każdej postaci - aniołek goły, aniołek śpiewający, aniołek stojący, aniołek wiszący, itd. Uczymy się od niego i jesteśmy coraz sprawniejszymi producentami aniołów. Wyciskaczem do czosnku robimy aniołom piękne włosy. Ja jestem specjalistką od szopek. Oto jedna z nich: Józef, Maryjka, Jezusek i parę zwierzątek stoi na tle dużej krowy, która trzyma ich ogonem. To jest taka "Dymna szopka". Na aukcję do radiowej Trójki zrobiłam kiedyś taką choinkę z ptaszkami, gwiazdkami, wiewiórkami, biedronkami. Wszystkiego było po trzy, tylko Święta Rodzina była pojedyncza. Osiągnęła wysoką cenę.

Zdarza się pani wyjeżdżać na święta?

- Nigdy. Mam poczucie, że na święta powinnam być w domu. Najpierw odwiedzam groby, stroję na nich drzewka. Nie wierzę, że człowiek tak do końca umiera. Chcę, żeby każdy wiedział, że się o nim pamięta. Do Wigilii zasiadamy albo u mojego brata, albo u mnie. Potrawy są niezmienne. Nie wprowadzamy żadnych innowacji. Po śmierci rodziców stałam się główną specjalistką od kutii. Pszenicę kupuję wcześniej na placu. Nauczyłam się, że najpierw trzeba ją dobrze wypłukać, namoczyć, a potem wielokrotnie gotować. Mak mielę czterokrotnie, bakalie zawsze kroję ręcznie.

To wymaga olbrzymiej cierpliwości i czasu...

- I o to chodzi. Właśnie na tym polegają święta. Trzeba wszystko robić powoli, dokładnie, z wielką radością i zawsze z kimś. Kutię zawsze robię z moim synem Michałem. Uwielbiam przyrządzać z nim potrawy. Nauczyłam go gotować. Dziś ma 25 lat i świetnie radzi sobie w kuchni. Od sześciu lat już z nami nie mieszka, dzięki czemu nauczył się samodzielności.

Nie robi pani świątecznych zakupów w galeriach handlowych...

- Przepraszam, ale nienawidzę supermarketów, a jak wchodzę do galerii handlowej, od razu jestem chora. Ludzie wpadają w manię kupowania, a ja chodzę bezradna i nigdy niczego nie kupię. Po co to szaleństwo? Ja mu nie ulegam. Oczywiście kupuję prezenty - w tym roku zaplanowaliśmy z mężem, że sprawimy sobie dymionki na nalewki. Kupuję oczywiście choinkę, choć przed domem mam ich pełno. Niektóre ubieram. Zawsze się przy tym denerwuję, bo światełka, które się kupuje - niby najlepsze - na drugi rok już nie chcą działać, więc się je wyrzuca i kupuje nowe.

Dowiedz się więcej na temat: Anna Dymna | Fundacja Mimo Wszystko | wywiady | Boże Narodzenie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje