Przejdź na stronę główną Interia.pl

To wszystko przypadek albo przeznaczenie

Jeden z najmłodszych więźniów Auschwitz, ocalony przez Oskara Schindlera. Urodził się w Krakowie i, jak podkreśla, bez tego miasta nie byłby tym kim jest, choć jako twórca od lat związany jest z Nowym Jorkiem. Światowej sławy fotograf, jeden z pionierów współczesnej reklamy. Nam Ryszard Horowitz wyjaśnia, co to znaczy, że jest w czepku urodzony i dlaczego wreszcie zdecydował się opowiedzieć o swoim życiu.

Anna Piątkowska, Styl.pl: Zacznijmy od końca: właśnie ukazała się pańska książka "Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora", kończąc ją puszcza pan oko do czytelnika stwierdzeniem, że może czas obrócić wszystko w żart, zmienić imię na angielsko brzmiące, schować w obcasie buta złotówki i wrócić do Krakowa. Tym razem jako Amerykanin w Polsce, a jest pan przecież Honorowym Obywatelem Krakowa. Czas wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło?

Reklama

Ryszard Horowitz: - To żart, powrót byłoby cofaniem się, co prawda byłby to powrót do lat kolorowej młodości. Przydałby się też wehikuł czasu...

Wyemigrował pan 1 marca 1959 r., co wtedy w Polsce było kolorowego?!

- Wszystko! Przede wszystkim nasza młodość. Na zewnątrz rzeczywiście było szaro, ale nasze dusze były kolorowe, myśmy się wówczas bardzo dobrze bawili, byliśmy ponad szarzyzną, którą nam oferowała komuna. Dzięki Bogu, że było tak a nie inaczej, znalazłem się w tym miejscu i czasie, z tymi ludźmi.

Czy dziś, kiedy jest pan obywatelem świata, Kraków wciąż jest ważnym miejscem na mapie? 

- Dla mnie jest ważny w sensie czysto emocjonalnym. W młodości wmawiano nam, że Kraków jest pępkiem świata i cała rzeczywistość toczy się wokół Krakowa. To nonsens. Miasto samo w sobie jest piękne, a do tego wspomnienia, które wiążą się z młodością, przyjaźnie, które wówczas zawarłem - wszystko to sprawia, że Kraków zawsze będzie mi bliski.

- Także wykształcenie, które otrzymałem w tym mieście, zwłaszcza w liceum, grupa ludzi wokół których się obracałem miały wpływ na to, co stworzyłem później. Duże znaczenie dla mojej twórczości miał również kontrast pomiędzy tym, co wyniosłem z Krakowa i tym, co zaoferowała mi Ameryka. To wszystko na pewno nie miałoby miejsca, gdyby nie było Krakowa.

To właśnie miał pan na myśli pisząc: "Na początku był Kraków. Im częściej o tym myślę, tym większą mam pewność, że moja historia nie mogła zacząć się w żadnym innym mieście. Może to przypadek, może przeznaczenie, tak czy siak - nie byłbym sobą, gdybym nie przyszedł na świat i nie dorastała w Krakowie"?

- Pochodzenie nas kształtuje, gdybym urodził się, np. w Rabce, byłbym kimś zupełnie innym. Kraków jest bardzo specyficznym miastem.

Co takiego było wówczas w Krakowie, że wyrosło tu tyle osobowości, począwszy od pańskich przyjaciół z dzieciństwa - Romy Ligockiej i Romana Polańskiego, aż po artystów z Piwnicy pod Baranami?

- Atmosfera miasta. Kraków przetrwał wojnę, dorastaliśmy otoczeni jego niezwykłą architekturą, historią. Miasto miastem, ważni są ludzie. To był niezwykły moment, bo wielu niezwykłych ludzi znalazło się w tym samym miejscu, mieliśmy wspólne zainteresowania, podobne poczucie humoru, podejście do życia, które kształtowało naszą rzeczywistość. W dalszym ciągu przyjaźnię się z wieloma osobami, które poznałem w tym okresie - zawsze mamy sobie coś do powiedzenia, cieszymy się z tego samego, reagujemy w podobny sposób na te same rzeczy.

- Świat dopiero teraz zaczyna odkrywać Kraków. Ja także podjąłem wiele wysiłków, żeby przekonać moich znajomych z Ameryki, by przyjechali zobaczyć miasto. Ucieszyłem się, kiedy przeczytałam w jednym z wydawnictw turystycznych, że Kraków jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc. Dobrze jednak, że turyści przyjeżdżają dopiero teraz, nie za czasów mojej młodości. Wówczas mieszkałem na Rynku, mogłem spać  przy otwartych oknach, teraz panuje tam ogromny hałas, to bardzo uciążliwe dla mieszkańców. Byleby tylko turyści nie zniszczyli miasta.

Ale dziś sercem Krakowa jest Kazimierz, to tam toczy się życie towarzyskie i kulturalne, a na ulicy Wawrzyńca, gdzie mieszkał pan tuż po narodzinach, są najlepsze frytki w Krakowie.

- Za moich czasów nie było frytek. Nic nie było. Bardzo fajnie, że teraz tak jest, z tym, że Kazimierz pozostał na zawsze dzielnicą duchów... 

Czy w dobie otwartych granic ma sens pytanie o to, czy czuje się pan Polakiem czy Amerykaninem?

- Kiedyś, jeszcze za komuny, powiedziałem w Polsce, że czuję się kosmopolitą. Dostałem za to po głowie, bo oczywiście zostało to odebrane jako obraza, ale ja czuję się obywatelem świata. Jestem, kim jestem, nie lubię ograniczeń, takie klasyfikowanie, przypisywanie się do jakiegoś kraju zmusza do ograniczania się, tłumaczenia z tego, kim się jest, a ja nie chcę się tłumaczyć.

Z żoną rozmawia pan po polsku, z dziećmi po angielsku, a w jakim języku pan śni?

- Nie zapamiętuję snów, choć opisując moją twórczość ukuto formułkę "fotograf snów". Ja się z tym nie zgadzam, bo zjawy senne nie są kontekstem opisującym to, co tworzę.

- A wybór języka jest uzależniony od tematu - kiedy myślę o pracy, o tym, co tworzę to językiem podstawowym jest angielski, polski jest językiem przeszłości. Zresztą bardzo łatwo przestawiam się z jednego języka na drugi. Bawi mnie też, a zarazem razi, ile słów angielskich zostało zaadaptowanych do języka polskiego, z roku na rok jest ich coraz więcej. Podczas jednego z moich pierwszych przyjazdów do Polski zostałem poproszony o przygotowanie wykładu o fotografii. Bałem się, że nie będę w stanie przekazać tego, co chcę przez brak słownictwa opisującego technicznie to, co robię. Okazało się, że strach był niepotrzebny, bo te słowa są takie same, zaledwie końcówki uległy zmianie zachowując rdzeń angielski.

Mówi pan, że nie byłby tym, kim jest bez miejsca, w którym dorastał, równie ważny był jazz? Jego znaczenia wówczas nie da się przełożyć na żaden dzisiejszy gatunek muzyczny, bo też nie o samą muzykę chodziło.

- Tak, chodziło o atmosferę, o symbolikę tego wszystkiego, co było związane z jazzem. Jazz był dla nas powiewem wolności, inspiracją a także celem. Każdy z nas chciał jakoś zbliżyć się do jazzu, tej atmosfery wokół, do muzyków. Kiedy przyjechał do Polski Dave Brubeck, czuliśmy się jak w niebiosach. To było coś fantastycznego. Mieszkając już w Stanach, poznałem Dave'a Brubecka, zaprzyjaźniłem się z nim i okazało się, że on także zapamiętał ten wyjazd, miał w pamięci wiele szczegółów, ludzi, których poznał, z którymi grał. Pamiętał ich nazwiska. Przyjazd do Polski wywarł także na nim ogromne wrażenie.

- Dla kogoś stamtąd poznanie realiów socjalizmu było szokiem, tak samo jak dla mnie przyjazd do Kopenhagi - to pierwsze "zachodnie" miasto, które zobaczyłem w drodze do Ameryki. Kopenhaga była dla mnie zwiastunem innego świata, ten obraz zostanie ze mną do końca życia. To jest coś, czego współczesne pokolenia nie są w stanie zrozumieć, uzmysłowić sobie, bo dziś miasta wyglądają tak samo, różnice się zacierają. Wszystko, co jest tu, jest też tam i na odwrót.

Obchodził pan w tym roku 75. urodziny. Czy to jest powód, dla którego ta wspomnieniowa książka powstała właśnie teraz?

- Od wielu lat borykałem się z myślą napisania tej książki i, dzięki Bogu, mam to już za sobą, to był naprawdę wielki wysiłek. Napisanie jej kosztowało mnie bardzo dużo pracy i gdyby nie moja żona, która wzięła to wszystko w swoje ręce i pomagała mi, podtrzymywała na duchu, to nie wiem, czy książka w ogóle by powstała. Musiałem się zmierzyć z pewnymi myślami, znaleźć jakiś balans między zdarzeniami, tak, żeby jedne nie przytłoczyły innych. Poza tym jedne się zacierają, a inne nabierają zbyt dużego znaczenia.

- To było trudne także za sprawą języka, ubrania myśli w słowa, tak, żeby przekazać to, co się chce powiedzieć i żeby czytelnik dobrze zrozumiał autora. To skomplikowane. Teraz siedzę jak na szpilkach, bo coraz więcej osób zapoznaje się i z moim życiem, i ze sposobem, w jaki przekazuję informacje o nim. Ciekawi mnie, oczywiście, w jaki sposób ta książka zostanie odebrana, czy zainteresuje czytelników, codziennie w Polsce ukazuje się przecież wiele tytułów.

Tak jak wszędzie, ale pana biografią, wielością zdarzeń, można by obdzielić pewnie kilku ludzi.

- Cieszę się, że przeżyłem, że było tak a nie inaczej, że moje losy zostały właśnie tak pokierowane, że właśnie tych ludzi dane mi było poznać. To wszystko, co mnie spotkało w życiu to przypadek albo przeznaczenie, nie mogę więc za to, co się stało ani siebie winić, ani klepać po plecach, że tak to zrobiłem. Oczywiście, będąc już w danej sytuacji zdawałem sobie sprawę z odpowiedzialności jaka na mnie ciąży, wiedziałem, że muszę coś  zrobić, wykorzystać ją, ale przecież tak naprawdę to wszystko to przypadek, wielki znak zapytania. Śmieję się, gdy słyszę, jak ktoś mówi, że kieruje swoim życiem. 

Nie jest się panem swojego losu?

- Jeśli już, to w nieznacznym zakresie. Jestem panem swojego losu w takim znaczeniu, że wykorzystuję pewne wypadki, sytuacje albo nie wykorzystuję. Sytuacje się zdarzają i ja muszę się w nich jakoś odnaleźć. Ludzie bardzo często tracą szansę na coś, bo nie zdają sobie sprawy z okoliczności, w których się znajdują, z kontekstu, z ich wagi, przegapiają okazje.

To książka autobiograficzna, ale nazywa ją pan wspomnieniami. Wspomnienia pozwalają na zabieg, który pan zastosował - kompozycję nielinearną?

- Taka była moja intencja. Kocham film i chciałem, żeby ta opowieść była zbliżona do sposobu, w jaki przedstawia się sytuacje w filmie właśnie. Poza tym chronologiczne opowiadanie jest nudne.

Ale w tej książce tylko raz nie trzyma się pan chronologii zdarzeń. Opowieść o swoim życiu zaczyna pan od historii, które zdarzyły się tuż po wojnie, kiedy wspólnie z Romanem Polańskim odkrywaliście Kraków. Wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa, związane z największą traumą - obozem zagłady, zostały niejako wtłoczone w inną opowieść.

- To świadomy zabieg, nie chciałem, żeby te zdarzenia zdominowały opowieść. To oczywiście jest część mojego życia i byłbym oszustem, gdybym to pominął, ale chciałem podkreślić, że dzięki Bogu czy wielu zbiegom okoliczności, moje życie poszło w tym, a nie innym kierunku. Chciałem pokazać, w jakim stopniu przypadki zadecydowały o tym, co przeżyłem i co zrobiłem, o błędach, które popełniłem, ale też tych pozytywnych zdarzeniach. Starałem się znaleźć jakiś balans, żeby to było zarazem prawdziwe i interesujące. Czytałem wiele autobiografii znanych osobistości i w wielu przypadkach sprowadzają się one do banałów, opisów zdarzeń, chciałem tego właśnie uniknąć, jednocześnie trzymając się faktów, bo ta książka nie jest przecież powieścią. 

Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Horowitz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje