Sportowiec musi być odporny i walczyć do samego końca - mówi Agnieszka Radwańska
/Iza Grzybowska /Pani
Każdego dnia rodzice w Stanach, Francji, Hiszpanii, Rosji i wielu innych miejscach świata przyprowadzają na korty swoje dzieci z nadzieją, że ich pociecha wyrośnie na drugiego Rogera Federera, Rafaela Nadala, nową Venus Williams czy Marię Szarapową. Stawka jest ogromna. Najlepsi tenisiści to gwiazdy globalne, rozpoznawalne pod każdą szerokością geograficzną.
Na opublikowanej niedawno przez "Forbesa" liście 10 najlepiej zarabiających kobiet sportu aż siedem to tenisistki. W następnym sezonie pula nagród na turniejach przekroczy 100 mln dolarów. Ale dostać się do grona najlepszych jest niesłychanie trudno, dużo trudniej niż w innych dyscyplinach sportu, bo tenis uprawiają miliony osób na całym świecie. A już dotarcie na szczyt kogoś z Polski graniczy z cudem.
Tenisa na szeroką skalę nie wspiera u nas właściwie nikt, brakuje odpowiedniej infrastruktury. Agnieszka Radwańska także nie miałaby szans, żeby osiągnąć tak wiele, gdyby nie ogromny talent, katorżnicza praca, upór, determinacja i ojciec. Robert Radwański był nie tylko trenerem jej i młodszej o dwa lata siostry Uli, ale też zainwestował w córki wszystkie pieniądze. Mama sióstr Radwańskich zajmowała się sprawami organizacyjnymi. Rodzinny układ przez lata sprawdzał się doskonale.
“Nie chodzi o to, żeby zarobić i przestać grać. Jestem pewna, że to samo powie każda zawodniczka z czołówki.”
Agnieszka Radwańska
W ubiegłym roku Robert Radwański przestał pokazywać się na turniejach. Równocześnie Agnieszka zaczęła grać lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Pod koniec sezonu została sklasyfikowana na ósmej pozycji w rankingu WTA (Women’s Tennis Association). Na wywiad umawiamy się w Krakowie. Agnieszka tłumaczy: - Nie mogę przyjechać do Warszawy. Trenuję trzy razy dziennie, nie odpuszczam. Spotykamy się w knajpce biurowca znajdującego się kilka minut od dworca. Przyjeżdża prosto z treningu. Ubrana na sportowo - fioletowa bluza, czarne dresowe spodnie. Zauważam, że paznokcie ma pomalowane na ciemnowiśniowy kolor. - Staram się, żeby były zadbane - śmieje się.
Opalona, włosy związane w warkoczyki - właśnie wróciła z wakacji na Jamajce, na które poleciała razem z siostrą po turnieju Masters. W trakcie rozmowy podchodzi do naszego stolika chłopak i pyta: "Czy mogę sobie zrobić z panią zdjęcie?". "Może później, teraz rozmawiam", odpowiada stanowczo Agnieszka. - Popularność mi nie przeszkadza, zwłaszcza że przeważnie słyszę miłe słowa, ale nie lubię, kiedy mi się przerywa - wyjaśnia.
PANI: Podobno do tej pory zarobiłaś na korcie ponad siedem milionów dolarów?
Agnieszka Radwańska: Nie zapominaj, że jedną trzecią tej sumy pochłaniają podatki. Zawodowy tenis na takim poziomie, na jakim znajduję się w tej chwili, to duże pieniądze. Jeszcze tylko w golfie i Formule 1 operuje się kwotami podobnej wysokości. Tak po prostu jest.
- Nie chodzi o to, żeby zarobić i przestać grać. Jestem pewna, że to samo powie każda zawodniczka z czołówki. Wszystkie jesteśmy ambitne. Gra się dla wyników, tytułów, a pieniądze to drugorzędna sprawa. Nie potrafiłabym odpowiedzieć, gdzie i ile zarobiłam.
Co robisz z takimi pieniędzmi? Krążą legendy, że lubisz wydawać.
- Nie jestem rozrzutna. Owszem, mam kilka torebek Louisa Vuittona, które kupuję sobie w nagrodę, gdy wygram jakiś turniej. Ale raczej nie przesadzam z zakupami. W mojej szafie są też buty za 10 euro. Pieniądze przede wszystkim inwestuję w nieruchomości.
Potrafię zejść z kortu tak wściekła, że lepiej do mnie nie podchodzić - przyznaje Agnieszka Radwańska.
/Iza Grzybowska /Pani
Słyszałam, że masz już mieszkanie w Monako jak twoja przyjaciółka Karolina Woźniacka, aktualnie na liście WTA numer 1 na świecie.
- Nie mam i nie planuję. Na razie inwestuję wyłącznie w Krakowie. To moje ukochane miasto. W tej chwili nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. Bardzo dużo podróżuję. Tylko w listopadzie i grudniu jestem w Polsce, a potem wpadam na kilka dni, najwyżej tydzień, kiedy mam przerwę między turniejami. Nie rozważam pomysłu, aby trenować za granicą, bo przecież wtedy w ogóle by mnie tutaj nie było. Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało pompatycznie, ale jestem patriotką. Tak zostałam wychowana. W dzieciństwie przez kilka lat mieszkałam w Niemczech, to był początek lat 90. Rodzice wyjechali ze względów zarobkowych, tata pracował tam jako trener tenisa. Kiedy miałam sześć lat, postanowili, że wracamy do kraju, chociaż w Polsce żyło się ciężko. Ale chodziło o to, żebym do pierwszej klasy poszła w Krakowie.
Za to teraz my jesteśmy dumni z Polki, która tak wiele osiągnęła w tenisie. Gdyby twoi rodzice zostali w Niemczech, dziś moglibyśmy się co najwyżej cieszyć z sukcesów Radwańskiej − Niemki polskiego pochodzenia. Pamiętasz, kiedy zaczęłaś grać?
- Czytałam, że pierwszą rakietę dostałaś, gdy byłaś jeszcze razem z mamą na porodówce. (śmiech) Praktycznie wychowałam się na korcie, na początku bawiłam się piłeczkami. Jeszcze w Niemczech wygrałam swój pierwszy turniej. Wtedy już radziłam sobie całkiem nieźle. Gdy wróciliśmy do Krakowa, zaczęłam regularne treningi z tatą - dwa razy dziennie, przed szkołą i po lekcjach. Obiad przeważnie jadłam w samochodzie, prosto ze słoików, które szykowała mama. Nie było czasu, żeby jechać do domu. Kompletny kierat. Omijały mnie zabawy po szkole, spotkania z koleżankami. Nigdy nie byłam na zwykłych wakacjach, bo latem zawsze jeździliśmy na turnieje. Podobnie w weekendy. Ale w tenisie to zupełnie normalne. Nie ma drogi na skróty. Trzeba trenować od wczesnego dzieciństwa.
Nigdy się nie buntowałaś?
- W zasadzie nie. Zdarzały się trudne momenty, ale generalnie byłam zadowolona. Poza tym nie znałam innego życia, nigdy nie zastanawiałam się, czy mogłabym robić coś innego. Od początku odnosiłam sukcesy, więc miałam motywację. Z każdym rokiem w domu przybywało pucharów moich i Uli, bo młodsza siostra też grała i wygrywała. Ja po prostu bardzo lubię tenis, patrzę nawet, jak inni grają. Często zdarza się, że wracam zmęczona po treningu i włączam telewizor, żeby obejrzeć jakiś mecz. W ogóle nie interesują mnie inne dyscypliny, kibicowałam tylko Małyszowi.
W rodzinie Radwańskich wszystko zostało podporządkowane tenisowi. To była inwestycja dużego ryzyka. Po kilkunastu latach wyrzeczeń mogło się okazać, że nie będziesz mistrzynią.
- Na początku nigdy nie wiadomo, czy coś z tego wyjdzie. Na pewno rodzice mieli marzenia, ale nigdy nie było tak, że stawiali przede mną cele, a kiedy nie udawało mi się ich zrealizować, to narzekali, że ich zawiodłam. Mój tata sam był kiedyś tenisistą, wiedział, że przegrany mecz to nie koniec świata. Niestety w tenisie zbyt często można spotkać szalonych rodziców, którzy przeżywają każde niepowodzenie swojego dziecka, krzyczą, wbiegają na kort. To najlepszy sposób, żeby skutecznie zrazić do gry. Inna sprawa to koszty. Tenis jest drogim sportem - wynajęcie kortu, rakiety, piłki, naciągi. Na turniejach juniorskich nie ma w ogóle nagród pieniężnych, natomiast trzeba dojechać, opłacić wpisowe, przenocować. Przez lata spaliśmy w najtańszych hotelach, akademikach, wieloosobowych pokojach.
Skomentuj artykuł: To tyle na ten temat