Przejdź na stronę główną Interia.pl

To trochę historia jak z bajki

Mówi się o niej, że zagra wszystko. Kobiety kapryśne, szalone, uwodzicielskie i niedojrzałe. Kiedyś może sama też taka była. Ale to już przeszłość. Roma Gąsiorowska zakochała się, wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. I ta rola okazała się dla niej najbardziej zaskakującą.

Piękne rude włosy z grzywką opadającą na oczy, okrągła buzia, lekko ironiczny uśmiech, którym przykrywa zdenerwowanie. Jej trochę dziecinny, odrobinę zachrypnięty głos wielokrotnie stawał się głosem pokolenia. Po raz pierwszy w 2003 r., gdy wcieliła się w uzależnioną od internetowych czatów Kingę w "Pogodzie na jutro" Jerzego Stuhra. Potem, kiedy pojawiła się jako brawurowa dresiara w "Wojnie polsko-ruskiej" Xawerego Żuławskiego - na casting do tej roli przyszła ufarbowana na platynowy blond i ze świeżą opalenizną z solarium.

Reklama

Z kolei w filmie Jana Komasy przerażała jako internetowa uwodzicielka i królowa tytułowej "Sali samobójców". Natomiast postać Ki z filmu Leszka Dawida o takim tytule to jeden z najciekawszych i najbardziej realistycznych portretów współczesnej kobiety w polskim kinie. Reżyserzy chcieli z nią pracować, bo w każdej roli dawała z siebie wszystko, lecz trochę się jej obawiali. Aktorka zapracowała na opinię niepokornej i nieobliczalnej.

Kiedy pojawiła się na naszej sesji, wyglądała jak zwyczajna dziewczyna: w sportowej bluzie, luźnych spodniach, kurtce. Z zaskoczeniem obserwowałam jej metamorfozę. Z minuty na minutę stawała się zmysłową, świadomą swojej urody kobietą.

Następnego dnia umówiłyśmy się w herbaciarni przy ulicy Francuskiej na Saskiej Kępie w Warszawie, gdzie od kilku lat Gąsiorowska mieszka razem z mężem, aktorem Michałem Żurawskim, i dwójką dzieci. Na spotkanie przyszła z córeczką. Jadzia spała w wózku, a kiedy się obudziła, poszłyśmy na spacer.

Zaplanowałaś już jak spędzicie święta?

Roma Gąsiorowska: - Nigdy nie przepadałam za świętami. Zawsze to była dla mnie w jakimś sensie wymuszona sytuacja, czasem może przyjemna, jednak nie spontaniczna. Kiedyś postanowiłam sobie, że jak będę miała własną rodzinę, to nie będę nikogo do niczego zmuszała. I tak się dzieje już piąty rok. Oboje z Michałem uprawiamy zawód, który jest wybitnie antyrodzinny. Praca jest nieregularna, często wraca się do domu wieczorem albo i nie wraca, bo są nocne zdjęcia. Życie rodzinne jest bardzo poszarpane. Dlatego gdy mamy trochę wolnego czasu, chcemy pobyć ze sobą, z dziećmi. Odkąd jesteśmy małżeństwem, na święta jeździmy do ciepłych krajów, zazwyczaj bardzo daleko, gdzie na pewno nie spotkamy nikogo, kto nas rozpozna (śmiech). Tak będzie i tym razem. To taki nasz rytuał.

A choinka, wigilijna kolacja? Rodzina nie ma wam za złe, że wyjeżdżacie?

- Nie jestem tradycjonalistką, nie jesteśmy też praktykującymi katolikami, a rodzina jest wyrozumiała. Wiedzą, jak ciężko harujemy i że to jedyny czas, kiedy mamy możliwość spędzić urlop po swojemu.

Odpoczniecie z dwójką malutkich dzieci? Przecież Jadzia ma dopiero sześć miesięcy.

- Z trójką, zabieramy także Leona (syn Michała Żurawskiego z poprzedniego związku - red.). Gdy jesteśmy z dziećmi i nie mamy żadnych innych obowiązków oprócz prania, gotowania i sprzątania (śmiech), to naprawdę jest bardzo przyjemnie. Na co dzień, kiedy trzeba ogarniać całe mnóstwo innych rzeczy, potrzebna jest naprawdę dobra logistyka. Oboje z mężem należymy do tej nielicznej w naszym środowisku grupy, która uparła się, żeby mieć rodzinę. Dla nas to priorytet. Ale sami tego chcieliśmy (śmiech).

W ciągu dwóch i pół roku urodziłaś dwoje dzieci.

- Zastanawialiśmy się z Michałem, czy to jest dobry moment na drugie dziecko, i doszliśmy do wniosku, że tak. Obserwuję inne pary i widzę, że im więcej czasu upływa, tym trudniej podjąć taką decyzję. Bo jednak dzieci powodują, że wszystko schodzi na dalszy plan. I choć to może zabrzmi zaskakująco, to nie jestem zmęczona i nigdy nie przyszło mi do głowy, że przez macierzyństwo coś tracę. Wręcz przeciwnie - mam wszystko, o czym zawsze marzyłam. Rodzina daje mi niezwykłą siłę.

Chyba trochę idealizujesz. A nieprzespane noce, podkrążone oczy, kilka dodatkowych kilogramów?

- Po pierwsze, to jest stan przejściowy, po drugie, sama tego chciałam (śmiech). Każdego dnia patrzę w oczy swoich dzieci i widzę, że te dusze są moje, ze mnie. One są moim lustrem. Czasem zastanawiam się, jacy będą, gdy dorosną. Pewnie nie raz usłyszę: "Oj, mama, a tego i tego nie zrobiłaś" albo "Zrobiłaś nie tak", albo "Nie było ciebie, gdy tego potrzebowałem/potrzebowałam". To nieuniknione. Ale nawet kiedy mam mnóstwo zajęć, staram się każdego dnia pokazać moim dzieciom, że są dla mnie najważniejsze na świecie.

A co z twoją karierą?

- W ogóle mam duży dystans do swojego zawodu, a jednocześnie przez cały czas utwierdzam się w przekonaniu, że jednak jestem szczęściarą. Po pierwszej ciąży wróciłam na deski teatru po czterech miesiącach, a do filmu po pół roku. Teraz dostałam propozycję pracy, kiedy Jadzia miała dwa miesiące, i ją przyjęłam. Nie było mi lekko, ale brałam ją na plan i dałyśmy radę. Przyjemnie jest czuć, że ktoś czeka, aż urodzisz i będziesz gotowa, żeby stanąć przed kamerą. Pracuję równie intensywnie jak wtedy, zanim zostałam mamą, a obowiązków mam sześć razy więcej.

- Ale muszę też powiedzieć, że jako mama jestem w wyjątkowo uprzywilejowanej sytuacji. Moja siostra, żeby pomóc nam w opiece nad dziećmi, przeprowadziła się do Warszawy. Mam w niej ogromne wsparcie, dzięki niej wszystko w miarę sprawnie funkcjonuje, a ja jestem spokojna, że dzieci są w dobrych rękach. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że na co dzień zajmuje się nimi ktoś obcy. Oczywiście mogę liczyć też na Michała - choć bardzo dużo pracuje i często wyjeżdża, to każdą wolną chwilę stara się spędzać z nami, a ja wpisuję w jego kalendarz różne domowe sprawy do załatwienia.

Twój mąż też jest tak rodzinny?

- Nie musiałam namawiać go na dzieci (śmiech). Chociaż on często mówi, że nigdy nie myślał o tym, że będzie miał dużą rodzinę, ale też nawet nie wyobrażał sobie, że się ożeni (śmiech). Trafiło nas jednak oboje. Bardzo szybko postanowiliśmy wziąć ślub...

...który odbył się 10 kwietnia 2010 roku.

- Śmieszą mnie reakcje hejterów w necie, którzy piszą, jak mogliśmy zaplanować sobie ślub w taki dzień. Ale serio... Bardzo długo nie wiedzieliśmy, co się stało, bo nie mamy telewizora. O katastrofie dowiedzieliśmy się od naszych gości. Dzwoniła moja siostra, potem ojciec Michała. Byłam w takim ferworze przygotowań i napięciu, że niewiele zrozumiałam z tego, co do mnie mówią. Dopiero dużo później zaczęło wszystko do nas docierać. Zresztą nie organizowaliśmy hucznego wesela, to było kameralne przyjęcie dla przyjaciół w zaprzyjaźnionej knajpie.

Do czego był wam potrzebny ślub?

- Może do tego, żeby mieć poczucie, że to na zawsze. Oboje byliśmy po różnych życiowych perypetiach i ślub to była deklaracja, że już nigdzie nie będziemy szukać, że jesteśmy pewni, że żadne z nas się nie wycofa. Naprawdę wierzymy w miłość na całe życie. I mamy doskonały przykład. Dziadek Michała, Klemens, po którym nasz synek ma imię, był zakochany w swej żonie aż do śmierci. Michał mówi, że my też tak "skończymy".

Małżeństwo dało ci poczucie bezpieczeństwa?

- Tak, jestem pewna, że o małżeństwo silniej się walczy niż o nieformalny związek. Oboje mamy temperament i jesteśmy bardzo uparci, więc w naszym przypadku kompromis którejkolwiek ze stron to rzeczywiście duże wyzwanie. Mąż mówi, że to ja muszę mieć zawsze rację, ja natomiast uważam, że to Michał za każdym razem chce postawić na swoim. Bycie z kobietą taką jak ja nie jest łatwe: nie dość, że osiąga sukces w zawodzie, to jeszcze ciągle ma nowe pomysły na siebie i swoje życie. Ale nauczyliśmy się już, kiedy odpuścić. Małżeństwo nie jest żadną gwarancją, że zawsze wszystko będzie dobrze. Jednak ważne jest, żeby nie żyć w lęku o przyszłość, nie projektować czarnych wizji.

Dwoje aktorów pod jednym dachem to wieczna rywalizacja. Każde chce być gwiazdą?

- Przecież nie staramy się o te same role (śmiech). Związek dwojga aktorów jest jak każdy inny. Może poza tym jednym szczegółem, że jesteśmy osobami publicznymi, wystawionymi na wieczną ocenę, a to generuje nieco większy stopień napięcia. Oczywiście rozedrganie towarzyszące procesowi twórczemu nie jest czymś naturalnym dla każdego człowieka. My staramy się dbać o to, żeby praca nie była jedynym tematem naszych rozmów. Poza tym ja jestem kobietą, która daje swojemu mężczyźnie dużo luzu.

To znaczy?

- Moim zdaniem kobiety są bardziej wytrwałe i cierpliwe niż mężczyźni. Ja nie mam poczucia, że dzieci mi coś zabrały. Dlatego kiedy widzę, że Michał chciałby zająć się sobą, na przykład pójść do siłowni, poczytać książkę czy obejrzeć film, to jestem gotowa zorganizować wszystko tak, żeby to się udało. Myślę, że należy zadbać, by facet nie czuł się stłamszony obowiązkami i miał poczucie, że może bez wyrzutów sumienia robić coś dla siebie. Dla mnie jest super, jeśli on pójdzie z dzieckiem na spacer, ale wcale nie uważam, że to jest jego obowiązek.

Muszę zaprotestować. Według mnie to jest jego obowiązek. Przecież jest ojcem.

- Jest i, według mnie, najlepszym, wspaniałym. Po prostu sądzę, że wiele kobiet trzyma swoich mężczyzn na zbyt krótkiej smyczy, często nie zauważa i nie docenia swoich partnerów. Potem są zdziwione, że oni odchodzą. My jesteśmy razem prawie sześć lat i każdy dzień jest potwierdzeniem, że idziemy w dobrym kierunku. To trochę historia jak z bajki.

W bajkach bywają macochy, tak jak w życiu. Ty musiałaś zmierzyć się także z tą rolą. Nie bałaś się związać z mężczyzną, który ma dziecko?

- Nie wiem, czy nazwałabym to strachem. Poznaliśmy się kilka lat wcześniej, zanim zostaliśmy parą i już wtedy mieliśmy poczucie, że łączy nas coś wyjątkowego. Ale oboje byliśmy w udanych na tamten moment związkach. Minęło sporo czasu, wydarzyły się różne rzeczy, Michałowi urodziło się dziecko. Myślę, że te wszystkie doświadczenia były nam potrzebne, bo kiedy spotkaliśmy się po kilku latach, to już dokładnie wiedzieliśmy, czego chcemy. Przynajmniej ja nie miałam żadnych wątpliwości. Od początku starałam się zbudować z Leonem bezpieczną, ciepłą więź. Wsłuchiwałam się w siebie - nie wiem, czy tak podpowiadała mi moja kobieca intuicja, czy instynkt macierzyński.

- Nie wszystko było proste, ale mam wrażenie, że się udało. Leoś czuje się zadbany i kochany. Chłopaki świetnie się dogadują, Klimek jest wpatrzony w starszego brata, a Leonowi to schlebia. Bardzo czekał na narodziny Jadzi, mówił, że spełniło się jego największe marzenie: wreszcie ma siostrę. On oprócz naszego synka ma jeszcze jednego brata, więc i doświadczenie w tym temacie całkiem spore. Dla mnie to bardzo ważne, że mam dobre kontakty z jego mamą.

- Żyjemy w modelowej patchworkowej rodzinie. Ale nic nie dzieje się samo, to też wymagało pracy, no i dobrej woli wszystkich stron. Mam taką cechę - a może to bardziej nabyta umiejętność - że w sytuacjach konfliktowych jestem mediatorem. Bardzo nie lubię kłótni i choć czasem znajduję się na tzw. granicy, czuję, że w środku się gotuję, to próbuję zachować spokój, nie podnoszę głosu.

Roma Gąsiorowska o śmierci swojej mamy. Czytaj na następnej stronie!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje