Przejdź na stronę główną Interia.pl

Teraz rządzę w domu

Kiedyś w dzienniku zapisała: "Panie Boże, bardzo Cię proszę, żebym przed maturą została słynną piosenkarką, bo nie chcę zdawać matury". Prośba została wysłuchana, wkrótce Agnieszkę Chylińską znała cała Polska. Żyła szybko, mocno, czasem zbyt ostro. Kilka lat temu radykalnie zmieniła wszystko. I z tego jest dziś bardzo dumna.

Lubisz swoje odbicie w lustrze?

Reklama

Agnieszka Chylińska: Dziś od trzeciej nad ranem jestem na nogach, więc widok w lustrze nie był najlepszy. Zresztą na co dzień nie mam czasu, żeby się sobie przyglądać. Ale kiedy przed koncertem czy nagraniem "Mam talent" uczeszą mnie i pomalują, to myślę sobie: "Jest nieźle". Mam 37 lat i lubię ładnie wyglądać.

Swoją metamorfozą zaskoczyłaś wszystkich. "To naprawdę Chylińska?", pytano. Kiedy występowałaś w O.N.A., nie zależało ci, żeby się podobać?

- Wydaje mi się, że każdemu zależy. Nie wierzę, gdy dziewczyna mówi, że nie chciałaby być piękna i zgrabna. Ale czasem nie ma się motywacji, żeby coś z sobą zrobić, i wtedy łatwiej przyjąć pozę "mam to gdzieś". Był czas, kiedy ważyłam ponad 70 kg, miałam krzywe zęby. Na dyskotekach w szkole podpierałam ściany. Brakowało mi potwierdzenia mojej kobiecości. Bo nawet jeśli jesteś gruba, ale twój chłopak mówi, że kocha "swojego pączuszka", to wtedy siebie akceptujesz. Chłopaki z zespołu przy wódce wznosili toasty: "Zdrowie pięknych dziewczyn i twoje, Agnieszka!". To mnie bolało, ale oczywiście krzyczałam: "Zdrowie!".

Im bardziej się cierpi, tym głośniej się temu zaprzecza.

- Ale dzięki temu nagrałam parę fajnych płyt. Kiedy cierpiałam, nieźle mi szło pisanie tekstów.

Kim jest dzisiaj Agnieszka Chylińska?

- Przede wszystkim żoną i mamą. Zanim wzięliśmy z Markiem ślub, byliśmy z sobą parę lat, więc to nie była fanaberia. Pragnęłam tego ślubu i bardzo bym chciała, żeby nam się udało.

Jesteś trudną partnerką?

- Bardzo, jestem wymagająca. Przede wszystkim chcę miłości i jestem gotowa zrobić wiele, żeby w domu był spokój i brak presji. Nie wiem, co przyniesie życie, ale codziennie trzeba się starać, zawierać kompromisy, co dla mnie bywa trudne, ponieważ zawsze byłam osobą bezkompromisową. Szczerze mówiąc - rozwydrzoną egoistką.

Kiedyś dla ciebie liczyła się wyłącznie muzyka.

- Muzyka jest cały czas. Wszystko, co ważne, wiąże się właśnie z nią. Natomiast kiedyś moje życie ograniczało się tylko do pracy - próby, koncerty, nagrania. Nikt i nic się nie liczyło. Z tego powodu ucierpiał też mój poprzedni związek. Teraz mam inaczej poukładane priorytety.

Napisałaś książkę dla dzieci "Zezia i Giler", która sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy.

- Zupełnie się tego nie spodziewałam. Pisałam tę książkę dla swoich dzieci, nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktoś będzie chciał ją wydać. Owszem, dostawałam propozycje napisania autobiografii czy wywiadu rzeki, ale, szczerze mówiąc, byłam tym trochę zażenowana. Ja i biografia? Przecież nie mam stu lat. I kiedy po raz kolejny odezwało się wydawnictwo, na odczepnego powiedziałam, że mam książkę dla dzieci. Redaktor naczelna wydawnictwa podeszła do tego z wielką uwagą i bardzo zaangażowała się we współpracę. Druga część "Zezi..." ukaże się jesienią. 

Znowu wszystkich zaskoczyłaś. Chylińska pisarką...

- Od dziecka chciałam nią być. W podstawówce miałam przyjaciółkę, z którą codziennie zadawałyśmy sobie nawzajem tematy opowiadań do napisania. Od 12. roku życia piszę dziennik. Teraz też, ale wczoraj starczyło mi sił tylko na to, żeby wpisać datę. Kiedy ma się własne dzieci, pojawia się tęsknota, żeby przeżyć to jeszcze raz, żeby znów być dzieckiem. Tak szybko mija ten czas, gdy wierzy się w Świętego Mikołaja.

Miałaś szczęśliwe dzieciństwo?

- Fantastyczne. Byłam grzeczną dziewczynką, czytałam książki, siedziałam w domu, w niedzielę szłam do kościoła. Miałam poukładane życie, za co jestem rodzicom wdzięczna, bo te sztywne zasady później nieraz uratowały mi dupę. W krytycznych momentach odzywał się głos, że dalej pójść nie można. Nawet kiedy piłam, to wszystko miałam dokładnie wyliczone: ile czasu potrzeba, żebym wytrzeźwiała, ile - żebym dotarła na próbę. Moja mama jest nauczycielką, bardzo konkretna osoba, raczej niechwaląca. Wspólną cechą moich rodziców jest tzw. akuratność. U nas w domu było po żołniersku. Jeśli na przykład planowaliśmy wycieczkę, to choćby się waliło i paliło, zwiedzaliśmy wszystko, co wcześniej zostało ustalone. Punkt po punkcie. Która teraz jest godzina? Wpół do dwunastej. Mogę dokładnie powiedzieć, co robi mój ojciec. Jest na spacerze, idzie tą samą co zawsze uliczką w Sopocie, do tego samego kiosku, w którym kupuje gazety od 30 lat.

Też jesteś taka poukładana?

- Tak, pewnie dlatego zawsze szukałam facetów, którzy byliby moim przeciwieństwem. Mój mąż to totalna anarchia, luz. Wiadomo, czasem szlag mnie trafia, bo w domu to ja muszę być złym policjantem. Ale dobrze radzę sobie z logistyką, dlatego mogę mieć dużo dzieci (śmiech). Dzięki temu teraz możemy spokojnie pogadać, bo Krysia jest nakarmiona, na spacerze. Przy trzecim dziecku trochę odpuściłam i znalazłam panią, która czasem mi pomaga. Wcześniej nie było takiej opcji - wszystko musiałam zrobić sama, uważałam, że nikt nie poradzi sobie tak dobrze jak ja. To kolejna rodzinna cecha - obsesja kontroli. Kiedy byłam w podstawówce, nie mogłam oddalać się z mojego podwórka. Przez wiele lat byłam córeczką swoich rodziców, czekałam na ich opinie, jak zareagują, co powiedzą, czy pochwalą. Któregoś dnia nagrałam na kasetę próbę mojego pierwszego zespołu i dałam ojcu do posłuchania. Zapytałam: "Tato, co o tym sądzisz?", a on: "Zespół, nie ma co ukrywać, słaby, ale tobie idzie świetnie". Dopóki śpiewałam z doskoku, jakoś to znosił, ale nie mógł się pogodzić z tym, że rzuciłam szkołę. Tym bardziej że ja do pewnego momentu byłam taka ścichapęk. Mój starszy brat pierwszy się zbuntował i rodzice liczyli na to, że ja będę tym grzeczniejszym dzieckiem.

Trudno się dziwić, że się martwili. Masz 18 lat i rzucasz szkołę. 

- Ja też się nie dziwię, bo który rodzic powie: "Dobra, nie ucz się"? W naszym domu był nacisk, żebyśmy z bratem studiowali, on miał być prawnikiem, ja filologiem, nic z tych życzeń nie wyszło, ale oboje sobie poradziliśmy. Brat mieszka za granicą, ma własną firmę, gra też w zespole metalowym. To także dowód na to, że z prawdziwej pasji się nie rezygnuje. Dzisiaj rodzice są z nas dumni, ale swoje przeszli i ja razem z nimi, bo przykro mi było słyszeć, że z mojego śpiewania nic nie będzie. Ojciec był dziennikarzem muzycznym, jeździł na koncerty, więc wiedział, że może być różnie: alkohol, narkotyki. 

Kiedy postanowiłaś, że będziesz śpiewać?

- Zawsze śpiewałam, brałam szczotkę do włosów i udawałam, że to mikrofon. Nigdy nie uczyłam się śpiewu, w moim domu nie było takich tradycji, ale ojciec słuchał dużo muzyki, brat też, potem zaczął grać na perkusji. Strasznie mu zazdrościłam, że znalazł sobie fajne towarzystwo, wychodzi na próby. Bałam się, że moje życie będzie nudne, w liceum szukałam pretekstów, żeby się nie uczyć. W trzeciej klasie - ku mojemu zaskoczeniu, bo nigdzie ze swoim śpiewaniem, poza wydurnianiem się na przerwach, się nie wychylałam - zostałam zgłoszona do festiwalu piosenki francuskiej. Sztywna impreza jak nie powiem co, ale to był punkt zwrotny. Wychowawczyni dała mi oficjalny glejt na wagarowanie, tzn. mogłam nie chodzić na lekcje, bo przygotowywałam się do ważnego festiwalu, na którym reprezentowałam szkołę. Byłam przeszczęśliwa, na dodatek zakochałam się w chłopaku, z którym miałam wystąpić. Godzinami siedzieliśmy w auli, paliliśmy papierosy, piliśmy wódkę, on grał na gitarze. Piękne chwile, niewinne, zaczytywałam się wtedy w biografiach Jima Morrisona, Jimiego Hendriksa, Janis Joplin.

- Bardzo imponowało mi to towarzystwo zatraceńców. Wydawało mi się, że też nie będę długo żyła i dołączę do "klubu 27" (określenie grupy muzyków, którzy z różnych przyczyn zmarli w wieku 27 lat - przyp. red.). Na festiwalu zajęliśmy trzecie miejsce i wychowawczyni nie usprawiedliwiła mi tych nieobecności. Byłam załamana i nagle zadzwonił do mnie chłopak z Second Face, zespołu ze Starogardu Gdańskiego. Spotkaliśmy się w Sopocie i od razu powiedzieli mi, że chcą ze mną pracować. Obiecali, że będą mi dokładać do biletów - nie miałam kasy, a bilet kosztował 2,50. Rodzice nie chcieli słyszeć o śpiewaniu i nie dawali mi pieniędzy. Ale mnie nie dało się już powstrzymać. Zapisałam nawet w swoich zeszytach: "Panie Boże, bardzo Cię proszę, żebym została słynną piosenkarką przed maturą, bo nie chcę jej zdawać".

Modlitwa została wysłuchana. Wkrótce usłyszała cię cała Polska.

- Podczas jednego z koncertów zobaczył mnie Zbyszek Kraszewski, perkusista Skawalker, i zaprosił na próbę. To było 5 grudnia 1994 r., mój pierwszy dzień z O.N.A. Wchodzę, mam na sobie czarny sweter, glany, widzę wspaniały sprzęt, taki, o jakim mogłam tylko marzyć. Bardzo się boję. Grzesiek Skawiński pyta, od czego zaczynamy, proponuję, że od bluesa. Na tej pierwszej próbie powstał utwór "Drzwi". Patrzyłam na nich, widziałam, że im się podobało, ale nic nie mówili. Po latach wiem, że byli w szoku, śpiewanie bluesa to nie jest prosta sprawa, jednak mocno się kłócili, czy mnie przyjąć. Bali się, że jestem gówniarą, że się pogubię. Pod koniec roku miałam już regularne próby, a w styczniu zapadła decyzja o nagrywaniu pierwszej płyty. Pół roku później wystąpiliśmy na festiwalu w Opolu. I tak ruszyło. Płyta za płytą. Bez wytchnienia. Fajnie, że nie musiałam śpiewać po garażach, ale kiedy odchodziłam z zespołu, miałam 26 lat i czułam się jak stara baba. Od tamtej chwili upłynęło 11 lat i codziennie dziękuję Bogu, że się tak skończyło. W przeciwnym razie już by mnie na tym świecie nie było. Nie wytrzymałabym tempa. 

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Chylińska | wokalistka | rodzina | dziecko | poród | dzieci

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje