Przejdź na stronę główną Interia.pl

Teraz Maria

Nie ma już Marysi. Jest Maria. Zmieniło się wszystko: aspiracje, estetyka, myślenie o macierzyństwie, a nawet zawód.Maria Sadowska śpiewa głosem swojego pokolenia.

Dawna gwiazdka piosenki dziecięcej, którą znała cała Polska, szuka dziś inspiracji poza granicami muzyki pop. Zresztą muzyka to dla niej za mało. Jej reżyserski debiut trafił właśnie na konkurs festiwalu w Gdyni, społeczne zacięcie każe walczyć o prawa artystów, a partnerski związek - myśleć Ten rok jest dla niej wyjątkowy. Nagrała nowy album, nakręciła debiutancki film. Na Spisie treści śpiewa po polsku, bo jak mówi, skończyła z mrzonkami o podboju świata i zrobiła płytę "dla swoich". Promuje ją kawałkiem Rewolucja, a Demakijaż, na który złożyły się trzy filmy: Marii, a także dwóch innych młodych reżyserek, walczy na festiwalu w Gdyni. Mówi się, że to głos pokolenia. Tego, które w dzieciństwie oglądało Tęczowy Music Box.

Reklama

Twój Styl: Szykujesz jakiś przewrót?!

Maria Sadowska: "Gdzie jest moja rewolucja, Czy mam czekać na nią do jutra?". No właśnie, my chyba wciąż czekamy, a jutro nie nadchodzi (śmiech). Jestem z pokolenia, które o nic nie walczyło. Rok 1989 tylko oglądaliśmy. Byłam antyspołeczna jak większość rówieśników. Bezczynnie patrzę na to, że polskie piosenki są grane w radiu między drugą a piątą rano. Żyjemy w czasach gombrowiczowskich - parobek rządzi i schlebia się jego gustom. Za chwilę w telewizji będzie tylko disco polo i pornole, bo większość chce to oglądać. Chciałabym skrzyknąć tych z mojego pokolenia - młodych muzyków, didżejów - i walczyć o swoje.

Twój Styl: Patrząc na bohaterów Twojego filmu, raczej trudno będzie się Wam skrzyknąć.

Maria Sadowska: Niestety, jesteśmy pokoleniem ludzi niedojrzałych. Pracoholizm albo dzikie imprezowanie to nasz sposób na życie. Nie przeżywamy dramatów dziejowych, ale jesteśmy wypaleni i puści. Wolność zmieniamy w hedonizm. Znam mnóstwo takich ludzi jak ci w moim filmie. Żyją z dnia na dzień, zasypiają co noc w innym miejscu i budzą się skacowani. Nie chcemy żyć według schematów, jak rodzice, ale nie mamy pomysłu na inne życie. W moim filmie główna bohaterka nie wie: grać w klubach czy może wyjść za mąż, mieć dziecko? Czy da radę ciągnąć jedno i drugie? Nie mam już tych dylematów. Chyba jestem gotowa na macierzyństwo.

Twój Styl: Jaką będziesz mamą?

Maria Sadowska: Boję się, żeby nie być egoistyczną. Bo trudno mi pogodzić się z myślą, że na macierzyństwie ucierpi moja muzyka. Stereotyp matki Polki nie przemawia do dziewczyn z mojego pokolenia. Kobiety zajmowały się domem, dziećmi, wspierały facetów. Za karierami mężów zwykle stały żony. Rezygnowały ze swoich ambicji. Czas to zmienić. Ciekawa jestem, co będzie z dziewczynami i chłopakami z mojego pokolenia za dziesięć lat.

Twój Styl: A z Tobą, jak myślisz?

Maria Sadowska: Boli mnie, że żyjemy w świecie bez autorytetów. Mam swoje: Lutosławski, Panufnik, Szymborska. Kupiłam jej ostatni tomik kilku znajomym. Słyszę, jak dzieciaki mówią: "Hannah Montana jest lepsza, bo ma nowsze piosenki, nowsze włosy i w ogóle jest nowsza". To chyba smutne. Mam nadzieję, że jako dojrzała kobieta będę artystką. I że nie przyjdzie mi do głowy, by schlebiać gustom nastolatków. Dziś też mogłabym zrobić sobie biust, wstrzyknąć silikon w usta i lansować się, pokazując nowe cycki w internecie. Na szczęście wciąż wierzę, że jest w Polsce mnóstwo ludzi, dla których liczy się dobra muzyka.

Twój Styl: Czekasz na nagrody w Gdyni?

Maria Sadowska: Uważam, że wszystkie należą się Wojnie polsko-ruskiej. Nie byłam rozpieszczana nagrodami, więc mam dużo pokory. Wyluzowałam w tej sprawie i jestem przygotowana na krytykę. Ale nie dam się zgnębić, pracuję nad kolejnym scenariuszem. To mój debiut i jestem dumna, że film dostał się do konkursu. I że poradziłam sobie na planie.

Twój Styl: Było ciężko?

Maria Sadowska: Na początku bardzo. Dyrygowałam pięćdziesięcioma facetami. Takimi macho - oświetlacze, operatorzy to zwykle stuprocentowi męscy "twardziele". Słuchali mnie dopiero, gdy zaczęłam na nich krzyczeć, rzucać przekleństwami. Teraz wchodząc na plan, podświadomie ubieram się w spodnie i bluzy, nigdy w sukienki. Ale swoją przyszłość widzę w filmie. Nie chcę się zamartwiać, czy wytrzymam noc w klubie, że nie wyglądam młodo. Mam nadzieję, że nim się zestarzeję, zbuduję fajne wnętrze. I nie wyląduję w kapciach na kanapie, z pilotem w ręce - bez pomysłu na siebie. Dla reżysera czas działa na korzyść.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje