Przejdź na stronę główną Interia.pl

Teraz już będę

"Byłam, ale mnie nie było", powtarza Danuta Wałęsa w swojej sensacyjnej autobiografii. "Wraz z Sierpniem wszystko się rozprysło", pisze. Albo: "Po prostu jestem sama". Twojemu STYLOWI jako pierwszemu opowiedziała o wyjeździe z rodzinnej wsi, czasach małżeńskiego szczęścia i o bolesnej samotności ostatnich trzydziestu lat. Dziś czuje, że dojrzała do niezależności. "Mam swoje życie ―mówi. ― Mój czas dopiero nadchodzi". Książka to pierwszy krok. Patrzyliśmy, jak go stawia.

Tę datę dziewiętnastoletnia Danka Gołoś zakreśla w kalendarzyku. 14 października 1968 roku. Po latach nie umie powiedzieć, dlaczego to zrobiła. Tego dnia do kiosku z kwiatami przy ulicy Świerczewskiego w Gdańsku, w którym pracuje, wstępuje młody robotnik. Chce rozmienić pieniądze.

Reklama

Następnego dnia też wpada. Częstuje gumą do żucia. Dankę to śmieszy, ale zwraca na niego uwagę. Dziewczyna jest w mieście od ośmiu miesięcy. Wie, że za nic nie wróci do rodzinnej wsi pod Węgrowem, do domu bez wody, prądu, z ośmiorgiem rodzeństwa. Podstawówkę skończyła pięć lat wcześniej. Chciała zostać pielęgniarką, ale musiałaby wyjechać do miasta. Nie udaje się.

Przez te pięć lat odrzuca zaloty chłopaków, pomaga w gospodarstwie i marzy o wielkim świecie. Okazja nadarza się dopiero teraz. Wielkim światem okazuje się Gdańsk - od roku mieszka tam siostra. Zimowy poranek. Matka odprowadza ją na przystanek PKS. Ma łzy w oczach, jakby przeczuwała rozstanie na zawsze. "Mamo, ja tu więcej nie wrócę", mówi Danuta, zatrzaskując drzwi autobusu na przystanku w Kolonii Krypy.

Ceglasty płaszcz, tekturowa walizeczka. Jesienią następnego roku wyjdzie za mąż za robotnika, który tak ją rozśmieszył tą gumą do żucia. Chłopak mieszka na kwaterze z trzema kolegami. Też nic nie ma, pracuje w stoczni. Nazywa się Lech Wałęsa.

Twój STYL: Pamiętam, jak w 1983 roku odbierała pani w imieniu męża Nagrodę Nobla. Wszyscy byli urzeczeni tym, z jaką klasą pani to zrobiła. Bała się pani?

Danuta Wałęsa: - W tamtym czasie się nie bałam. Dziś mi się wydaje, że teraz bym tego nie przeżyła. Mój mąż podjął w tej sprawie decyzję poza mną. Zdecydował, ja to przyjęłam. Chciałam wystąpić nie jako żona Wałęsy, tylko jako kobieta, Polka. To mnie mobilizowało. Bo rzeczywiście, kiedy odbierałam nagrodę, cały świat oglądał ceremonię. Tylko u nas nic o tym nie było - ludzie oglądali potem nagrania w kościołach, jakichś salkach...

Mąż obawiał się, że go nie wpuszczą z powrotem?

- Myślę, że może po prostu nie chciał się narażać na to wszystko, te ceremonie...

A pani - kiedy stanęła w Oslo na publicznym forum? Pani sama na scenie, z tyłu orkiestra, tutaj król... To chyba pani druga podróż zagraniczna?

- Pierwsza samodzielna. Byłam tylko z synem. Nie powiem, że tego nie przeżywałam. Kiedy wchodziłam na scenę, przez chwilę zwątpiłam w to, czy sobie dam radę.

Jest takie zdjęcie, na którym już pani przekazała dyplom noblowski synowi, który stoi obok, i jest pani zrelaksowana, uśmiecha się w jakiś taki niewymuszony sposób...

- W Polsce mówiono, że Norwegowie to zimny naród, że tak obojętnie wszystko przyjmują. Tymczasem podczas przemówienia, które odczytywałam, kilka razy spojrzałam na salę i widziałam, że oni się wzruszyli, że w jakiś sposób byli uczuciowo ze mną związani. Wtedy poczułam się taka pewna.

Ta ceremonia coś w pani zmieniła?

- To się stało wcześniej, w '80 roku, miesiąc po strajku. Zaczęłam wtedy myśleć, że nie mogę polegać tylko na mężu. Przez 11 lat małżeństwa mąż pracował na utrzymanie rodziny, a ja się tą rodziną opiekowałam. Zabezpieczał nas finansowo i nawet może czuliśmy się bezpiecznie - mimo dość trudnej sytuacji. A w chwili, gdy skończył się strajk i zaczęła się ta cała rewolucja, potem te walki wewnątrz Solidarności, te przepychanki, straciłam poczucie bezpieczeństwa. Już wtedy zaczęłam ustawiać się do życia w jakiś inny sposób. I jestem wdzięczna Bogu, że tak się stało, bo gdybym miała liczyć wyłącznie na męża, nie wiem, do czego by doszło.

W autobiografi i, opowiadając o ceremonii noblowskiej, pisze pani: "Słuchali, co mam do powiedzenia". To nowość? Wcześniej nikt nie słuchał?

- Bo ja się nigdy nie wypowiadałam. To prawda, że przez cały stan wojenny byłam niejako rzecznikiem swojego męża, ale jedynie przekazywałam to, co on sobie życzył, nie mówiłam od siebie. Do Sierpnia i później, w stanie wojennym, dojrzewałam.

Pisze pani, że odbiór Nobla to był "rozkaz do wykonania", że mąż dał pani rozkaz...

- Można tak to odebrać.

Mocne słowa.

- Tak, mocne słowa, ale prawdziwe.

Później mąż pewnie pani zazdrościł, bo z Oslo wróciła pani jak gwiazda...

- Myślę, że się cieszył, ale był trochę zazdrosny. Nie spodziewał się, był zaskoczony. Bo żył sobie z taką kobietą 14 lat, a tutaj widzi jej niedostrzegane zalety... Do dziś dziękuję mu, że mnie tam wysłał. Dzięki temu poczułam się dowartościowana. Ludzie mówili mi potem: "Pięknie nas reprezentowałaś, naprawdę byłaś klasa".

Mąż mówi, że na 3+...

- To wychodzi natura mojego męża.

To natura umniejszania cudzych dokonań?

- Nie, taki typ, taki typ. Myślę, że życie samo pokazało, świat mnie ocenił.

A po powrocie "dostała pani rozkaz" złożenia kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców? To była Pani pierwsza samodzielna misja w Polsce. No bo mąż - "prywatny obywatel Wałęsa" jak mówił o nim Urban po zwolnieniu go z internowania - nie składa kwiatów, tylko pani sama to robi. Wtedy jest pani jednak jego reprezentantką.

- Myślę, że w powszechnym odczuciu zaczęłam go reprezentować po wprowadzeniu stanu wojennego. Ale już wtedy podejmowałam decyzje samodzielnie. To ja zdecydowałam, żeby kwiaty, które dostaliśmy na chrzcie Marii Wiktorii w 1982 roku, zawieźć pod pomnik Poległych Stoczniowców, pomimo że stała tam milicja. Stan wojenny, mąż internowany, nie konsultowałam z nim tego kroku.

Dowiedz się więcej na temat: Danuta Wałęsowa | Lech Wałęsa | "Solidarność" | Nagroda Nobla

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje