Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tak, jestem krnąbrny

Daje sto dwadzieścia koncertów rocznie i po każdym ma owacje na stojąco. Przyjaciółka i dawna nauczycielka Elżbieta Zapendowska mówi: on nie idzie za żadną modą, ale robi to, na czym się zna - śpiewa. Tylko tyle i aż tyle.

Michał Bajor wydaje właśnie siedemnastą płytę. Nam mówi, dlaczego nie założył rodziny i po co mu na urlopie walizka pełna thrillerów.

Reklama

Twój Styl: W programie "Uwaga w TVN" wyliczano niedawno, co Bajor musiałby zrobić, żeby stać się bohaterem kolorowych pism: zatańczyć w show, spotykać z Dodą, najlepiej po kryjomu, ożenić się. No i jeszcze dać sygnał fotoreporterom - kiedy i gdzie to nastąpi...

Michał Bajor: Nie rozumiem dzisiejszego świata, w którym menedżer powiadamia media, że dany celebryta będzie o tej i o tej godzinie w sklepie kupować buty za trzy i pół tysiąca. Publikatory często skupiają się na tym, kto ma jakiego koloru majtki, a nie na tym, co sobą zawodowo reprezentuje. Mnie to krępuje!

Świat schodzi na psy czy narzekanie 54-latka?

- Ja nie narzekam, tylko się martwię. I żal mi młodych, którzy po jednym występie w show słyszą: jesteś najlepszy. Wychodzą ze studia z przekonaniem, że nikt im nie dorówna i że należy im się odrzutowiec na koncerty. Obserwuję młode talenty. Interesuję się różnymi gatunkami muzyki. Cenię Marię Peszek i Gabę Kulkę czy wykreowane przez programy świetne wokalistki jak Monika Brodka, Ewelina Flinta czy Ania Dąbrowska. Mnie chodzi jednak o proporcje. Nie ma powodu, żeby na sto osób większość obwoływać genialnymi. A takie powstaje wrażenie. I młodym kręci się w głowie.

A panu się nie zakręciło 38 lat temu? Szesnastolatek wygrywa festiwal piosenki radzieckiej!

- Zakręciło, bo musiało. W tym samym roku zaśpiewałem jako gość Sopotu ’73. Ale nikt mi nie mówił: no, stary, teraz to już jesteś gwiazda albo że jesteś najlepszy na świecie. Przeciwnie: ludzie z autorytetem mówili, co mam zrobić, żeby być lepszym.

Ludzie z autorytetem, czyli kto?

- Najpierw rodzice. Potem dyrygenci Stefan Rachoń i Henryk Debich – ich nazwiska pewnie już dziś nic nie mówią młodym. Potem w szkole teatralnej profesorowie Aleksander Bardini, Tadeusz Łomnicki, Ryszarda Hanin. Albo Lucjan Kydryński, z którym odbyłem tyle pasjonujących rozmów... To były nieprawdopodobne tuzy! Później w teatrze – takie nazwiska jak m.in. Kutz, Hanuszkiewicz, a muzycznie Józefowicz, Stokłosa, Korcz. No i Wojciech Młynarski. Głowa giganta.

To właśnie piosenki francuskie w przekładzie Młynarskiego wyśpiewuje pan nowej płycie.

- Na dwóch, 25 piosenek, od Piaf do Garou.

C’est si bon

Kto układał listę?

- Wojciech Młynarski! Powiedziałem, że chcę zrobić taką płytę i on już za trzy dni oddzwonił: mam szkic. Moja rola polegała na tym, że podpowiedziałem jeden utwór, on stwierdził – dobry, a jak podpowiedziałem drugi, uznał, że niedobry (śmiech).

Skąd w ogóle pomysł na piosenki francuskie?

- Dla mnie oczywisty, bo ja się na nich wychowałem. Nie powiem, żeby obcy byli mi Beatlesi, ale bliższa zawsze była Piaf i Aznavour. A jeszcze jak Młynarski zaprosił mnie do spektaklu Brel w Ateneum, wpadłem po uszy. To tam zacząłem śpiewać Walc na tysiąc pas, który zresztą spowodował, że słuchacze podzielili się na kochających i na nielubiących Bajora. Jedni mówili: ma piękny głos, a drudzy – że beczy jak koza. A walca wykonywałem potem tak obłąkanie wiele razy, że w końcu przestałem go lubić i teraz w ogóle nie mam go w repertuarze. Kiedy byłem mały, udawałem, że śpiewam w obcych językach. Po francusku było to tym łatwiejsze, że umiem wymówić słynne „r”. Dziś mam żal do siebie, że się nie nauczyłem tego języka. A debiutowałem na festiwalu piosenki rosyjskiej, mimo że, jak większość uczniów, byłem słaby z rosyjskiego.

To tę słynną "Siemionownę", która dała panu zwycięstwo, zaśpiewał pan bez zrozumienia?

- Tak, ale dzięki niej miałem lepszą ocenę z rosyjskiego na koniec roku. Prawdę mówiąc, nauczycielka wyciągnęła mnie za uszy ku zdziwieniu klasy...

Naszych matek maleńkie mieszkanka

Młodość w Opolu… Jaki miała kolor, smak?

- Kolor na pewno zielony, od parków. Smaki: kuchni mamy i jej pierogów, na które – kiedy zaczęła się w moim życiu epoka festiwali – schodzili się artyści od Olbrychskiego po Młynarskiego. Opole to świadomość, że się przynależy do miasta kultury. Szkoła muzyczna, taneczna, wyrozumiali nauczyciele, którzy, gdyby tylko chcieli, mogli mnie zostawiać na drugi rok – byłem nogą z przedmiotów ścisłych!

Syn nauczycielki?!

- Mama pracowała z pierwszymi klasami, nauczanie początkowe. Była też harcmistrzem. Tata był aktorem w teatrze lalki. Byłem więc pod „pręgierzem” pedagogiczno-artystycznym. Rodzice dawali przykład i artystycznej fantazji, i pracowitości. Jesteśmy ze sobą bardzo związani. Dlatego trudno mi w miarę upływu lat śpiewać piosenkę Młynarskiego o matce w małym mieszkanku, do której syn królewicz nie zagląda latami. To nie ja. Dzwonimy do siebie codziennie, zabieram ich na część wakacji i kiedy tylko mogę, przywożę do domu pod Warszawą.

Pana brat, Piotr Bajor, też został aktorem, ale jego wizerunek jest zupełnie inny.

- Można w to wierzyć lub nie, ale w rodzinie mówi się, że nasze temperamenty są związane z tym, co mama robiła w ciąży. Gdy miałem się urodzić, dużo chodziła do kina, uczyła małe dzieci, a na to potrzeba dużej energii. Słuchała muzyki, zbierała wycinki o artystach z magazynów „Kino” i „Ekran”. A gdy trzy lata później była w ciąży z Piotrem, głównie siedziała w domu, w ciszy i czytała książki. Brat się urodził zimą, ja – w początkach gorącego lata. Więc jestem impulsywnym Bliźniakiem, z emocjami na zewnątrz. Staram się to od lat stopować, ale co sobie nabruździłem w młodości swoją nadszczerością – tylko ja wiem. I sam to sobie zawdzięczam.

Dowiedz się więcej na temat: Michał Bajor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje