Przejdź na stronę główną Interia.pl

Szczęście jest kwestią... decyzji

Kobieta ambitna i przedsiębiorcza, która żadnej pracy się nie boi. A jak coś postanowi, to wiadomo, że prędzej czy później to osiągnie.

Cały czas chce od życia czegoś więcej. Wie bowiem doskonale, że wszystko co najlepsze jeszcze przed nią. Anna Popek (45) - dziennikarka i matka. Kobieta szczęśliwa...

Reklama

Czy prawdą jest, że już od dziecka marzyła pani o dziennikarstwie?

Anna Popek: - Miałam bardzo wiele różnych zainteresowań. Dziennikarstwa spróbowałam pierwszy raz dopiero w liceum. I od razu bardzo mi się to spodobało.

Wtedy jeszcze nie zdawała sobie pani sprawy, że dziennikarstwo to jeden z zawodów o najwyższej śmiertelności...

- ... ani z tego, że to taki świetny zawód. I z każdym przeprowadzonym przeze mnie wywiadem utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że to jest właśnie moje powołanie. Zrozumiałam to jednak dopiero teraz, gdy jestem dojrzałą kobietą.

Jednak dziennikarstwo to nie tylko praca. To zupełnie inny świat, w którym panują dosyć ściśle określone reguły.

- Musimy pamiętać o tym, że dziennikarz jest także nauczycielem. Dla niektórych jesteśmy wzorem. Kiedy zaczynamy podpisywać się swoim nazwiskiem, to tym samym stajemy się osobą publiczną. Jeżeli natomiast chodzi o stres, który towarzyszy programom na żywo, to minął mi on po wielu latach pracy. Tak naprawdę to dopiero niedawno poczułam się wreszcie dobrze przed kamerą.

Pani Anno, a w towarzystwie staje się pani jego duszą czy raczej siedzi z boku?

- Zależy od towarzystwa, ale raczej lubię rozkręcać zabawę. A w pracy lubię, gdy ludzie czują się przy mnie dobrze. Wtedy otwarcie i szczerze opowiadają o sobie. Czasem słyszę, że nie potrafiłabym ostro rozmawiać z gośćmi. Owszem potrafiłabym, ale myślę, że poranny program nie jest do tego najlepszym miejscem. Poza tym, jeśli widzę, że ktoś nie chce odpowiadać na osobiste pytania, to szanuję jego decyzję i trudno mi naciskać. Sama też nie chciałabym być publicznie odpytywana z prywatnych spraw. Uważam zresztą, że trzeba troszkę podpromować dobre maniery i kulturę osobistą, bo gdzieś nam się w pogoni za sławą i pieniędzmi zapodziała.

A jak czuje się pani w roli gospodyni domowej?

- Uwielbiam wracać po pracy do domu i zaszywać się w domowych pieleszach. Często od progu wołam: o jak dobrze, że już w domu! Pierwsze kroki kieruję do kuchni. Najpierw zaparzam herbatę - bardzo lubię dobre, czarne herbaty. Potem odgrzewam albo gotuję obiad. Ciasta piekę rzadko - najczęściej sernik lub szarlotkę, za to córki są tu bardzo aktywne.

Rozumiem, że obiad w pani domu jest zawsze ugotowany?

- Najczęściej tak. Staram się też robić dziewczynom kanapki do szkoły, bo zdarza im się zaspać i już w domu nie zdążą nic zjeść. Przykładam wagę do takich drobnych przejawów troski o najbliższych. Uważam, że codzienna obecność matki w życiu dzieci jest nie do przecenienia.

A znalazła pani jakiś autorski sposób na nastoletnie bunty?

- Co niedzielę chodziłam do kościoła. Dzisiaj trochę wstyd przyznać się do wiary. Ale - jak pisał Zbigniew Herbert - trzeba płynąć pod prąd, bo z prądem płyną tylko śmieci. A tak poza tym, jeżeli chodzi o mój sposób na nastolatki, to nie wymyśliłam nic odkrywczego. Jak są niegrzeczne, to nerwy mnie czasem ponoszą. Własna córka potrafi zranić najbardziej.

I jak sobie pani z tym radzi?

- Łapię trzy głębokie oddechy, wracam do ich pokoju z kubkiem gorącej herbaty dla aktualnie zbuntowanej i na spokojnie zaczynam rozmowę. Najważniejsze, żeby nie zamykać się w sobie. Ciche dni jeszcze nikomu nie pomogły. To tylko strata czasu. Rodzice muszą być o krok do przodu w stosunku do swoich dzieci.

Daje pani dziewczynkom dużo swobody?

- Wydaje mi się, że tak. Chociaż one być może mają odmienne zdanie na ten temat. Nie spełniam każdej ich materialnej zachcianki i dzięki temu wiedzą, że na nową sukienkę muszą sobie zasłużyć. Uczę je tym samym szacunku do pieniądza. Niemniej jednak potrzeby moich córek są dla mnie priorytetem. Zresztą sama zachęcam je, aby zapisywały się na różne dodatkowe zajęcia. I dzięki temu regularnie chodzą na taniec i na jazdę konną oraz grają w tenisa.

Czego tak konkretnie nauczyło panią macierzyństwo?

- Aż tak bardzo się nie zmieniamy, nawet macierzyństwo nie przemieni egocentryka w czułego rodzica. Ale trochę "stępiamy kanty" naszego charakteru. Ja złagodniałam trochę i na pewno nauczyłam się okazywać uczucia - jest to niezbędne, by wychować dobrego człowieka. Cudownie jest dobrze wykorzystać ten czas po prostu się nim ciesząc.

Pani to zrobiła?

- Z perspektywy czasu oceniam, że mnie nie do końca się to udało. Za mało byłam w domu, ciągle pracowałam, gdzieś biegłam. Miałam taki temperament, że nie byłam w stanie wysiedzieć w domu, a praca była wymagająca. Myślę, że tak naprawdę skrzywdziłam tym samą siebie.

Wyrzuty sumienia?

- Matka, która w pełni nie mogła wykazać się w macierzyństwie odczuwa pewne poczucie zagubienia i braku. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, nie popełniłabym tego samego błędu. Ale wyrzutów nie mam - taka wtedy byłam i akceptuje siebie właśnie taką.

Czy w swoim życiu stara się pani mieć wszystko pod kontrolą?

- Nie jest to możliwe, więc się nawet nie staram, co nie znaczy, że nie kieruję swoim życiem. Moją mocną stroną jest intuicja, czasem pod jej wpływem działam spontanicznie. Ale z wiekiem należy ubierać wszystko w jakieś stosowne ramy. Z biegiem lat nauczyłam się również cierpliwości i takiego wewnętrznego spokoju. Teraz już wiem, że nie osiągnę wszystkiego naraz. Każda rzecz ma bowiem swoje miejsce i czas. Trzeba tylko zaczekać na odpowiedni moment.

Podoba mi się takie podejście. Wierzę, że wiele zależy przecież od nas samych...

- Dokładnie! I nigdy nie powinno się tracić nadziei. Jak sami sobie zamkniemy drzwi, to później nam ich nikt nie otworzy. Każdy ma prawo być szczęśliwy, tylko - niestety - niewielu z nas z tego prawa korzysta. Na szczęście ja zapisałam się do tej mniejszości. Bo szczęście - moim zdaniem - jest kwestią decyzji.

A najlepiej dzielić to szczęście z osobą, którą się kocha.

- Dobrze jest mieć kogoś, z kim można dzielić życie. Ale powiem szczerze, że miłość nigdy mną nie kierowała. Mam swój zestaw zasad i priorytetów, które są dla mnie najważniejsze. Nie wyobrażam sobie, abym zatraciła się w miłości do tego stopnia, że zmieniłabym całe swoje życie, porzuciła dzieci i wyjechała na Borneo. Nie przypuszczam, żeby coś takiego mnie spotkało.

Jest pani teraz zakochana?

- Nie mogę tak powiedzieć. Z reguły o uczuciach staram się nie rozmawiać. Wychodzę z założenia, że jeżeli zbyt dużo mówi się o miłości, to tak naprawdę nie ma się w tej sprawie nic do powiedzenia.

Alicja Dopierała


Dowiedz się więcej na temat: Anna Popek | Pytanie na śniadanie | dziennikarze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje