Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl
Świat się śmieje

Filip Chajzer

Wszystko już było? A skąd! Krótkie reporterskie scenki Filipa Chajzera w TVN to olśnienie roku. Jego wywiady z blogerami mody ludzie oglądali w sieci po kilka razy, zaśmiewając się do łez. Bo Filip jest grzeczny i miły tylko w „cywilu”. Przed kamerą zmienia się w potwora, tępi obłudę i przekłuwa balony złego gustu. Kibicujemy.

Spotykamy się w niedzielny poranek. Mróz nie wystraszył tylko biegaczy trenujących obok stadionu Legii. Przyglądamy się im, siedząc w ciepłej kawiarni przy kominku. Filip zamawia płatki z jogurtem. Normalnie wziąłby hamburgera z frytkami i toną keczupu, ale co będzie, jak ktoś go nad tym sfotografuje, co powie blogosfera? ONI mają na Chajzera oko... To żart, nawiązanie do materiału o modowych blogerach pseudoznawcach, który podniósł mu "słupki oglądalności". Na serio Filip się martwi, że zmarznie dzisiaj na zdjęciach. Zamierza wystąpić w... spódnicy. Konkretnie w kilcie.

Reklama

Filip Chajzer: - Zaraz po naszym wywiadzie jadę robić materiał o gender. Wziąłem z wypożyczalni kieckę Szkota, bo to mi się wydało najbardziej à propos. Skoro mówimy o zacieraniu różnic płci, niech widzowie mają odniesienie.

Sukienka mnie nie dziwi. Widziałam felieton, w którym występujesz w pstrych leginsach z motywem arbuza. I tańczysz na rurze. Co za obciach.

- To nie jest obciach! Robiłem materiał o facetach wykonujących niemęskie zawody - był położnik, manikiurzysta. Okazuje się, że są też mężczyźni, którzy tańczą na rurze, widziałem na własne oczy. I jeden z nich nie był gejem. Getry w arbuzy to jakby podkreślenie żarówiastym markerem - świat jest kolorowy, niczemu się nie dziwcie. Uwielbiam takie tematy. Przed zdjęciami mam reisefieber jak przed ciekawą podróżą. Każdy felieton to dla mnie misja w nieznane. Jeśli tylko nie dotyczy celebrytów, wchodzę w temat jak w masło.

Co masz przeciwko celebrytom?

- Zupełnie szczerze uważam ich świat za pusty i nadęty. A epatowanie ciekawostkami z życia gwiazd za niepotrzebne. Wchodzę wczoraj na stację benzynową, widzę okładkę "Gali" czy "Vivy!", na której jest Alicja Bachleda-Curuś i wielki tytuł: "Jaka jest prawda?". Pierwsze, co mi przychodzi do głowy: a co mnie to, do cholery, obchodzi?

Ale wiesz, też jesteś rozpoznawalny, pojawiasz się na Pudelku... Rośniesz na gwiazdę.

- Jaka tam ze mnie gwiazda! Ludzie kojarzą mnie z telewizji i tyle. Zresztą z występowaniem na wizji też nie było łatwo. W DDTVN obowiązuje pewne embargo na pokazywanie twarzy reporterów. Musiałem ostro walić łomem w ten lód, żeby się trochę skruszył. Zwłaszcza że ja na wizji pojawiam się przez cztery minuty i to nie codziennie. Ale celebrytą nie jestem, nie naciągaj mnie. Widać mnie, bo taką mam pracę, tyle.

Ciekawe, z jednej strony celebrycki światek uważasz za pusty, ale pamiętam twoją rozmowę z chłopakiem z Lublina, który koczuje pod wejściem do TVN. Jest łowcą autografów, a gwiazdy uważa za bogów. Rozmawiasz z nim bez złośliwości. Musisz się więc naginać?

- Też pamiętam tego chłopaka. Nieprawdopodobna rozmowa, dla mnie szok. Są ludzie, którym się wydaje, że świat gwiazd to raj. Ale może to tak działa - nam się roi, że Hollywood jest wspaniałe, a w Lublinie myślą, że fantastyczna jest Warszawa. Jednak nie można nikogo wyszydzać ani krytykować za wyobrażenia. Wbrew pozorom mam wrażliwość społeczną, którą okazuję, kiedy tylko mogę.

Od dłuższego czasu z tą wrażliwością badasz nasze poczucie humoru. Jacy, twoim zdaniem, jesteśmy?

- Bardzo fajni, szczególnie na Nowym Świecie. Uwielbiam to miejsce, tam jest przekrój społeczny, jak nigdzie w Warszawie. Nagrałem w tym miejscu mnóstwo sond i z całą odpowiedzialnością mówię: Polacy są fajni, a nawet jak nie są, można to obśmiać.

- Na przykład ostatnio - robimy materiał o najdziwniejszych zachowaniach, jakie można spotkać w miejscach publicznych. I nagle, jak na zamówienie, idzie chłopak w płaszczu z futrzanym kołnierzem, cylindrze i białym szalu - jakby się przeniósł w czasie. Zaczepiam go, a on oddala się ze słowami: "Szanowny panie, nie mam czasu, żegnam". Na szczęście odsetek gburów i smutasów w naszej populacji jest mniejszy. Dzięki temu udaje mi się realizować tematy tak, jak sobie wykombinuję.

Jaki masz na to patent?

- Skracam dystans między mną a człowiekiem na ulicy. Jeśli byłbym panem z telewizji, z pretensjami, nic bym nie zdziałał. Jest coś takiego, co się nazywa chorobą telewizyjną. To poczucie wyższości dotyczące ludzi, którzy pokazują się przed kamerą. Moim zdaniem najważniejsze jest, żeby maksymalnie się przed tym bronić.

Jak to robisz?

- Myślę o sobie jak o chłopaku z blokowiska i mam nadzieję, że ludzie to czują. Zawsze powtarzam: proszę mi wytłumaczyć jak prostemu chłopakowi z Ursynowa, o co w tym chodzi? Kiedy przygotowuję materiał z rodzaju tych, których nie znoszę, czyli wywiad jeden na jeden, zastanawiam się, co ludzi kręci w moim rozmówcy. A ich na ogół interesują pieniądze. Całkiem przyjemny wywiad z Michałem Wiśniewskim skończyłem pytaniem: "Proszę nam poradzić, jak przepuszcza się dziesięć milionów złotych w trzy lata?". Bo miał tyle i już nie ma. Nie odesłał mnie do diabła. Ma dystans i to jest OK.

Dlaczego nie lubisz wywiadów z gwiazdami?

- Mam traumę po spotkaniu z Bruno Marsem, wokalistą amerykańskim, "ogólnoświatowym gwiazdorem". Na spotkanie lecieliśmy do Kolonii. Stylistka stwierdziła, że muszę wyglądać. Znalazła mi przepiękny garnitur, koszulę, krawat. Stanąłem przed lustrem - jak nie ja. No i wchodzi ten metr czterdzieści, żebym nie nazwał go po imieniu, i mówi: "Wyglądasz jak idiota!". Na dzień dobry! Sam w złotym, wywalonym na klatę łańcuchu, jak dla krowy, w rozgogolonej koszuli. W trakcie wywiadu zaczął opowiadać jakieś pokręcone historie, krzyczeć. W dodatku mówił z dziwnym akcentem, ma pochodzenie portorykańsko- filipińskie. Strasznie się wtedy umęczyłem i został mi uraz. Co za gość!

Podczas zdjęć zdarza ci się, że masz ochotę dać komuś w zęby?

- Ostatnio tak miałem. Na Hożej, przed siedzibą TVN-u. Wystawiliśmy tam stół, coś gotowaliśmy. Idzie facet, pali papierosa. Nagle rzuca nim na blat, ja obrywam rykoszetem. No, tu mi nerwy puściły. Pogoniłem za typem. Tacy są odważni, bo myślą, że jak jesteś z telewizji, to nie zareagujesz, bo nie wypada. Wypada, wypada.

Ale może być niebezpiecznie. Podejrzewam, że zdarzyły się i takie sytuacje.

- Kilka. Moja ulubiona: Euro 2012, zamieszki na meczu Polska-Rosja. Idziemy z operatorem do samochodu, całego oklejonego logo TVN - a jakoś, nie wiedzieć czemu, warszawscy kibice za tą stacją nie przepadają. Nagle słyszę: "E, wy, kurwy!". O - mówię - wyhaczyli nas! Pytam: "Panowie, o co chodzi?". A jeden z nich do mnie: "O, w mordę, Zbigniew, to ty!". Nawet nie Zygmunt, zauważ.

- "Słuchaj, jak tyś te koty rozdawał, moja matka płakała!" Chodziło o "koty pocieszenia" o imieniu Zonk w teleturnieju Idź na całość, który prowadził ojciec. A my z tatą jesteśmy podobni. Słyszę: "Zbigniew, ty się musisz z nami napić!". I wyciągają wódę - ciepłą, z mety na pewno. Co robić? Stwierdziłem, że muszę pociągnąć tak, żeby padli z wrażenia i się odchrzanili.

- Wychyliłem za jednym zamachem jedną trzecią butelki, oblizałem się. Powiedzieli, że jeśli kiedykolwiek miałbym problem na mieście, mam się powołać na Pająka i Brunatnego. Nie ma tego złego. Ale kamery nie wyciągnęliśmy, żeby to nakręcić.

Czasem sam stajesz za kamerą...

- Lubię to. Pamiętam jeden materiał z zeszłego roku, mocny i ważny. Jadę autem przez Radom i nagle jakiś samochód zaczyna spychać mnie z drogi, prawie ląduję na poboczu. Najeżyłem się, bo widzę, gość musi być pijany. Od razu włączyłem komórkę, żeby to nagrywać. A facet buja się od bandy do bandy, w końcu skręcił w ślepą uliczkę, ja za nim, postawiłem samochód w poprzek, żeby go zablokować. Dobiegam, wyrywam kluczyki ze stacyjki, dzwonię po policję. A ten mężczyzna zaczyna dziwnie się zachowywać: biega, skacze, rzuca się. Potem krzyczy, że mam dzwonić po pogotowie. Na szczęście była już policja. Skuli go, prowadzą do samochodu. Nagle przybiega jego sąsiadka (okazało się, że podjechał pod swój dom). I tłumaczy, że on jest cukrzykiem! Jeszcze kilkanaście minut i mógł umrzeć.

- Do tego stopnia mnie ta sprawa poruszyła, że wziąłem to nagranie i zrobiłem reportaż. Porozmawiałem z ekspertami, którzy powiedzieli: dokładnie tak wygląda atak cukrzycy. My myślimy, że ktoś jest pijany, a on może przenieść się na tamten świat. Poszedłem dalej. Zrobiłem prowokację. Położyłem się pod centrum handlowym na trawniku, ludzie tabunami walą tamtędy z zakupów. Liczyłem, ile osób się zatrzyma, żeby sprawdzić, co się ze mną dzieje. W ciągu pół godziny zainteresowały się trzy osoby.

Po takich zdjęciach musisz odparować, wziąć kilka dni urlopu?

- Nie. Jestem robotem, męczę się w czasie wolnym. Kult pracy zaszczepił mi ojciec. Powtarzał, że nie ma nic za darmo i że na sukces, pieniądze trzeba tyrać. Przez kilka lat pracowałem za 500 złotych miesięcznie, w liceum zacząłem pisać do "Super Exspressu", potem dla "Newsweeka", "Życia Warszawy". A później dostałem się do Polskiego Radia, gdzie prawie w ogóle nie płaci się stażystom. Nigdy nie narzekałem. I jestem dumny, że mam szacunek do pracy i kasy dzięki ojcu.

- On pochodzi z robotniczej części Pragi. W jego rodzinie nie tylko nikt nigdy nawet nie marzył o pracy w telewizji. Nikt nie miał wyższego wykształcenia. Stary zbudował swoją markę z niczego. W latach 90. był już bardzo popularny. Teleturniej Idź na całość to był szał.

- Ojciec był idolem, ale ja widziałem, jaki ma do tego stosunek. Taka scena: tankujemy na stacji i nagle z autokaru wyskakuje chmara dzieciaków. Ojciec czeka półtorej godziny, aż ostatni podsunie mu kartkę po autograf, ze wszystkimi robi zdjęcia. Zawsze podziwiałem, że mu się chce. Nigdy nie stawiał się ponad innego człowieka.

Dowiedz się więcej na temat: Filip Chajzer

Reklama

Wasze komentarze (47)

Dodaj komentarz Sortuj

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje