Madzia odezwij się do mnie a będę Cie nosił na rękach
rzeczywiście prześliczna, od razu napiszę, że nie jestem less....
Po sukcesie "Różyczki" Kidawy-Błońskiego jej świat się zatrzymał. Musiała dojrzeć emocjonalnie do zamknięcia za sobą kilku etapów życia, zarówno jako aktorka, jak i kobieta. Teraz znowu ruszyła do przodu.
Umawiamy się modnej restauracji w centrum Warszawy. Magdalena Boczarska przychodzi prosto z treningu. Bez makijażu, ubrana w luźne czarne spodnie, białą bluzę. Bardzo szczupła, delikatna. Wygląda młodziej niż na ekranie, jak dwudziestoparoletnia dziewczyna. Uważnie przegląda kartę. Długo się waha, co zamówić, rozmawia z kelnerem, w ostatniej chwili zmienia zdanie.
- Chodzenie ze mną do restauracji to męka, nigdy nie mogę się zdecydować - żartuje. W końcu wybiera śledzia. Na początku zadaje mi pytanie: - Będziemy autoryzować? To dla mnie ważne. Kiedyś udzieliłam wywiadu pewnemu magazynowi, później zobaczyłam tekst, w którym moje słowa zostały całkowicie wyrwane z kontekstu. Próbowałam tłumaczyć to dziennikarce, a ona w odpowiedzi wysyłała mi obraźliwe maile.
Przed naszym spotkaniem czytałam kilka wywiadów z tobą, z których... niewiele można się dowiedzieć.
Magdalena Boczarska: Wywiad to przede wszystkim rozmowa. Jej przebieg zależy również od dziennikarza. Pytanie: jak bardzo można być szczerym? Gdzie leży granica prywatności? Są osoby, które mogą sobie pozwolić na bycie sobą. To wynika z wieku, doświadczenia, dystansu. Na przykład wywiady z Danielem Olbrychskim zawsze są świetne.
“Każdy aktor jest trochę próżny i potrzebuje docenienia, więc i nagrody są ważne. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miała dla mnie znaczenia.”
- Nigdy nie żałowałam, że coś zrobiłam. Decydując się na rolę, ufam swojej intuicji i w tym przypadku też mnie nie zawiodła. Propozycję pracy w "Jak się pozbyć cellulitu?" dostałam jeszcze przed festiwalem w Gdyni, więc byłam wolna od kalkulacji "mam nagrodę i co dalej". Cieszyłam się, że po trudnym filmie, jakim jest "Różyczka" - który mógłby mnie zafiksować na tzw. ambitne kino - będę mogła sprawdzić się w innym gatunku. Osobiście bardzo lubię "Cellulit", to najbardziej profesjonalny projekt, w jakim do tej pory brałam udział, i było mi przykro, że wysiłek tak wielu ludzi nie został doceniony. Chociaż mam świadomość, że nie wszystkim musi podobać się moja praca. Teraz gram w kilku spektaklach równocześnie. Niektóre z nich to wyłącznie rozrywka.
W najnowszym "Henryk Sienkiewicz. Greatest hits" (reż. Krzysztof Materna) w teatrze IMKA wychodzisz na scenę jako pierwsza i przedstawiasz się: "Nazywam się Magda Boczarska. Jestem aktorką. Cenioną aktorką. Dostałam na festiwalu nagrodę za najlepszą rolę kobiecą. Ale nie powiem, żeby działo się najlepiej". To część scenariusza. A poważnie? Co słychać u Magdy Boczarskiej? Nagroda w Gdyni coś zmieniła?
- To trudne pytanie. Każdy aktor jest trochę próżny i potrzebuje docenienia, więc i nagrody są ważne. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miała dla mnie znaczenia. Miłe też były następne: w Indiach, na festiwalu na Goa, później w San Francisco."Różyczka" to w ogóle wiele ważnych chwil w moim życiu. Na premierze Adam Michnik powiedział mi komplement: "Dziękuję pani, bo pani zagrała Polskę. Tak bardzo chciała być kochana, tak bardzo chciała się podobać, tak chciała być szczęśliwa, a tak ją wszyscy pieprzyli". To było mocne! Ale wracając do twojego pytania, to myślę, że o nagrodach trzeba zapomnieć równie szybko, jak się je dostało. Rzadko coś zmieniają.
Czyli nie przełożyło się to na propozycje?- Nie, to znaczy dostawałam propozycje, ale były rozczarowujące. Nie chcę nikogo urazić, bo doceniam, że się do mnie zwrócono, ale uważam, że po "Różyczce" nie wypadało ich przyjąć. Nie chodzi o to, że nie chcę się rozbierać, ale jak czytam, że "wychodzi seksowna spod prysznica", to robi mi się niedobrze. Może "Różyczka" mnie rozpieściła? Ważna jest jakość. Dlatego zdecydowałam się zagrać 33-letnią babcię w "Baby blues" u Kasi Rosłaniec (reżyserka "Galerianek" - przyp. red.). Nieduża rola, siedem dni zdjęciowych, ale niesamowite wyzwanie. Wspomniane role, których odmówiłam, były główne, ale w ogóle mnie nie zainteresowały. Po "Różyczce"wiele osób mówiło mi, że takiej roli - w tym sensie, że taki kaliber, tyle materiału - długo nie dostanę. I nagle okazało się, że jednak przyszła - od Janka Kidawy-Błońskiego.
Nie było to chyba aż tak zaskakujące. W końcu Kidawa poznał twoje umiejętności właśnie przy pracy nad "Różyczką".
Wiedziałam, że chce zrobić film, ale nie sądziłam, że będę w nim grać. Znałam scenariusz, tam była postać osiemnastolatki, więc nie dla mnie. Poza tym myślałam, że Janek chce ode mnie odpocząć. Dużo ze mną przeżył przy "Różyczce" - najpierw zdjęcia, potem rok montażu, później jeździliśmy z filmem. Ale miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć do "Nigdy się nie dowiesz" zadzwonił: "Nie uwierzysz, ale szukam od roku i nie jestem w stanie znaleźć aktorki". Historia lubi się powtarzać, bo Różyczki też szukał dokładnie rok. Z mojego powodu postanowił zmienić scenariusz i z osiemnastolatki zrobił dorosłą kobietę. To jest bardzo ważny film w moim życiu, nie wiem, czy nie najważniejszy.
Dlaczego?
- Na krótko przed rozpoczęciem zdjęć miałam wypadek. Bliskie spotkanie z cysterną na jednym z warszawskich mostów. Miałam dużo szczęścia, z samochodu został tylko mój fotel. Wyszłam z tego obronną ręką, lekarz stwierdził, że mogę grać. Na lekach przeciwbólowych, poklejona taśmami, z pękniętymi żebrami przystąpiłam do pracy. Nie chciałabym mitologizować wypadku, ale to, co przeżyłam, zmusiło mnie, żeby spojrzeć na swoje życie z boku, zweryfikować pewne relacje. To dało mi odwagę i chyba dlatego do tej roli podeszłam tak bezwstydnie. Akcja filmu toczy się w czasie drugiej wojny światowej. Gram starą pannę, wiolonczelistkę zamkniętą w świecie muzyki. To osoba głęboko upośledzona emocjonalnie. Wojna to pretekst, by opowiedzieć historie dwóch kobiet skazanych na siebie w trudnych okolicznościach. To film o gigantycznej samotności, uczuciu, obsesji. Jest parę scen, kiedy wiem, że kompletnie wyzwoliłam emocje. Nigdy wcześniej nie byłam tak brzydka jak w tym filmie. Zero makijażu, tłuste włosy zwinięte w precle, nietwarzowe stroje. Nie mam pojęcia, jaki będzie efekt końcowy, ale dla mnie to cenne doświadczenie. Przekroczyłam kolejną granicę jako aktorka.
Będą sceny erotyczne?
- Bardzo mało, to film o uczuciu. On był trudny w sensie przekroczenia emocjonalności. W "Różyczce" moja nagość była niezbędna, teraz chronię siebie pod tym względem.
W "Różyczce" pięknie wyglądasz, masz zachwycające ciało. Podobno w szkole aktorskiej byłaś pełniejsza.
- Było mnie siedem kilogramów więcej niż teraz, biust D. Kiedy oglądam zdjęcia z tamtego okresu, nie mogę uwierzyć, że to ja. Natomiast przyjaciele wspominają mnie z dużym sentymentem. Mężczyzna, z którym byłam wtedy związana i który przeszedł ze mną etap metamorfozy, śmieje się: "Ale byłaś fajna". Miałam zupełnie inne warunki. Porównywano mnie do Kaliny Jędrusik, w sensie seksapilu.
Na egzaminie do krakowskiej szkoły teatralnej mówiłaś monolog z prozy Wiesława Myśliwskiego: "A puszczałam się, a co".
- Profesorowie musieli mieć ubaw, jeszcze dziecko, a tu takie "wyznanie". Pamiętam, że pan Lubaszenko zapytał: "Ale dlaczego?".
Odchudzałaś się świadomie?
- Nie, schudłam z miłości, zakochałam się i jakoś samo zeszło. Bardzo dbam o ciało, ćwiczę z trenerem. Zabawne, bo w szkole unikałam zajęć ruchowych, baletu.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Kibickami zostały dzięki braciom, ojcom albo mężom. więcej
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia