Przejdź na stronę główną Interia.pl
Serce pali się raz

Zdzisława Sośnicka

Trwało to długo. Wreszcie jestem w jej pięknym domu na skarpie w podwarszawskim Konstancinie. Drzwi otwiera sama Zdzisława Sośnicka. Wokalistka. Gwiazda. Osobowość. Wyszła z cienia. Nie bez powodu.

Jej piosenki znają wszyscy. Nie przesadzam. "Aleja gwiazd" jest jednym z ulubionych utworów prezentowanych przez młodych wykonawców w programach typu talent show. Szkoda, że padło tylko na ten utwór, bo Sośnicka ma w repertuarze więcej dobrych piosenek.

Reklama

Na wywiad umawiamy się u niej w domu. Dużo przestrzeni, za wielkimi oknami widać zadbany ogród. Piosenkarka zaprasza do gabinetu, gdzie na sofie leżą pudełka z wydaną właśnie "Antologią Zdzisławy Sośnickiej". Na początku rozmowy mówi cicho i niewiele. Pod koniec spotkania śmieje się, żartuje i prosi, żeby tylko tego czy tamtego nie pisać.

Dlaczego była pani tak uparta?

Zdzisława Sośnicka: - Nie rozumiem.

Prawie siedem lat namawiałem panią na wywiad.

- Nie miałam takiego powodu jak nowa płyta czy koncert, by spotykać się z dziennikarzami. Teraz to co innego, ukazała się moja antologia. A tak mówić, byle mówić, to nie ma sensu. Nie chcę być celebrytką.

Ludzie chcą wiedzieć, jak żyje ktoś, kogo przez lata podziwiali.

- Ostatni raz wystąpiłam w 2007 roku. Nie powiedziałam jednak, że już nigdy nie zaśpiewam, nie nagram płyty. A wówczas tak pisano.

Potrzebowała pani spokoju?

- Wyciszenia i czegoś więcej. Chciałam znowu zatęsknić za śpiewaniem. Proszę sobie wyobrazić, że przez prawie trzydzieści lat wstawałam rano i to, co mnie czekało, to kolejna podróż, próba, koncert i znowu podróż. Tak nie można żyć. W pewnym momencie organizm mówi "nie" tak głośno, że głowa musi go posłuchać.

Nie po raz pierwszy doszła pani do takiego wniosku. Przed albumem "Magia serc" z 1998 roku też nie nagrywała pani przez kilka lat.

- To też była świadoma decyzja. Pracy podporządkowałam wszystko. Oddawałam się jej w stu procentach, bo uważam, że tylko wtedy odnosi się sukces. Inaczej się przegrywa. Było to kosztem rodziny, przyjaciół. Chciałam więc posmakować czegoś innego.

Udało się?

- Oczywiście. Nagle okazało się, że mogę rano spokojnie wstać, napić się zielonej herbaty, zobaczyć w internecie, co dzieje się na świecie. A potem pojechać na wał i popatrzeć na Wisłę. Dziś tam byłam, przedwczoraj też. Mogę wyjść do ogrodu, poczytać książkę, włączyć płytę. Obejrzałam wszystkie filmy, których nie miałam okazji zobaczyć, a jestem wielką kinomanką.

Spotkałem panią też w teatrze Krystyny Jandy.

- Lubię Polonię i koncerty, które tam się odbywają. Byłam na występie Michała Bajora...

A słuchając Michała, nie miała pani ochoty stanąć po drugiej stronie rampy?

- Żadnych decyzji nie podejmuję pochopnie. Do przerw, jakie robiłam sobie w życiu zawodowym, zawsze przygotowywałam się psychicznie. Również pracowałam, bo angażowałam się w działalność naszej rodzinnej firmy. Jestem inwestorem...

Stawała się pani kobietą interesu?

- Inwestowanie nie jest proste. Zaczęłam w 1998 roku. Na początku mało ryzykowałam. Mąż śmiał się ze mnie, że bawię się jak w przedszkolu. A ja zaczęłam uczyć się coraz więcej. Obracałam niewielkimi sumami, szłam małymi kroczkami. Potem, kiedy trzeba było naprawdę się wykazać i zainwestować sporo pieniędzy, to robiłam to z drżeniem serca. Ale trafiałam na dobre okresy i pięknie wychodziłam nawet z kryzysowych sytuacji.

Sukces?

- Niewielki, ale zawsze. Małe porażki też mi się zdarzały. W 2008 roku w ostatnim momencie zrezygnowałam z inwestycji, które nie skończyłyby się dobrze.

Dla odprężenia siadała pani przy pianinie i śpiewała?

- Rzadko. Częściej komponowałam. Tak w ramach prezentu.

Dziś pani mąż ma urodziny. Napisała pani coś dla niego?

- Wyjątkowo nie. Jerzy jest tak zasłuchany w "Antologię...", że tym razem było to niepotrzebne. Kupiłam mu w prezencie urządzenie, dzięki któremu może sterować nagraniami z telefonu niezależnie od tego, gdzie na terenie domu się znajduje.

Skoro pani głos po latach robi wrażenie na mężu, to nie ma co się dziwić, że dziennikarze piszą dziś o pani: "kultowa postać popkultury"...

- Trochę przesadzona opinia.

Jest pani lubiana w środowiskach gejowskich. Wiedziała pani o tym?

- Tak, i bardzo to sobie cenię.

Przed warszawską Cafe Kulturalna widziałem przebranych za panią mężczyzn, którzy śpiewali z playbacku "Pożegnanie z bajką".

- Tę piosenkę pięknie zremasterowałam podczas przygotowywania "Antologii...". Bardzo cenię sobie sympatię gejów. To ludzie niezwykle wrażliwi.

Lubi pani swój głos?

- Powinnam go lubić, bo spełnił moje marzenia. Głos sprawił mi wielką niespodziankę. Długo nie wiedziałam, że mam takie możliwości. Kształciłam się na pianistkę, a śpiewałam tylko na zajęciach z emisji głosu.

Kto pierwszy powiedział: "Pani ma głos"?

- Podczas akademii w żeńskim Liceum im. Anny Jagiellonki w Kaliszu (dziś imienia Mikołaja Kopernika - red.) byłam akompaniatorką. Jedna z koleżanek zachorowała i tak okropnie śpiewała, że w końcu westchnęłam: "Nie mogę tego słuchać". Profesorka, która nas nadzorowała, usłyszała to i powiedziała: "Jak jesteś taka mądra, to sama zaśpiewaj". Trochę się zawstydziłam i zdenerwowałam. "Proszę bardzo", odpowiedziałam. Kiedy skończyłam, stwierdziła, że od tej pory będę występowała jako wokalistka. Potem ktoś z liceum męskiego zaprosił mnie do zespołu bigbitowego.

I się zaczęło.

- Kolejne zespoły, występy, zaproszenia na koncerty.

Miała pani wykształcenie muzyczne - to pomagało.

- Naturalnie. Muzyką zainteresowała mnie mama. Zaprowadziła na egzamin do szkoły muzycznej. Przez jakiś czas ćwiczyłam pod jej okiem.

Gdy zaczęła pani odnosić pierwsze sukcesy wokalne, była z pani dumna?

- Mama marzyła o tym, że zostanę pianistką. Kiedy w dziewiątej klasie w szkole muzycznej dostałam stypendium chopinowskie, wróżyła mi karierę muzyka. "Podśpiewywać sobie możesz na boku", mawiała. Jakiejś aprobaty dla moich prób wokalnych, czy nawet ich oceny, nie usłyszałam.

Jaki był pani dom w Kaliszu?

- Ukształtował mnie. Nauczył szacunku do pracy, punktualności i dyscypliny. Miałam dwie szkoły i musiałam żyć tak, żeby wszędzie zdążyć i być przygotowaną. Do ojca przychodziło wiele osób po radę i przedyskutować swoje problemy. Zamykali się wtedy w pokoju. Pytałam, o co chodzi. "To są trudne sprawy", słyszałam. Nie wiem, dlaczego przychodzili do niego. Nigdy się nie dowiedziałam.

Kim była dla pani mama?

- Drogowskazem. Dziś mogę powiedzieć, że zawdzięczam jej wszystko. Stanowi dla mnie przykład niespotykanie zaradnej kobiety. Nie byliśmy zamożni, a jednak nigdy nie usłyszałam, że na coś brakuje pieniędzy. Z drugiej strony, nie mieliśmy wygórowanych potrzeb, bo czasy były ciężkie.

Gdzie mieszkaliście?

- W starej kamienicy. W środku było patio, ludzie sadzili tam trawę, kwiaty. Było kolorowo, mimo że za oknem trwał PRL. A ja grałam na fortepianie.

Sąsiedzi nie mieli dosyć?

- Nie skarżyli się, chyba to lubili.

Była pani sumienną uczennicą czy raczej się buntowała?

- Nie byłam krnąbrna.

Ma pani dziewiętnaście lat i jedzie do Krakowa na festiwal studencki...

- Zanim to się stało, śpiewałam z zespołami bigbitowymi. Na przykład z Alabamą. Kiedyś kupiłam sobie bilet na koncert Czerwono-Czarnych. Przyszłam, usiadłam w czwartym rzędzie. Nagle pojawia się moich dwóch kolegów i proszą, żebym poszła z nimi za kulisy. Okazało się, że na tym koncercie odbywa się konkurs, w którym nagrodą jest udział w festiwalu młodych talentów w Szczecinie. Wystąpiliśmy, oni się nie zakwalifikowali, ale ja tak.

Ma pani już wtedy jakiś pomysł na życie?

- Myślę tylko o skończeniu studiów. Zdaję na teorię muzyki w Poznaniu. Brakuje mi punktów. Profesor Stefan Stuligrosz, który był obecny podczas egzaminów, proponuje, żebym została na uczelni na wydziale dyrygentury chóralnej.

Kiedy decyduje się pani śpiewać zawodowo?

- Podczas studiów występowałam w teatrze studenckim Nurt. Na pierwszym roku pojechałam na studencki festiwal piosenki do Krakowa i zdobyłam pierwszą nagrodę. To mnie trochę oszołomiło, bo zaczęłam dostawać propozycje udziału w koncertach. Nie traktowałam tego poważnie, ale jeździłam. Po studiach zaczęłam zastanawiać się co dalej. Nie chciałam całkowicie rezygnować ze śpiewania. Dałam sobie dwa lata. Śpiewałam, gdzie się dało, poznawałam ludzi, ktoś napisał mi piosenkę. Zaczęli zajmować się mną "profesjonaliści", którzy nie znali się na tekstach, aranżacjach, muzyce - oni tylko organizowali jak największą liczbę koncertów. 

Dowiedz się więcej na temat: Zdzisława Sośnicka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje