Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rób, co chcesz

Dziś zajmuje się pani problemami kobiet, w przeszłości jednak publikowała pani tylko w męskich magazynach. Kiedyś mężczyźni byli dla pani ważniejsi?

Reklama

- Dziesięć lat temu na pewno tak. Zawsze świetnie się przy nich czułam i starałam się być w ich towarzystwie. Nigdy nie zgadzałam się z tezą, że "mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus". Wcześniej, jako dwudziestolatka miałam zresztą obsesję na punkcie facetów. Zakochiwałam się w nich bez pamięci, zachwycona ich wolnością.

- Gdy myślę o wszystkich mężczyznach, z którymi byłam, dochodzę do wniosku, że ich nie kochałam, po prostu chciałam być taka jak oni. Pragnęłam ich pewności siebie, siły, umiejętności, swobody. Imponował mi męski brak kompleksów i obaw, przeświadczenie o własnej atrakcyjności. Podziwiałam facetów za to, że mogą wszystko powiedzieć, do każdego dotrzeć. Według mnie jeszcze kilkanaście lat temu kobiety obawiały się wszystkiego, nie wierzyły w siebie...

Kiedy więc nastąpiła "wielka zmiana"?

- Gdy moje życie zaczęło się walić. Rozpadło się moje małżeństwo, a kolejne historie miłosne były porażkami. Przestałam koncentrować się na facetach, zaczęłam dbać o siebie. Pojechałam w podróż do Włoch, Indonezji, by zastanowić się mad sensem życia. Tę podróż opisałam właśnie w "Jedz, módl się, kochaj".

Szukała pani celu, a na Bali znalazła pani obecnego męża. Czy to jemu zwierza się teraz pani ze wszystkiego, czy może najlepszej przyjaciółce?

- W ogóle staram się nie używać określenia "najlepszy przyjaciel". Znam mnóstwo kobiet, które straciły przyjaciółki, bo zmieniło się ich życie osobiste - założyły rodziny, związały się z nowymi partnerami, rozstawały albo schodziły się z nimi ponownie.

Uważa pani, że gdy wchodzimy w związki, rodzimy dzieci, to odrzucamy kobiecą przyjaźń?

- Jesteśmy bardziej zdystansowane, wybiórczo dobieramy ludzi. Trudno jest nam utrzymać przyjacielskie relacje, bo jedna z nas przeważnie czuje się zdradzona, opuszczona. Ja byłam w życiu po obu stronach, rezygnowałam z przyjaźni albo ze mnie rezygnowano.

A czy teraz poświęca pani wystarczająco dużo uwagi mężowi i przyjaciołom?

- Z José jesteśmy razem częściej niż inne pary - nie pracujemy w korporacjach, nie mamy dzieci. Uwielbiamy wspólnie gotować, dyskutować i pić wino. Mąż ma włoskie korzenie, to świetny kucharz - jest nie tylko moim ulubionym szefem kuchni, ale wszystkich w okolicy. Zaproszenie na kolację w naszym domu jest dla znajomych najważniejszą informacją dnia. Uwielbiam być z José, ale muszę mieć przestrzeń tylko dla siebie - jej brak jest chyba jedynym minusem małżeństwa. Często ćwiczę jogę i jeśli nie piszę, każdego dnia wiele godzin spędzam z psem. To zresztą mój najlepszy kumpel, do którego często mówię.

W "I że cię nie opuszczę" dochodzi pani do wniosku, że kobiety, które tak jak pani nie mają dzieci, są bardziej empatyczne. Nazwała się pani nawet "ciotką świata" - co to oznacza?

- Przecież nawet w żartach to właśnie ciotka, która nigdy nie wyszła za mąż, najbardziej troszczy się o wszystkich w rodzinie. Za to każda matka musi poświęcić całą uwagę dzieciom, inaczej byłaby uznana za złego rodzica. Nawet najgorsza, najbardziej leniwa mama ma o wiele więcej obowiązków niż ja. Dlatego ja, z całą masą niewykorzystanej energii, zajmuję się wszystkimi wokół. Napisałam, że w dziejach to właśnie bezdzietne kobiety częściej poświęcały się społeczeństwu. To one były pielęgniarkami, nauczycielkami, prowadziły sierocińce. Potrzebujemy ich.

- A ja po opublikowaniu "Jedz, módl się, kochaj" mam mnóstwo pieniędzy, których nie mam na kogo wydawać. Sponsoruję więc utalentowanych młodych artystów. Wspieram rodziców, którzy nie mogą sobie pozwolić na wysłanie dzieciaków do szkół. Chcę zburzyć stereotyp myślenia o kobietach, które nie mają potomstwa, że są zgorzkniałe i sfrustrowane. Nikt nie mówi o tym na głos, ale prawda jest taka, że są kobiety, których przeznaczeniem rzeczywiście jest macierzyństwo, ale są też takie, które nigdy nie powinny mieć dzieci. Tragedia dzieje się wtedy, gdy na siłę chcemy wejść w role, do których zupełnie się nie nadajemy.

Mężczyźni są albo odchodzą. Przyjaźnie zawiązują się i kończą. Nie obawia się pani, że bez dziecka zostanie sama?

- Przepraszam za te słowa, ale znam matki, które są najbardziej samotne na świecie. Nigdy nie będę się tak czuć. Mam mnóstwo znajomych na całym świecie. Zawsze znajdę cel i zajęcie, bez względu na to, czy obok będzie mąż, przyjaciółka. Na pewno jest mi łatwiej niż innym, bo w momentach kryzysu mam swoje książki.

Pani nazwisko znalazło się na liście stu najbardziej wpływowych kobiet wszech czasów tygodnika "Time".

- Niezbyt poważnie traktuję takie rankingi. Oczywiście, była to dla mnie niespodzianka i zaszczyt, ale w roli "najbardziej wpływowej" nie czuję się komfortowo. Otworzyło się przede mną mnóstwo możliwości, które diametralnie mogły zmienić moje życie. A ja nie chciałam prowadzić żadnych talk-show czy międzynarodowych konferencji. Nie dlatego, że taka praca mi nie odpowiada - to po prostu nie jest moja ścieżka. Jestem pisarką, której przydarzyło się napisać bestseller.

Moja koleżanka po lekturze "Jedz, módl się, kochaj" zmieniła życie, rzuciła pracę i założyła własny biznes. Kobiety oczekują od pani rad - to duża odpowiedzialność...

- Nie chcę dla nikogo być mentorem. Nie mam do tego ani prawa, ani predyspozycji. Miałam za to - w przeciwieństwie do innych kobiet - trzy lata, które mogłam poświęcić na czytanie, przygotowywanie się do książki. Napisałam o małżeństwie, bo się go obawiałam. Jeśli ktoś znajdzie w mojej książce wskazówkę dla siebie, będę się cieszyć. "I że cię nie opuszczę" nie jest jednak przepisem na udany związek.

Miała pani wpływ na ekranizację książki? Premiera w sierpniu - w pani rolę wcieliła się Julia Roberts, a pani mężem jest Javier Bardem.

- Gdy się dowiedziałam, kto ma nas zagrać, myślałam, że to żart. To piękni ludzie, a my przecież nie jesteśmy tak atrakcyjni jak oni.

Widziała już pani film?

- Tak i płakałam. To ujmująca historia o tym, że każda z nas może robić w życiu, co zechce. Wiele kobiet o tym zapomina, bo zajmujemy się uszczęśliwianiem innych. Pamiętajmy, że cokolwiek robimy, jest dobre. Nie ma nic nienormalnego w tym, że czasem komplikujemy sobie życie, że się rozwodzimy, że ponosimy porażki, że nie potrafimy się pozbierać. Cieszę się, że otwarcie mówię o tym w swoich książkach. I że w filmie opowie o tym Julia Roberts.

Rozmawiała Dagmara Wirpszo

Twój Styl, nr 6/2010

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje