Przejdź na stronę główną Interia.pl

Prawie jak Bridget Jones

Rozlicza się z życiem. Nie zawsze jest na plus. Wydała nowy album "Bawię się świetnie", na którym szczerze śpiewa o sobie. I choć to jej piąta płyta, choć wcześniej dostała osiem Fryderyków, nadal jest niepewna siebie i przed wyjściem na scenę robi jej się słabo. Ania Dąbrowska racjonalistka nie wierzy w cudowne zrządzenia losu i wie, że na szczęście trzeba zasłużyć. Codziennie więc pracuje na swój sukces — matki, partnerki, artystki. W takiej właśnie kolejności.

Twój STYL: Kiedy ostatnio czułaś się bezgranicznie szczęśliwa?

Reklama

Ania Dąbrowska: Gdy się dowiedziałam, że jestem w ciąży. Jestem szczęśliwa każdego dnia, ale czy totalnie? Raczej stabilnie, bez euforii. Mam wspaniałą rodzinę, pracę, która daje mi dużo satysfakcji, no i wreszcie dom z niedużym ogródkiem, długo o nim marzyłam. Nie mam powodów, by narzekać. Umiem też korzystać z życia, bawię się raz lepiej, raz gorzej, zależy, na co mi to życie pozwala.

"Bawię się świetnie" to tytuł twojej nowej płyty. Przewrotny, bo śpiewasz o zawiedzionych nadziejach, kryzysach w związku. W wielu momentach brzmisz gorzko.

- Nagrałam najbardziej osobistą płytę, na której skupiłam się głównie na tekstach. Po raz pierwszy poczułam, że mam coś ważnego do przekazania moim rówieśniczkom. Postanowiłam skończyć z przebierankami i ukrywaniem się za wymyślonymi postaciami. Fajnie było eksperymentować ze starymi brzmieniami, stylizować się na dziewczynę z tamtych lat, gdy byłam dwudziestolatką, bo wtedy sama nie do końca wiedziałam, kim jestem. Dziś mnie - matkę, trzydziestojednoletnią kobietę, ukształtowaną babę - uwierają wszelkie maski. Na nowej płycie dzielę się tym, co mnie frapuje, boli, nie daje spokoju. W większości utworów śpiewam o sobie.

Zacytuję: "Z biegiem lat blednie twarz, oczy szklą się już nie tak...". Nie za wcześnie rozstajesz się z młodością?

- Młodość to beztroska, która już mnie nie dotyczy. Zauważam też, że moje ciało się zmienia, więc zaczynam powoli machać młodości na pożegnanie, jeszcze tak zupełnie nie tracąc jej z oczu. Czas, kiedy miałam 20 lat, wspominam z nostalgią, ale i ze złością, bo trochę go przebimbałam. Byłam zbyt konsumpcyjnie nastawiona do życia, chciałam się bawić, chłonąć świat, trochę zapomniałam o pracy i rozwijaniu talentu.

Co dwa lata wydawałaś płyty, które stawały się hitami, masz osiem Fryderyków. Czego ci żal?

- Zacytuję Kaśkę Nosowską z jednej z piosenek: "wczoraj znów płakałam, że nie umiem na skrzypcach grać". Trochę żal czasu, który mogłam lepiej wykorzystać. Żałuję, że byłam zbyt leniwa, by nauczyć się grać na instrumentach, szkolić głos. Gdyby wtedy więcej mi się chciało, dziś znałabym kilka języków.

Odniosłaś duży sukces bez podlizywania się mediom, chodzenia na bankiety w wysokich szpilkach. Przy promocji nowej płyty nie zrezygnujesz z wizerunku zwyczajnej dziewczyny?

- To, jaka jestem publicznie, nie jest przemyślaną strategią ani planem marketingowym. Jest przede wszystkim konsekwencją moich kompleksów, tego, że nie czuję się dobrze w towarzystwie pięknych, wypachnionych ludzi, bo powodują, że myślę o sobie jeszcze gorzej. Jestem nieśmiała. Gdy już wyjdę na jakiś bankiet, od razu szukam osób, które dobrze znam. Nie umiem prowadzić kurtuazyjnej gadki, nie lubię sztucznych sytuacji i bankietowych przyjaźni. Przed fotoreporterami też najchętniej bym zwiała. Z tego powodu rzadko bywam i nie jest to wynik pogardy dla tego typu imprez, choć wiem, że moje zachowanie bywa tak odbierane.

Wciąż jesteś dziewczyną, której przed wyjściem na scenę robi się ze strachu słabo?

- Niewiele się zmieniło. Uwielbiam komponować, pisać teksty, pracować w studiu, ale występ na żywo sporo mnie kosztuje.

Nie pomaga kieliszek wina?

- Jeden na pewno nie, a po kilku mogłabym zapomnieć tekstu na scenie. (śmiech) Zresztą ja po winku nie zmieniam się w showmankę, może tylko trochę więcej się ruszam i głośniej śmieję.

Psychologowie uczą, że należy kochać siebie. A ty psychologię skończyłaś.

- Ciężko mi kochać siebie, gdy jestem w swoim ciele. Choć przerobiłam już chyba wszystkie diety, nie osiągam idealnego efektu, bo nie mam silnej woli. Lubię jeść, smakować, a smakuje mi prawie wszystko: od ostryg przez krewetki, skończywszy na mielonych z ziemniakami i tartymi buraczkami na ciepło. Prawie codziennie obiecuję sobie: od dziś się za siebie wezmę. Efekty są jak u Bridget Jones. (śmiech) 


Bywają chyba dni, kiedy czujesz się dobrze ze sobą? Twój facet nie próbuje wybić ci z głowy kompleksów?

- Mam poczucie, że w pełni mnie akceptuje, ale czasem myślę: "może jest po prostu wyrozumiały"? Pewnie w normalnych warunkach miłość uleczyłaby moje kompleksy chociaż częściowo. Oglądałabym siebie tylko na zdjęciach z wakacji, gdy jestem opalona, wypoczęta, i tylko na tych, których nie skasowałam. Ale ja widzę te zrobione znienacka, które krążą po sieci.

- Gdy zobaczyłam siebie w programie The Voice of Poland - to był cios w twarz. Nagle zrozumiałam sens pracy speców od kreowania wizerunku, którzy podpowiedzą, jak się ubrać, jak siadać, jak się zachowywać, żeby wyglądać sympatycznie. Jeśli zdarzyłaby mi się jeszcze kiedykolwiek taka telewizyjna rola, pewnie poprosiłabym o pomoc fachowca.

Kto oprócz ciebie jest twoim najsurowszym krytykiem?

- Ludzie, z którymi pracuję od lat, nie szczędzą mi pochwał, ale też są bardzo krytyczni. Potrafimy kłócić się, nie przebierając w słowach. To dość specyficzna współpraca, nie każdy mógłby się odnaleźć. (śmiech) Moja mama też potrafi dorzucić trzy grosze. Jest ze mnie dumna i chciałaby, żebym wyglądała jak gwiazda z czerwonego dywanu! Niedawno kupiłam jej tablet, nauczyła się korzystać z internetu, więc teraz wchodzi na różne plotkarskie portale i czyta, co o mnie wypisują na forach. Emocjonuje się tym bardzo. 

Jesteś dla mamy finansowym wsparciem?

- Tak, cieszę się, że mogę czasem zrobić jej prezent, którego sama by sobie nie sprawiła. Kilka lat temu wysłaliśmy z Józkiem nasze mamy do spa. Wróciły promienne i zachwycone.

Na co stać artystkę twojego formatu?

- Mogę pozwolić sobie na dość duży komfort psychiczny związany ze stanem konta. Od wydania pierwszej płyty nie straciłam płynności finansowej, choć jestem rozrzutna i nie potrafię oszczędzać, może dlatego, że przez lata nie powodziło mi się najlepiej.

A przyjemności luksusowe dziś? Na co sobie pozwalasz?

- Chloé to marka, do której mam wielką słabość. Te sukienki z kołnierzykami przywołujące lata 60.! Ach! Na szczęście i ja, i oni odchodzimy już od tej stylistyki, więc rzadziej mnie kusi, żeby coś zamówić. Kupuję dużo ciuchów przez internet. Czasem, jeśli widzę coś pięknego, ale nie dla mnie, kupuję siostrze albo koleżankom w prezencie.

- Moją ukochaną stolicą modową jest Londyn. Tęsknię za tamtejszymi sklepami z ciuchami, second-handami z płytami winylowymi, za wieczorem w pubie albo klubie na koncercie. Od narodzin syna nie znalazłam czasu, żeby tam polecieć.

Jak macierzyństwo zmieniło kobietę, która o czułych gestach mówiła w wywiadach: "to sentymentalne bzdury"? 

Czytaj dalej na następnej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: Ania Dąbrowska | macierzyństwo a kariera | Bridget Jones | wywiady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje