Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pakt z aniołem

W wieku 63 lat można mieć wszystko: otrzymywać atrakcyjne role, wychowywać dzieci, wzbudzać zainteresowanie młodszych mężczyzn. Ryzykowna teza? Susan Sarandon dowodzi, że prawdziwa.

Kiedy miała już wszystkiego dość, po prostu wsiadła do samochodu i... odjechała. Tak było, co prawda, w filmie "Thelma i Louise", ale mogłoby przydarzyć się i w prawdziwym życiu Susan Sarandon.

Reklama

Rudowłosa aktorka o oczach jak z komiksu mangi uwodzi otwartością. Jakieś przykłady? Przyznaje się do eksperymentów z narkotykami: "Był okres w moim życiu, kiedy podawałam wszystko w wątpliwość. Meskalina pozwalała mi szukać odpowiedzi". Mówi o aborcji: "Miałam dwadzieścia lat. Związałam się z nieodpowiednim człowiekiem. Wiedziałam, że dziecko z nim nie byłoby właściwą decyzją".

Wreszcie analizuje romans ze słynnym reżyserem Louisem Malle'em: "Wkrótce po naszym rozstaniu ożenił się z Candice Bergen. Musiał się z nią spotykać, gdy jeszcze był ze mną. Ale nie będę sobie zaprzątać głowy chronologią". Dziś szczerość wobec siebie i innych procentuje.

Sarandon wydaje się zrelaksowana, jakby rozbawiona pytaniami o tajemnicę swojej energii. Kiedyś twierdziła, że zawdzięcza ją partnerowi, reżyserowi Timowi Robbinsowi... Poznali się na planie filmu "Bull Durham", Susan miała 42 lata, a Tim - 30. "Ja byłam już wtedy na etapie kupowania porcelanowych serwisów do kawy i słuchania wieczorem płyt Barbry Streisand z kieliszkiem wina w dłoni, a on biegał na koncerty "Guns N' Roses", nosił skórzaną kurtkę i jeździł na motorze. Uświadomił mi, że za wcześnie chcę się zestarzeć".

Ale dziś ten powód wiecznej młodości jest nieaktualny, bo para właśnie ogłosiła, że się rozstaje. Podobno przyczyną jest jeszcze młodszy mężczyzna... Prawda to czy fałsz? Nie wiadomo. Pewne jest jedynie, że Sarandon mistrzowsko opanowała umiejętność kompletnej transformacji swojego życia. Także zawodowego.

Najpierw zwracała uwagę seksapilem ("Pretty Baby", "Zagadka nieśmiertelności"). Krytycy zachwycali się... jej piersiami, a "Playboy" ogłosił je nawet biustem dekady. "Myślę, że ta ocena była mocno zawyżona", mówi skromnie Susan. W latach 90. z emanującego erotyzmem kociaka stała się matką ("Olej Lorenza", "Mamuśka") i zdesperowaną gospodynią domową ("Thelma i Louise").

W filmie Petera Jacksona "Nostalgia anioła" ("Lovely Bones"), według powieści Alice Sebold, zagrała... niekonwencjonalną babcię. Na promocji filmu w londyńskim hotelu "Claridge's" Susan w granatowym swetrze, koszulowej bluzce i wygodnych butach na płaskim obcasie wydawała się antyikoną mody. Jednak gdy zaczęła mówić, jak nikt potrafiła skupić na sobie uwagę. To chyba jest prawdziwy seksapil?

"Twój Styl": Hollywood karze aktorki tylko z jednego powodu: że stają się stare i grube. To pani słowa. Czy jest sposób, by uniknąć tej kary?

- Tak, nie pracować w Hollywood... A serio? Myślę, że tym, co pomaga zachować mi zdrowie psychiczne, są moje hipisowskie korzenie. Wszyscy kojarzymy ten okres z zasadą "sex, drugs and rock'n'roll", ale pokolenie lat 60. oprócz wyzwolenia seksualnego i eksperymentów z narkotykami szukało też prawdziwej duchowości. W moim przypadku był to czas dzikości, szaleństwa, ale też rodzaj ucieczki od własnego ego. Choć wcześniej też nie skupiałam się przesadnie na sobie. Byłam najstarsza z dziewięciorga rodzeństwa, a na naszej ulicy mieszkały rodziny z dwadzieściorgiem dzieci. To nie sprzyja roztkliwianiu się nad własnym ja.

"Starzenie to sztuka". Naprawdę pani tak uważa?

- A jaką mam alternatywę? Inna rzecz, że wydaję się sobie młodsza niż wynika to z mojej metryki. Większość ludzi po czterdziestce traci impet, dzieci dorastają, kariera przestaje cieszyć. Usiłują utrzymać to, co mają, zamiast iść dalej. U mnie w tym wieku właściwie wszystko się zaczęło.

Wszystko, czyli co?

- Zagrałam w "Thelmie i Louise", urodziły się moje dzieci. Gdy byłam w ciąży z Evą, myślałam, że wszystko wiem, wszystko widziałam. "Jest jedna rzecz, w której jestem nowicjuszką. To macierzyństwo", pomyślałam wtedy. Dziś Eva ma 24 lata, jest już zawodową aktorką. Są też młodsi chłopcy - Jack ma 20 lat, a Miles 17. Dzięki temu, że urodziłam ich późno, poświęciłam im wiele czasu. Dorastanie dzieci zbiega się zwykle z kryzysem wieku średniego ich rodziców. U mnie jest spokojniej. Nie mam syndromu pustego gniazda. Szkoda czasu, gdy mam przed sobą kilka dobrych lat.

Jak chce je pani wykorzystać?

- Chciałabym jeździć po świecie, zaangażować się w politykę. Niedawno wróciłam z podróży z Michelle Obamą. Ale... Miles nadal chce, bym była w domu. Byłam zszokowana, gdy odkryłam, że czuje się zagubiony, gdy mamy nie ma przy nim...

Jest pani gotowa na wnuki?

- Modlę się, żeby ich... nie mieć. Nie ze względu na siebie, ale ze względu na Evę. Chcę, by cieszyła się młodością, możliwościami, a nie zakładała rodzinę. Eva miała dwa poważne związki. Nic z tego nie wyszło. Chłopcy z trudem próbują zrozumieć, o co chodzi w relacjach damsko-męskich. I dobrze, bo dziecko wszystko zmienia, to zobowiązanie, z którego nie można się wycofać. Ostry trening. Ja czuję się bardzo wytresowana: cały dzień ustawiam tak, by odwieźć synów na zajęcia, przygotować im lunch itp. Czuję się ich zakładniczką. Całe szczęście, że chłopcy są tak zabawni, że się z nimi nie nudzę. Dlatego jeszcze ich przy sobie trzymam. Nie wiedziałabym, jak traktować dzieci pozbawione pasji.

Pełne pasji są pani role. O ostatniej w "Nostalgii anioła" krytycy piszą, że to rodzaj "komicznej ulgi" w trudnej historii o żałobie.

- Tak, wcielam się w dość ekscentryczną kobietę, która scala rodzinę po tragicznej śmierci wnuczki. Ten film to opowieść o największym ludzkim strachu. Kiedy masz dzieci, ludzie mówią, że to szczęście, radość. Nikt jednak nie wspomina, że zaczynasz się non stop martwić: o ich bezpieczeństwo, przyszłość. Gdy urodziłam córkę, długo czułam przerażenie... Wszystko wydawało mi się takie kruche. Minęło sporo czasu, zanim zrozumiałam, że muszę zaufać wszechświatowi, że moje dzieci poradzą sobie beze mnie.

Mówiąc wszechświat, ma pani na myśli Boga, siłę wyższą?

- Wierzę w rodzaj energii, jaka zostaje po nas, gdy ciała już nie ma. Ostatnio dyskutowaliśmy z Milesem o tzw. bólach fantomowych. Że możesz stracić rękę czy nogę i nadal czuć ból z niej płynący. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, i w końcu potraktowaliśmy to jak dowód na istnienie duszy. Wydaje mi się, że w przyrodzie nic nie może zostać bezpowrotnie zniszczone. Ale nie jestem wyznawczynią konkretnej religii. Wszystkie wierzenia wydają mi się ograniczające, dostosowane do naszej wyobraźni. Za każdą religią ukrywa się nie Bóg, ale nasza inteligencja.

Wierzy pani w siłę jednostki. W to, że można wykorzystać własną karierę, a nie dać się wykorzystać.

- Rzeczywiście, nie wstydzę się, że jestem celebrytką. Byłam kiedyś w Tanzanii w ramach akcji przeciw rozpowszechnianiu się AIDS wśród dzieci. Jeden z niemieckich dziennikarzy zapytał mnie z pretensją: "Ale dlaczego pani nocuje w hotelu, a nie w chacie z trawy?". Wkurzył mnie. Nie chodzi o to, bym od spania na ziemi miała siniaki, tylko by nazwisko Sarandon było wabikiem marketingowym. Ja tak właśnie je traktuję.

Agnieszka Filas

"Twój Styl" 03/2010

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje