Przejdź na stronę główną Interia.pl
Odnaleźć w sobie dziewczynę

Roma Ligocka

A kogo pani widzi przeglądając się w lustrze?

Reklama

- Różnie. Rano bardzo często widzę moją babcię, do której jestem podobna - miała ciemne "koralikowe" oczy, zginęła tragicznie w Bełżcu w komorach gazowych. Później, gdy biegnę na jakieś spotkania, widzę zaangażowaną osobę, która jeszcze ma coś do powiedzenia. Czasem, gdy się ładnie ubiorę i pomaluję, myślę sobie: nieźle. Gdy wracam z siłowni widzę w lustrze wszystko to, co jeszcze jest do zrobienia. Rozmawiam z lustrami, one są bardzo energetyczne, poszerzają przestrzeń. Pokój bez lustra jest zamknięty, a ja się boję zamknięcia.

W moich lustrach widać dachy domów Krakowa, niebo - wystarczy spojrzeć w lustro i widzę przestrzeń. Lustra otwierają świat. W jednym z opowiadań opisuję moje mieszkanie krok po kroku: moją kuchnię,  biurko, lustra, nawet sukienki. Tendencja w literaturze jest taka, że pisze się o odległych rzeczach a nie o sobie, o ekstremalnych sytuacjach, nie pisze się natomiast o codzienności. Wydaje nam się, że tylko jakieś dramatyczne, spektakularne sytuacje są ważne, natomiast nasze codzienne życie, to , co nas tworzy wydaje nam się niegodne opisania. Staram się zogniskować moje pisanie na sobie, świecie, który mnie otacza i zwykłych ludziach, np. opowiadanie "Trzecie dziecko Moniki"- wielka ludzka sprawa opowiedziana przy kieliszku wina. Ciekawość świata i ludzi to jest coś w tej książce bardzo istotnego.

Na spotkania z panią przychodzą czytelnicy, którzy dzielą się swoimi problemami, otwierają się przed panią. Nie czuje się pani przytłoczona tymi wszystkimi sprawami?

- Przychodzą rzeczywiście tłumnie, z czego się bardzo cieszę i rzeczywiście opowiadają. Czytelnicy wiedzą, że jestem wobec nich szczera i to jest odpowiedź na tę szczerość. Oni czują, że mnie to, co do mnie mówią naprawdę interesuje, że ja naprawdę słucham. To jest dla mnie zaszczyt, że ludzie przychodzą - mogliby zostać w domu, a jednak chcą się ze mną spotkać. Za to mogę tylko podziękować. To jest wspaniałe, ale nie mam powodu specjalnego do dumy, bo to sytuacja podobna do tej, jaką ma lekarz, jeśli swój zawód traktuje poważnie lub ksiądz, gdyby traktował swój zawód poważnie. Pokonujemy - ja i moi czytelnicy - dystans, który dzieli pisarza i czytelników - wytwarza się między nami prawdziwa, choć niestety krótkotrwała bliskość i intymność

Czytelnicy chcą skorzystać z pani doświadczenia życiowego, a pani zdaje się mówić : nie mam żadnego doświadczenia, chcę patrzeć na świat, jakby był dla mnie czymś nowym.

- Może starość zaczyna się nie tylko od niedzielnego obiadu, ale od rutyny, kiedy mechanicznie przyjmujemy to, co nam życie ofiaruje i uważamy, że jeżeli już coś było, to jest bez znaczenia. Taka jest starość, nie chłoniemy życia, nie cieszymy się tym, co nas spotyka , przyjmujemy to za oczywiste i powtarzalne, a nic w życiu nie jest powtarzalne, ani żaden człowiek, ani żadna miłość, ani zachód słońca czy pejzaż. Ja mam okna, w których widzę niebo - codziennie ma ono inny kolor i chmury też codziennie są inne. Jest taki amerykański film "Dym", jego bohater fotografuje codziennie z tego samego miejsca, sprzed swojego sklepu, Nowy Jork, przechodzących ludzi, światło, pory roku. Ta sama ulica jest każdego dnia inna, a co dopiero ludzka dusza i ludzkie przygody.

Ja uważam, że ludzie rzeczywiście chcą skorzystać z mojego doświadczenia, ale to właśnie na tym polega, że tego doświadczenia nie ma, że człowiek pewne rzeczy wie, ale i tak sprawdza je codziennie od nowa. Doświadczenie może jest dobre w kuchni, ale i tam eksperymenty są ciekawe. Warto wiedzieć, jak zrobić jajecznicę lub rosół, ale ludzkie doświadczenia to przecież nie jajecznica. Za każdym razem  powstaje nowa jakość, nowa przygoda, nie ma powtórzeń, nie powinno więc być w nas takiej obawy, że znowu będzie tak samo, bo nigdy nie jest tak samo. O tym też dużo piszę. W nas jest obawa, że jesteśmy niedoskonali, że nam się nie udaje, ale wydaje mi się, że właśnie istotą sprawy jest droga, dążenie do czegoś, a nie samo posiadanie. Każdego dnia coś zdobywamy i tracimy. Rutyna nas zabija.

Zakochałam się i to jest pierwsza miłość, jak każda miłość.

- Tak. Ksiądz Twardowski, którego jestem wielką admiratorką powiedział: "I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą". Nigdy tego nie wiemy i dlatego warto zawsze zaczynać od nowa.

Zatytułowała pani zbiór opowiadań "Wolna miłość" - mnie się to kojarzy z rewolucją hipisów, ale pani nie o to chodziło...

- Zastanawiałam się, ilu ludziom tak się to właśnie skojarzy, obawiałam się dla ludzi dość młodych hipisi i wolna miłość jest czymś oczywistym. Wolna miłość w okresie hipisowskim oznaczała, że każdy może kochać każdego, że miłość nie jest ograniczona wiekiem, czy papierami z urzędu, że każdy sam decyduje o tym, kogo kocha - to była prawdziwa pierwsza rewolucja obyczajowa. Druga taka rewolucja obyczajowa związana z seksem i miłością ma miejsce w Polsce teraz. Nawiązanie do dzieci-kwiatów to oczywiście żart, bo nie na tym polega wolna miłość.

W nas wszystkich jest potwornie dużo chęci zawłaszczenia, zniewolenia - kogokolwiek: partnera, dziecko, przyjaciółkę, żeby mieć kogoś na własność. Napisałam niedawno o wampirach energetycznych, ludziach, którzy przyssywają się do innych, chcąc mieć kogoś na własność dla siebie, z różnych powodów. Z drugiej strony danie wolności - zwłaszcza partnerowi, ale także dzieciom czy rodzicom - jest chyba najtrudniejsze w związku. Kochać kogoś, ale go nie zniewalać. To się wydaje oczywiste, ale zniewalamy ukochaną osobę nieświadomie: chcemy wiedzieć, z kim rozmawia, dlaczego nie dzwoni, kiedy wyszła z pracy itp. Bardzo trudno jest nie zapytać partnera, poskromić ciekawość albo niepokój i pozwolić mu żyć własnym życiem.

A czy sama miłość, związek nie są zaprzeczeniem wolności, czy chociażby ograniczeniem jej?

- Zaprzeczeniem nie, ale ograniczeniem na pewno. Kobiety mają odrobinę łatwiej - może to jest atawistyczne - bo zawsze wiedziały, że nie mają pełni wolności, ponieważ muszą wychować potomstwo. Mężczyzna miał "wbudowaną" chęć wyjścia do świata, żeby coś zdobywać, choćby dla własnej rodziny. To się oczywiście bardzo zmieniło. Każda ze stron, oboje partnerzy muszą ustąpić, z czegoś zrezygnować, coś złożyć w ofierze, inaczej związek się w ogóle nie uda. Kobiety być może mają większą świadomość tego, że wiążąc się z kimś nie są już wolne i że to właśnie jest piękne.

Natomiast mężczyźni bardzo długo nie zdają sobie sprawy, że nie można mieć wszystkiego, że trzeba poświęcić jakiś obszar własnej wolności dla drugiego człowieka, jego poczucia bezpieczeństwa, dla stabilności związku. Ale to ograniczenie wolności daje poczucie przynależności do kogoś i to jest piękne, choć mężczyźni często się przed tym bronią. Banalizując to: kobieta jest bardziej psem, a mężczyzna kotem. Pies uwielbia być blisko swojego pana, być w ciągłym kontakcie z nim, natomiast kot chce być nakarmiony, pogłaskany i zostawiony w spokoju. Wiem, że poruszam się na cienkiej linii między prawdą a banałem, ale każda prawda ociera się o banał.

Wydaje mi się, że najtrudniejszą miłością jest miłość do siebie samego. Jak kochać siebie i dać sobie wolność?

- W "Wolnej miłości" jest takie opowiadanie "Kogoś trzeba kochać" - jeżeli nie masz nikogo, kogo mogłabyś kochać, kochaj siebie.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

- Tak, ale warto. Być dla siebie partnerem w takiej sytuacji, rozmawiać ze sobą. To się da - nie jest to idealna forma życia, ale jest to jakaś sztuka przetrwania. Dawać sobie wolność, to znaczy nie zadręczać się, że coś się nie udało, że coś się głupio zrobiło. Trzeba dać sobie przyzwolenie na popełnienie błędów, na to że nie jesteśmy doskonali, ale jednocześnie wymagać od siebie. Być może rzeczywiście to jest najtrudniejsza miłość, choć ja zawsze myślałam, że najtrudniejsza jest miłość do dziecka, ponieważ dziecko rozwijając się stawia przed nami coraz inne wymagania, nowe wyzwania a jednocześnie chcemy je po prostu mieć, bo przecież kiedyś mieliśmy je tak blisko. Ale rzeczywiście sami siebie zawodzimy najbardziej. Nikt nas tak nie skrytykuje, jak my sami siebie krytykujemy. 

Mnie się wydaje, że właśnie miłość do dziecka jest najprostsza, bo jest bezwarunkowa, bez względu na to, co robi nasze dziecko, kochamy je.

- Kobiety noszą, rodzą, wychowują i tracą. I ta świadomość utraty jest kroplą goryczy w cudownym napoju macierzyństwa.

Od samego początku wiemy przecież, że ten ktoś w nas jest osobnym bytem, że "oswajamy" go tylko dla świata.

- Kiedy mamy małe dziecko trudno nam zrozumieć, że jest "pożyczone" i któregoś dnia trzeba będzie je oddać. Tym właśnie różni się miłość do dziecka od miłości partnera, w której możemy sobie przynajmniej zakładać, że do końca życia będziemy razem, choć rzadko się to zdarza. A w miłości do dziecka wiemy, że nie będzie z nami na zawsze.

A jednak kobietom trudno się rozstać z dzieckiem, pozwolić mu żyć jego własnym życiem.

- Dlatego właśnie to trudna miłość, bo dzieci muszą w pewnym momencie wyzwolić się z niej, chwilami ta miłość przypomina walkę, zdobywanie sobie przez dziecko obszarów swobody, które matkę mogą przygnębiać, bo tu już mnie nie potrzebuje, i tam też już mnie nie potrzebuje. Czasami próbujemy sztucznie narzucić swoją osobę, obecność, ale to jest szantaż emocjonalny.

Bo niepotrzebnie gotowałam ten rosół...

- A przecież zamiast gotować rosół mogłabym pójść na siłownię i po drodze kupić pizzę, to nic by się nie stało. Oczywiście to są pewne przenośnie, bo w życiu te barwy mają wiele odcieni. Ja oczywiście nie namawiam kobiet, żeby nagle rzuciły kuchnię i wszystkie leciały na siłownię. Chodzi o to, żeby ten rosół nie był najważniejszą sprawą w życiu. Jedną z najtrudniejszych sytuacji w związkach - jakichkolwiek - jest próba spojrzenia z drugiej strony- oczami partnera

I wracamy tu chyba do miłości siebie samego - jeżeli kocham siebie, akceptuję siebie, dobrze myślę o sobie to nie zastanawiam się, co złego ktoś chce mi zrobić, np. że mąż mnie chce zdradzić i dlatego muszę go kontrolować. Jeśli będzie chciał, to żadna kontrola nie pomoże, zrobi to.

- Tak naprawdę to nigdy nie myślimy chyba aż tak dobrze o sobie, żeby tego rodzaju pokusy się w nas nie rodziły. Człowiek chyba najbardziej boi się porzucenia, to jest wielka trauma. Dlatego kontrolujemy, gdyż jest w nas ten lęk. Ale trzeba go zwalczać , dla dobra swojego i w imię miłości.

  Rozmawiała Anna Piątkowska

Dowiedz się więcej na temat: Roma Ligocka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje