Przejdź na stronę główną Interia.pl
Odnaleźć w sobie dziewczynę

Roma Ligocka

Lekarstwo na starość? Odnaleźć w sobie dziewczynę, ten okres, w którym czułyśmy się ze sobą najlepiej. Starość jest jak choroba, to stan umysłu. O tym, że siedemdziesiątka to dziś nowa czterdziestka, o potrzebie wolności w miłości i kochaniu siebie Roma Ligocka opowiedziała dziennikarce Styl.pl Annie Piątkowskiej.

W poprzedniej książce "Dobre dziecko" poruszyła pani temat dorastania - trudny i traumatyczny, tym razem dotyka pani innego tabu - starości.

Reklama

- Od razu muszę zaprotestować! W tej książce ani razu nie pada słowo starość.

Pada - pani zdaniem starość nie istnieje.

- No tak, w moim języku starość się nie pojawia. "Wolna miłość" to jest to zbiór migawek, opowiadań, które niekoniecznie chciałabym nazywać felietonami, bo choć rzeczywiście są to felietony drukowane w miesięczniku "Pani" , to za każdym razem starałam się, żeby to były opowiadania, które mają początek i koniec, żeby opowiadały jakieś historie. W redakcji "Pani" nazwano te historie "kawałek tego świata", bo to jest kawałek tego świata.

Przewodnim motywem tej książki jest spotkanie młodości z dojrzałością, żeby nie używać słowa starość, bo dla mnie starość jest jak choroba, brzmi pejoratywnie: stara sukienka, stare buty, po prostu rozpacz. Stare miasto w Krakowie tylko się broni. Ja na swój sposób walczę z tą niesprawiedliwością, że jesteśmy rzuceni w życie po to, żeby ktoś kiedyś przyszedł i powiedział, że to już jest starość. Ja nie chcę, żeby tak było. Starzeją się rośliny, a ludzie dojrzewają. Nieustannie. I tylko przez pomyłkę czasami gasną.

Wiek jest tematem tabu. Wypada się przyznawać do tego, ile się ma lat wyłącznie przed trzydziestką - potem  już nie. Choć trochę się ta sytuacja zmienia, bo jeszcze kilka dekad temu 40 -letnia kobieta była już dojrzała, często miała wnuki - dziś 40- latki rodzą dzieci, nierzadko pierwsze.

- Dziś czterdziestoletnia kobieta nadal może być babcią, ale to, że moje dziecko ma dziecko to przecież nic o mnie nie mówi. Bycie babcią nie ma nic wspólnego ze starością, jeżeli ktoś ma bardzo młodo dziecko, a potem jego dzieci również wcześnie mają dzieci, to można być babcią w bardzo młodym wieku. To nie pojawienie się wnuka jest problemem, tylko zatracanie się w roli babci.

Nie chodzi o to, że ma się wnuki, ale o to, że wpada się w szufladę z napisem: starość.

- Mentalność ma dużo wspólnego z językiem, jeśli coś określamy pejoratywnie, to w naszej głowie też to będzie takie. Dlatego babcią ja mogę być tylko dla mojego wnuka czy wnuczki i dla nikogo więcej. Kiedy słyszę, że w telewizji prezenter mówi o Leonardzie Cohenie "dziadek" , to myślę sobie: to wspaniały muzyk, ale czy to jest twój dziadek? Dla innych ludzi jesteśmy po prostu ludźmi - ładnymi bardziej lub mniej , bardziej lub mniej energetycznymi i tylko to się liczy. Są tacy, którzy mają 40 lat i są wypalonymi starcami. I jak tu mówić o wieku?

Pani nie daje się wepchnąć do szuflady z napisem starość: nosi pani kolorowe ubrania, chodzi na siłownię.

- Wiek jest w nas, w naszej głowie i o tym piszę. Nie musimy się godzić na żadną szufladę, możemy po prostu z niej wyskoczyć.

Z jednej strony mamy więc zaniedbane starsze pani - babcie, z drugiej wybotoksowane dzidzie - piernik. Łatwo się otrzeć o śmieszność nosząc koszulkę z Myszką Miki i 20-centymetrowe obcasy, gdy się ma trochę więcej niż 20 lat.

- Łatwo się otrzeć o śmieszność w każdym wieku. Dziewczyna, która ma na sobie spodenki, spod których widać pół pośladków i buty na ogromnych szpilkach wygląda groteskowo, mimo że jest młoda i ma ładne nogi, ale to wszystko razem wygląda śmiesznie. Śmieszność może nas spotkać w każdym wieku, trzeba krytycznie patrzeć w lustro. Śmiesznie na pewno wyglądają osoby, które ostrzykują się w taki sposób, że kiedy się na nie patrzy, człowiek się zastanawia, jak wyglądały przed tymi wszystkimi zabiegami.

Natomiast dbanie o siebie, lubienie siebie, stylizowanie w sposób, który odpowiada naszemu wnętrzu i temu, jak wyglądamy, naszemu charakterowi, sposobowi bycia nigdy nie jest śmieszny. Śmieszne jest, gdy robimy coś na wzór niezgodny z nami. Trzeba zrobić z siebie to, co się da najlepszego, a nie zmieniać się totalnie tylko po to, żeby się zmienić. Zawsze trzeba wyjść od tej bazy, którą się posiada, odnaleźć w sobie dziewczynę, ten najlepszy okres w życiu i przypomnieć sobie, na czym to polegało, że się świetnie wtedy wyglądało: może to 15 kilo mniej, może inna fryzura, a może to sprawa sposobu bycia, tego, co wówczas się robiło czy czuło. Trzeba do tego wrócić - to jeden z prostych sposobów chroniących nas od śmieszności.

Pisze pani, że "siedemdziesiątka, przez niektórych dziś nazywana jest nową czterdziestką".

- Tak, w Ameryce się mówi, że siedemdziesiątka to jest nowa czterdziestka. Ja to przyjęłam i zaakceptowałam. Zdarza mi się spojrzeć w lustro i pomyśleć, że ta kobieta, którą widzę, to nie jest żadna babcia. Widzę, że trochę inaczej wyglądam np., że skóra jest inna, ale poza tym, co się zmieniło? Mam większe doświadczenie, ale to jest wartość dodana.

Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie, to trzeba powiedzieć, że jakąś cenę się za to płaci, np. cenę dyscypliny - nigdy nie piłam, nie paliłam, nie zarywałam nocy, nie szukałam niszczących mnie przygód , ucinałam traumatyczne związki. Trzeba walczyć o siebie. Jestem pewna, że wiele kobiet zniszczonych, postarzałych, które spotykam po prostu nie poradziło sobie z rzeczywistością w jakimś momencie. Kobiety, które dały się zawłaszczyć mężowi, dzieciom, wnukom czy komukolwiek nie mają oczywiście czasu, by dbać o siebie.

Najgorszy podobno jest stres: odbija się na zdrowiu i na wyglądzie.

- Stres to jest bardzo pojemne określenie, bo drobny stres zawodowy to nie to samo, co traumatyczne przeżycia a wszystko to trafia do jednego worka. Wszystkie kobiety mają niełatwo, najważniejsze jest, żeby ustalić sobie taki punkt, kiedy zaczynamy się już tylko bronić, kiedy nie chodzi już o nic innego tylko o przeżycie i o to, żeby to życie, które jest tylko jedno nie przeciekało nam przez palce.

Ale właśnie dziewczynki uczy się, że nie należy myśleć o sobie, bo wtedy jest się egoistką.

- Tak, a w Polsce jest to jeszcze silniejsze i bardziej denerwujące, a nawet głupie - obraz matki Polki. Rozumiem, że w czasach martyrologii, której nie brakło w naszym narodzie, była to potrzeba chwili - kobieta poświęcała się dla męża, który siedział w więzieniu, itp., ale dziś to jest w wielu przypadkach po prostu żałosne. Poświęcanie się dla rodziny, która ma to najczęściej w nosie, bo sama by sobie świetnie poradziła.

W książce "Wolna miłość" jest opowiadanie, kiedy ja mam przebłysk świadomości, olśnienie, jakbym przechodziła przez jakąś bramę i nagle widzę siebie zupełnie inaczej. Jest to moment, kiedy tak właśnie chciałam się poświęcać dla syna, przyszłej synowej, gotować, żeby oni byli zadowoleni, żeby im wszystko smakowało, żeby obrusik był wyprasowany, firaneczki powieszone... I nagle zrozumiałam, że im na tym to kompletnie nie zależy. Nie dlatego, że to są źli ludzie, tylko, że mają inne potrzeby. Wtedy zrozumiałam, że mogę liczyć tylko na siebie, bo to jest moje życie, które właśnie przecieka mi przez palce. I przestałam się przejmować gotowaniem, tym obrusem, tym opiekowaniem się. Teraz opiekuję się tylko sobą.

Pisze pani: "Starość zaczyna się czasem od niedzielnego obiadu. Ugotowałaś rosół, zrobiłaś wykwintne kotleciki, ciekawą sałatkę, pięknie nakryłaś stół."

- Tak. Ile kobiet, które są dumne i szczęśliwe z tego, że dzieci przyjdą w niedzielę na obiadek czeka na ten moment cały tydzień, nie myśląc o niczym innym, zapominając o sobie? Po co? A to może być przecież tak, że nikt się dla nikogo nie poświęca , ale odbywa się  zasadzie równości, np. dziś ja przyjdę do was albo się umówimy w kawiarni. Przydałoby nam się więcej elastyczności w podejściu do spraw rodzinnych i do naszych obowiązków, których i tak mamy dużo - absolutnie nie namawiam kobiet, żeby lekceważyły te obowiązki, zachęcam, żeby zobaczyły, jak dużo jest  potrzebnych, a ile zbytecznych, żeby nie gubiły siebie w tym wszystkim.

Czytałam niedawno wywiad, w którym jakaś kobieta mówiła: biegam, potem zawożę dzieci do szkoły, potem gotuję, robię coś dla męża, piszę itd. I tknęło mnie, że w tym wszystkim nie ma jej. Patrzę w lustro i co widzę? W opowiadaniu o lustrach piszę, że lubię moje lustra, jest ich w moim mieszkaniu bardzo dużo i kiedy rano wstaję, przeglądam się i w każdym widzę coś innego. Wiele kobiet dochodzi do stanu, kiedy patrząc w lustro nie widzi już nic, tylko cień, obcą istotę, która wciąż coś musi.

Czytaj dalej na drugiej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: Roma Ligocka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje