Przejdź na stronę główną Interia.pl

Oczywiście

Małgorzata Domagalik rozmawia z Januszem Morgensternem.

Małgorzata Domagalik: Jakie to uczucie, kiedy kręcą o człowieku film?

Reklama

Janusz Morgenstern: To był rodzaj dokumentu o mnie. Nakręcono pięć godzin, a z tego poszło, no nie wiem, może godzina. To bardzo miłe, ale i dziwne uczucie oglądać siebie na ekranie.

Mówią w nim o Panu Polański, Gajos, Konwicki. Rysują fascynujący portret człowieka, który zawsze miał wokół siebie wiernych przyjaciół. Polański dodaje, że był Pan megaprzystojny.

Janusz Morgenstern: (śmiech)

Zrobił Pan kiedyś z tego użytek?

Janusz Morgenstern: Nie wydaje mi się. W ogóle pierwszy raz słyszę o sobie takie określenie (śmiech). Wie pani, teraz poczułem się głupio, naprawdę. Bo mnie pani tak komplementuje.

To dla równowagi Konwicki zauważa, że Morgenstern poza wszystkim ma „chmurę” w duszy.

Janusz Morgenstern: "Chmura" to kwestia usposobienia. Ścianą jest przeszłość. To znaczy dla mnie moje życie zaczęło się w momencie, kiedy zakończyła się wojna. Tak zdecydowałem.

Nigdy nie chciał Pan zawołać: „Teraz pokażę wam, jaki byłem nieszczęśliwy, teraz to wszystko wyrzucę z siebie!”?

Janusz Morgenstern: Nie, nie. Wie pani, odwrotnie: uważałem, że od tego, co było, należy się odciąć.

Żeby nie mieć strasznych snów?

Janusz Morgenstern: W pewnym sensie, ale nie tylko to. Ja jestem człowiekiem, który idzie do przodu. Nie za bardzo wracam do przeszłości, nie chodzi tylko o sprawy dramatyczne, ale i te uniwersalne. Moje myślenie jest ukierunkowane na to, co przede mną.

To cecha ludzi bardzo młodych.

Janusz Morgenstern: Jestem młody.

Jest Pan dla nich mistrzem.

Janusz Morgenstern: Wyobrażam sobie, że niektórych ta moja witalność może dziś zaskoczyć, szczególnie tych, z którymi wcześniej nie pracowałem. W trakcie przygotowywania ostatniego filmu zgłosiło się mnóstwo kolegów aktorów.

Mówimy o „Mniejszym złu”?

Janusz Morgenstern: Tak, i ci koledzy mówili: „Słuchaj, nigdy nie grałem u ciebie,

a chciałbym cokolwiek, nawet parę zdań, dwa, trzy słowa”. To bardzo miłe.

Odkrywa Pan w tym filmie dla kina Tamarę Arciuch.

Janusz Morgenstern: Tak, ona jest w tym filmie zupełnie inna. Nie wiem, to chyba

kwestia kontaktu. Zrobiłem z nią dwukrotnie próbne zdjęcia i nie miałem wątpliwości, że powinna zagrać. To fascynujące, takie obserwowanie aktorów. Na przykład Zbyszek Cybulski, z którym byłem bardzo zaprzyjaźniony, całe życie mi wypominał… ale czy pani pamięta „Jowitę”?

Obejrzałam wszystkie Pana filmy, Panie Kubo.

Janusz Morgenstern: To świetnie. On tam zagrał epizod, wracam do tej historii z obsadzeniem, a chciał grać główną rolę… W pewnym sensie miał rację, tylko że ja już miałem po pierwsze, podpisaną umowę z Danielem Olbrychskim, a po drugie, uważałem, że to on doskonale uosabia młodego człowieka, który potrafi przebiec czterysta metrów bez zadyszki na stadionie. Wykorzystałem więc sytuację, żeby mu wytłumaczyć, że się do tej roli nie nadaje, i mówię: "Zbyszek, jak ty przychodzisz na plażę, to się nie rozbierasz, tylko otulasz się szlafrokiem, bo masz grubą d...".

Ale tego nie wycinamy?

Janusz Morgenstern: Proszę bardzo. Zaproponowałem mu więc, żeby zagrał epizod trenera boksu. Ale on wpadł na bardzo chytry i inteligentny pomysł: "Czy to jest ważne, czy to ma być lekkoatleta, który biegnie czterysta metrów? – zapytał. – Przecież tu nie o to chodzi. Tu chodzi o osobowość. Jak się opatulę w skóry, będę żużlowcem. I wtedy mogę być krzywy, prosty, mogę być starszy, młodszy, mogę mieć taką, a nie inną d...". Ja nawet sobie pomyślałem, że to mogłoby być niezwykłe. Zresztą często stosuję płodozmian, jeżeli chodzi o aktorów. Ale mam też swoich ulubionych, np. Gajosa.

A propos Gajosa, jak to wszystko się w życiu przeplata. Kiedyś milicjanci zwinęli Pana na łódzkiej ulicy, bo miał Pan na sobie imperialistyczny żółty szalik. Po latach „Żółty szalik” to tytuł Pana filmu, w którym fenomenalnie zagrał właśnie Gajos.

Janusz Morgenstern: Kiedy Jerzy Pilch pisał scenariusz do tego filmu, nie znał tej historii. W Łodzi była taka knajpa Halka, mieliśmy stolik przy orkiestrze, grali w niej nasi koledzy. Przychodziliśmy tam często. Na ostatnim roku wracaliśmy pewnego wieczoru z miasta i gdzieś na rogu Targowej rzeczywiście zatrzymali nas milicjanci i zrobili mi awanturę o żółty szalik...

Że wywrotowy?

Janusz Morgenstern: Oczywiście, ale wie pani, co było niezwykłe w tym czasie, kiedy studiowaliśmy w szkole filmowej w latach pięćdziesiątych?

Tak?

Janusz Morgenstern: Niezwykłe było to, że byliśmy większość czasu w zamknięciu. Rzadko wychodziliśmy do miasta, mieszkaliśmy w szkole, wszystko, na czym najbardziej nam zależało, było na miejscu. Chcieliśmy przede wszystkim oglądać filmy. Byliśmy wygłodzeni kina po wojnie. To była nasza pasja.

Chcieliście oglądać filmy także z dziewczynami, które, jak wiem, do Was przychodziły, no i z przyjaciółmi...

Janusz Morgenstern: Miałem szczęście, bo byliśmy zgraną grupą: Janek Łomnicki, Stasio Bareja, Kazik Kutz i ja. Dobraliśmy się. Mogę o tym dykteryjkę opowiedzieć.

Użyję Pana ulubionego słowa: oczywiście.

Janusz Morgenstern: W czasie studiów najpierw mieszkaliśmy w olbrzymiej sali, w której były dwupiętrowe łóżka. Później zbudowano barak. Tam już były sześcioosobowe pokoje. W każdą niedzielę w sąsiednim odbywała się straszna awantura, w końcu dowiedzieliśmy się, z jakiego powodu. Okazało się, że przyczyną był Kazik Kutz. O co chodziło? Jego koledzy wstawali wcześnie i szli do kościoła. Natomiast Kaziu nie chodził do kościoła od lat i chciał się wyspać. Wpadłem więc na pomysł, bo nas było tylko pięciu, żeby Kaziu przeniósł się do nas. Tak też się stało.

Jak się ogląda Pana zdjęcia z kolegami z Filmówki z tamtych czasów, to wyglądaliście jak z amerykańskiego filmu. Z klasą, z szykiem, a wspomniany Kutz był jedyny w swoim rodzaju.

Janusz Morgenstern: On był prawdziwy. Niesamowicie pracowity, bardzo.

I już wtedy klął jak szewc?

Janusz Morgenstern: Jeszcze nie wtedy. Ale później tak, później jak najbardziej.

Czy kiedykolwiek powiedział Pan o kimkolwiek źle?

Janusz Morgenstern: Szczerze? Nie przypominam sobie... może...

Muzyka w „Mniejszym złu” Michała Lorenca jest rewelacyjna.

Janusz Morgenstern: No właśnie tak wyobrażałem sobie klimat tego filmu.

Kręcąc filmy, wybierał Pan mniejsze zło?

Janusz Morgenstern: Długo nie mogłem zadebiutować. Pierwszy scenariusz o powstaniu warszawskim ze wstrętem został odrzucony. Miałem zawsze trudności. Drugi film też został odrzucony, miałem go robić z Janem Józefem Szczepańskim. Dramatyczna, niezwykle piękna historia... Nie przeszła. Opowiem pani, jeżeli pani ma czas...

Mam czas.

Janusz Morgenstern: Proszę sobie wyobrazić, film miał się zaczynać sceną w lesie. Dowódca ustawia całą kompanię i pyta: „A gdzie jest ten i ten?”. Nagle widzi, że na przedpolu, gdzie leżą trupy, gdzie leżą Polacy, jakiś chłopak, nisko pochylony, wygląda tak, jakby myszkował. Dowódca się wkurza: "Dawajcie mi tu tego sk... pewnie ściąga im zegarki". Wtedy ktoś mówi: „Słuchaj, on po prostu się modli”. I to był początek. A teraz opowiem pani zakończenie tego filmu, który nigdy nie powstał. Ostatnia scena: robią zbiórkę i ten sam dowódca postanawia, że nie będzie wyznaczał nikogo do wykonania egzekucji. "Niech ktoś się zgłosi na ochotnika", mówi. Wychodzi jeden z tych chłopców, ten, który wcześniej się modlił. Uwierzy pani?

Cały wywiad znajdziesz w grudniowej PANI.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje