Niech będzie tak
Komplement jej nie uwodzi, krytyka nie zabija. Ufa tylko sobie. Edyta Olszówka na chwilę przed urodzinami, o swoim przepisie na życie.
Wyobrażam sobie, że spotkam dziewczynę jak z piosenek Agnieszki Osieckiej. Artystkę z rozwianym włosem, lekką chrypką i papierosem w dłoni która jak nikt inny mogłaby zaśpiewać: "Pan widzi krzesło, Ławkę, stół, a jak rozdarte drzewo". Po trzech godzinach rozmowy tylko jednego byłam pewna, że to osoba, która składa się z wielu przeciwieństw.
Twardo stąpa po ziemi, ale często ma głowę w chmurach. Pamięta o ranach z przeszłości, ale ma apetyt na życie tu i teraz. Tęskni za spokojem, domem, odpoczynkiem, ale nie umie długo usiedzieć w jednym miejscu. Podróżuje. Może tylko zamiast „wsiąść do pociągu byle jakiego”, rezerwuje lot w samolocie.
Jej druga, „rozdarta” połówka wciąż czegoś szuka, za czymś goni, walczy o role. Zamiast czekać, aż telefon zadzwoni, Edyta sama zgłasza się na castingi. Nie bez powodu „Film” nazwał ją u progu kariery „aktorskim symbolem nowej epoki w kulturze”, pisząc, że potrafiła wziąć los we własne ręce. Od tamtej pory nieprzerwanie gra. Na scenie, bo w rozmowie jest zaskakująco szczera.
PANI: Planujesz huczne urodziny?
Edyta Olszówka: Nie lubię być w centrum uwagi, i mówię to zupełnie bez kokieterii. Impreza to pewna powierzchowność, wolę spotkać się z każdym osobno. Poza tym śpiewaliby mi "Sto lat", a to nie są dla mnie najlepsze życzenia, bo wcale nie chcę dożyć stówy. Niech mnie zabierają wcześniej (śmiech). Moi przyjaciele wiedzą, że nie lubię bankietów.
Nie będzie więc tortu ze świeczkami?
- Nie, chociaż bardzo cieszę się z tej czterdziestki, bo jeszcze czterdziestu lat nie miałam.
To rodzaj gruntu pod nogami?
- Tak, ale cieszę się też dlatego, że zrozumiałam, za ile rzeczy w życiu mogę podziękować - jestem zdrowa, spełniam się zawodowo. To jest coś nieprawdopodobnego. Pracowałam w wielu miejscach: sprzątałam toalety w USA, malowałam domy w Norwegii, byłam kelnerką w klubie "Scena" - urządziłam sobie wtedy mieszkanie z tipów (śmiech). Wiem, co to znaczy pracować na godziny, wstawać rano. I wiem też, jak bardzo mogę być wdzięczna losowi za to, że udało mi się w moim zawodzie.
To wszystko wypracowałaś sobie przez lata.
- Nie do końca. Zobacz, tego wieczoru, kiedy miałam zmianę w klubie "Scena", Agnieszka Osiecka mogłaby nie przyjść i nie pić wódki przy barze, a jednak tam była i zaproponowała mi rolę w "Listach śpiewających" (debiut telewizyjny Edyty Olszówki - przyp. red.). Pisałam pracę magisterską o Marilyn Monroe i nagle buch: casting do włoskiego filmu pt. "Elvis i Marilyn" (reż. Armando Manni - przyp. red.) - wsadzili mi blond tupecik na głowę, przypominałam bardziej transwestytę z filmów Almodóvara niż rumuńską Marilyn Monroe. Zaśpiewałam wtedy "I Wanna Be Loved By You". Potem był kolejny casting i kolejny, a po trzech miesiącach zaproszenie do Rzymu, główna rola, siedemdziesiąt dni zdjęciowych. Dlatego myślę, że to nie tylko praca, ale może też przeznaczenie?
- Rodzaj szczęścia albo przypadku? Ostatnio podeszła do mnie w kawiarni 50-latka i zapytała, czy mogłabym ją wesprzeć. "Proszę bardzo, ile?". "Dwieście złotych". "Słucham?!". "Bo pani mi wygląda na taką, co jej wszystko z nieba spada". A mnie się wydaje, że w tym świecie niczego nie dostaje się za darmo. Wszystko jest okupione ogromną pracą, determinacją, siłą, odpornością psychiczną, talentem.
W jakim momencie swojego życia jesteś?
- Poczułam, że jestem osobą dojrzałą, chociaż dojrzałość nie jest w cenie.
Przecież grasz w jednym z najpopularniejszych seriali telewizyjnych.
- Za każdym razem biorę udział w castingu i ten do "Przepisu na życie" był dla mnie jednym z najtrudniejszych.
W jakim sensie?
- Kontrowersyjne były moja uroda i wiek. Bardzo ładnie to nazwałam, prawda? (śmiech).
Ale dostałaś rolę...
- Publiczność polubiła 40-letnią Polę. To są tak napisany przez Agnieszkę Pilaszewską scenariusz, taka rola i takie nuty, że tylko brać instrument i grać. Widać to też po pozostałych aktorach. Na planie czujemy się świetnie. My po prostu mamy co grać. Prywatnie z Polą mam niewiele wspólnego. Nigdy nie przeczytałam tylu książek o seksie co przy tej bohaterce! Chciałabym mieć taki rodzaj podejścia do życia jak Pola, żeby nie analizować problemu, tylko nad nim przeskakiwać. Byle do przodu...
Jakie są mocne strony Edyty Olszówki?
- Odwaga, ale ona u mnie często graniczy z naiwnością, więc może być i mocną, i słabą stroną. Moje credo życiowe brzmi: idź tam, gdzie się boisz. Staram się być uczciwa, lojalna, otwarta, bo w dzisiejszym świecie to jest odwaga.
A już myślałam, że nie umiesz mówić o sobie dobrze.
- Moi przyjaciele powiedzieliby inaczej - że jestem wobec siebie bardzo krytyczna. Mam świadomość upływającego czasu, niestabilności tego zawodu, emocjonalnej niepewności wobec samej siebie i myślę, że nikt mnie bardziej nie może dotknąć niż ja sama... Ale to też jest moja mocna strona. Wiele razy mnie to uratowało.
Na przykład?
- Mój krytycyzm wobec samej siebie to filtr bezpieczeństwa. Komplement mnie nie uwodzi, ale też krytyka nie zabija.
Po kim odziedziczyłaś tę niezależność?
- Nie wiem, czy to dziedziczne, ale na pewno tata nauczył mnie być wojownikiem. Wymagał ode mnie odwagi, samodzielności, niezależności. Byłam jedynaczką i od dziecka dostawałam kieszonkowe. Czułam, że mam swój własny świat. Taki, w którym to ja jestem szefem. W wieku siedmiu lat chodziłam z kluczem na szyi. Nie dotyczyła mnie żadna niania ani świetlica, tak jak dzieje się to dzisiaj, kiedy rodzice trzęsą się nad dziećmi, nie dając im szansy na samodzielność. Choć z drugiej strony teraz czasy są zupełnie inne.
Nad tobą nie trzeba było się trząść?
- Wręcz przeciwnie, byłam bardzo chorowitym dzieckiem, do 18. roku życia non stop miałam anginy, potem operację migdałków. Opuszczałam lekcje, dużo czasu spędzałam w łóżku.
Co wtedy robiłaś?
- Leżenie i choroba nigdy nie są czymś fajnym. Choroba to cierpienie i ból. Wycinanie migdałów też. Dlatego jak idę do chorych dzieciaków na oddział, to dobrze je rozumiem. Siedząc w takim zamkniętym pomieszczeniu i patrząc przez okno, widzisz kraty. I głównym celem jest to, żeby pokazać, że za tymi kratami są jeszcze słońce i księżyc, i nadzieja.
Kiedy byłaś małą dziewczynką, to...
-...bardzo lubiłam występować. I lubiłam patrzeć w gwiazdy. Dziś często przypominam sobie ten błogi stan. Nie wiem, ile wtedy miałam lat - cztery, a może pięć. Leżałam na wznak na ziemi ze swoim ówczesnym narzeczonym - pamiętam nawet jak miał na imię: Sławek. Trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy wieczorem w niebo.
To było jeszcze w Lubinie?
- Nie, w Lubinie tylko się urodziłam.
Słupsk, Konin, Łódź - sporo miałaś tych przeprowadzek. Jakie miasto jest najważniejsze w twoim życiu?
- Warszawa. Tutaj mam rodziców, dziadek tu żył. Myślę sobie, że to miasto jest jak biedna poraniona kobieta. Dzielna jak Nike. Przyglądałaś się jej kiedyś z bliska? Ma taką smutną twarz, ściągnięte czoło. Kiedy ktoś mówi, że nie lubi Warszawy, to jest mi przykro. Podoba mi się rytm tego miasta. To, że tak wszystkich przyjmuje. Od ponad 20 lat mieszkam na Nowym Mieście. Tu jest specyficznie, panuje nastrój małego miasteczka. Wszyscy się znamy, chodzimy innymi drogami niż turyści. Mijamy się w jakichś zakamarkach, na podwórkach, w sklepie.
Nina Andrycz mówiła, że "kiedy jest się gwiazdą, to nie rodzi się dzieci, lecz role" i nazywała je swoimi córkami.
- Bardzo podziwiam panią Ninę Andrycz, jednak nie traktuję ról jak córek, wręcz przeciwnie, myślę, że te role to jestem ja - człowiek, ja - kobieta. I jest we mnie rodzaj pewnego niespełnienia - braku relacji, którą nie zostałam obdarzona i której praca nigdy mi nie zastąpi. Swoje role często traktuję terapeutycznie. Po pierwszej połowie "Wariatki" (przedstawienia wg sztuki Nadieżdy Ptuszkiny w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, w którym Edyta Olszówka gra razem z Lesławem Żurkiem w teatrze Kamienica w Warszawie - przyp. red.) moja sukienka jest tak mokra, że trzeba ją suszyć. Zastanawiam się, ile ja kilogramów tracę w czasie spektaklu? I ile jest we mnie nazbieranego nieszczęścia, z którego się wyswobadzam? Niektórzy nie lubią takich emocji w teatrze...
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (35)
-
14.12.2011 (12:13)Wszystkiego co najlepsze na drugą połowę życia .Jest Pani wspaniała , uwielbiam Panią oglądać .
-
10.12.2011 (21:07)Bylam na "Wariatce" w Szczecinie i bardzo i sie tam podobal sposob pani grania,uwodzenia publicznosci...
Zawsze darzylam pania sympatia ...a w grudniu tez koncze 40 lat...
Chcialabym zawsze ogladac pania z prawdziwa przyjemnoscia jak dotychczas ...Powodzenia!!! -
-
30.11.2011 (18:32)Edytka w pełni kobieta do tańca jak i różańca .
Dziewczyno wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - (na drugie tyle przygotuj się !!!), a zresztą pół polski sobie marzy że z tobą się przydarzy... więc o założenie rodziny się nie martw. -
30.11.2011 (09:28)~Edyta zrób sobie dzieckospełnij się jako kobieta. Nie ważne czy z mężem czy z przelotnym kochankiem. Zrób sobie dziecko. Jeszcze masz szansę. Za 10 lat będziesz żałowała, że nie masz ani córki ani syna. Gdy odezwie się silne macierzyństwo a będzie już za późno, wtedy będziesz miała ADHD i czarną rozpacz. Zastanów się nad moją radą. Zobaczysz, że z dzieckiem jest jeszcze lepiej żyć.
Co za egoizm zrobić sobie dziecko tylko po to aby spełnić się jako kobieta. Dziecko to nie zachcianka. P. Edyto życzę wszystkiego najlepszego - chciałabym być Pani przyjaciółką . Nie daj zrobic sobie dziecka. Ja ma trójkę - koszmar. Wysłałabym wszystkie w kosmos. -
30.11.2011 (09:23)PIĘKNIE POWIEDZIANE ....
Dawno nie czytałam tak dobrego artykułu ... dużo mądrych, ciepłych słów ... dzięki Bogu istnieją tacy ludzie jak pani Edyta ... bo większość to "ludzie-śmieci" ... nie wiadomo po co istnieją ...
Dziękuje pani Edyto za to, że podzieliła się pani swoimi myślami!
Pzdr. i życzę dużo zdrowia i pogody ducha !!!














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia