Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie taka kochana! - część II

Przeczytaj drugą część rozmowy z Pauliną Młynarską.

Twój Styl: Radziła Pani sobie sama?

Reklama

Paulina Młynarska: Sama nie dawałam rady. Musiałam przeczytać wiele książek i trafić na odpowiedniego terapeutę, żeby zdiagnozować problem. A prawda była prosta: jestem dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej. Kłopoty takich osób zostały rozpracowane na przykładzie dorosłych dzieci alkoholików. Mechanizm radzenia sobie z problemami jest podobny jak w rodzinach dotkniętych chorobami psychicznymi. Za udział w grupie terapeutycznej, która pomaga, nie trzeba płacić. Takie spotkania są organizowane prawie w każdym mieście, adres można znaleźć w internecie. Trzeba o tym mówić głośno, bo to tabu, a przecież pomoc jest na wyciągnięcie ręki. Pozbawiona jej w dorosłym życiu, powielałam podświadomie cykle zachowań. Dlatego wiązałam się z pewnym typem partnerów, więc związki się rozpadały. Moi byli partnerzy to fascynujący mężczyźni, tylko destrukcyjni. Więcej nie powiem, bo jestem chyba ostatnią osobą, która ma prawo mądrzyć się na temat związków. Zresztą, może to ja jestem nie do wytrzymania?

Twój Styl: Miała Pani odwagę przebadać się pod kątem dziedziczenia choroby?

Paulina Młynarska: Oczywiście, wykonałam wszystkie testy dostępne na rynku i było dobrze. Niestabilność w dzieciństwie przypłaciłam czymś innym - nawracającą depresją. Mówię o tym szczerze, bo uważam, że głupie jest budowanie fasad pod tytułem "moje cudowne życie"! Nie znoszę, jak tzw. celebrities w wywiadach ględzą o zaletach zielonej herbaty i paleniu kadzidełek, milcząc o prawdziwych problemach.

Twój Styl: A jak mama zachowała się w tej sytuacji?

Paulina Młynarska: Cóż, mama całkowicie skupiła się na ojcu, co jest podstawowym błędem w takich rodzinach.

Twój Styl: Mogła Pani liczyć na starszą siostrę Agatę?

Paulina Młynarska: Byłyśmy koszmarnymi siostrzyczkami. We trzy, bo wychowywała się jeszcze z nami kuzynka Beśka Młynarska, której rodzice często wyjeżdżali. Dwa lata starsza od Agaty, więc dziewczyny miały własne sprawy - pierwsze miłości, pocałunki, rozstania... Ja, gówniara, ich kula u nogi, robiłam wszystko, żeby chciały mnie zaakceptować. No i wymyślały upiorne zabawy. Mówiły, że zabiorą mnie do kina Stolica pod warunkiem, że z zawiązanymi oczami zakręcę się i zrobię prosto trzy kroki. Zwaliłam się ze schodów, u których szczytu mnie postawiły. Śliwa pod okiem i pęknięte żebro. Była też zabawa "człowiek za burtą". Spuszczały mnie na linie za nogi z pierwszego piętra. No i dyndałam, bo nie dawały rady spuścić mnie na ulicę ani z powrotem wciągnąć. Biłyśmy się regularnie. Agata do dziś ma szramę na twarzy od moich pazurów. Za swoje krzywdy zemściłam się nieco później. Podszywając się pod nią, napisałam do jej narzeczonego i przyszłego męża Leszka telegram: "Wszystko skończone!".

Twój Styl: Zaraz, przypominacie mi rodzinę...

Paulina Młynarska: Adamsów... Bingo. Myśmy się naprawdę nienawidziły z całego serca... Miałyśmy pokój przedzielony szafami. Agata słuchała non stop Bee Geesów na magnetofonie Grundig, więc roztrzaskałam jej ten magnetofon w drobiazgi. Uważałam ją za lizuskę... Emocje między nami były straszne.

Twój Styl: Kiedy to się zmieniło?

Paulina Młynarska: Gdy siostra została matką. Mieszkałam w Paryżu, ale przyjechałam na wakacje do Polski. Agata odpoczywała z synkami w naszym domu w Zakopanem. Nagle dostała koszmarnej anginy. Przejęłam opiekę nad trzymiesięcznym Tadziem i przedszkolakiem Staśkiem. I to był moment pojednania. Potem, gdy urodziłam Alę, też nastąpił piękny siostrzany czas. Miałam zator pokarmu, dostałam gorączki. Agata całą noc mnie masowała. Kazała chodzić pod prysznic, potem znowu masowała, w końcu nad ranem pokarm zszedł. Kiedy zamieszkałam z Alą w Zakopanem, przyjeżdżała do mnie z obu synami. Wtedy już na dobre zbliżyłyśmy się. Agata poza wszystkim jest bardzo dobrym człowiekiem i oddałaby potrzebującemu ostatnią koszulę. Obie poczytujemy sobie za sukces to, że nasze dzieci są zżyte.

Twój Styl: Nie dostały w spadku rodzinnej traumy?

Paulina Młynarska: To się okaże, kiedy same zaczną wchodzić w związki. Mam z synami Agaty świetne stosunki, Ala jest ich ukochaną siostrą i też ma z nimi kontakt. Dla mnie ważne są chwile, gdy wpadają do naszego domu, bo akurat coś ugotuję - siadają przy stole z Alką i synem mojej przyjaciółki Moniki i prowadzą dyskusje na przykład o tym, że w 2012 roku Ziemia się przebiegunuje i wszyscy zginiemy.

Twój Styl: W czym jeszcze Młynarscy są podobni?

Paulina Młynarska: Jesteśmy rodziną prześmiewców. Tutaj królem jest tata Młynarski. Świat dopiero ujrzy zbiór jego sprośnych limeryków, które są ozdobą każdego naszego spotkania. Choć wszyscy poranieni, jesteśmy pogodni. W te klimaty świetnie wpisuje się mój mąż Michael. Ma poczucie humoru również na własny temat.

Twój Styl: Co Was najbardziej łączy?

Paulina Młynarska: Mocno się napracowałam, żeby zrozumieć, dlaczego moje związki się rozpadały. Przyczyna tkwi w przeszłości - to dziś oczywiste. Jestem teraz na takim etapie, że podstawową wartością w małżeństwie jest dla mnie przyjaźń. Poza tym Michael jest facetem, któremu nie zagraża moja odrębność, jest tak samo samodzielny i autonomiczny jak ja. Totalny Amerykanin, choć jego tata jest Polakiem.

Twój Styl: Jak to jest żyć z Amerykaninem?

Paulina Młynarska: Zatrzymuje się na każdej stacji benzynowej, je fast foody, ogromną wagę przywiązuje do muzyki, kroi kotlet widelcem... No i podejście do życia, lżejsze bardziej optymistyczne, takie uśmiechnięte.

Twój Styl: A kto z Waszej rodziny ma talent satyryczny oprócz taty?

Paulina Młynarska: Agata. Jest jedną z najdowcipniejszych osób, które znam. Nieraz nocowałam u niej w Zalesiu, siedziałyśmy w dresach na kanapie i gadałyśmy. Ja to nazywam przylepianiem plastrów psychicznych. Nagle Agata zaczyna parodiować ojca i mamę. Odbywa się spektakl, który wywołuje w nas spazmy śmiechu. Leżymy na dywanie i kwiczymy. Nie wiem, dlaczego ten jej komiczny pazur zanika w telewizji.

Twój Styl: Poczucie humoru jako koło ratunkowe?

Paulina Młynarska: Dobry śmiech to więcej niż pieniądze, brylanty, jedzenie, najlepsze wino czy nawet superseks. Gdybym spotkała mężczyznę, który powiedziałby: nie będę się z tobą kochał, ale za to co wieczór będziesz tarzać się ze śmiechu, to ja w to wchodzę.

Twój Styl: Czy z młodszym bratem też jest Pani tak zżyta?

Paulina Młynarska: Miałam dziewięć lat, kiedy się urodził. Mało się widujemy, został wybitnym muzykiem sesyjnym, jeździ na koncerty do Londynu i Nowego Jorku. Jeszcze nie założył rodziny, jest takim wolnym elektronem. Mama, która była kompletnie zagubiona, wychowując nas i zmagając się z chorobą ojca, przy najmłodszym synu umiała się od tego trochę odciąć, więc poświęciła mu więcej uwagi niż córkom.

Twój Styl: Kto w rodzinie jest liderem, osobnikiem alfa?

Paulina Młynarska: No zdaje się, że niestety ja. To mój dramat - pani, która wszystko wie najlepiej. Jestem zapalczywa i uwielbiam się wymądrzać. Wiem o tym od mojej siostry, córki, siostrzeńców, przyjaciół... Ala, która też jest wszystkowiedząca, mówi: jak mam nie być przemądrzała, skoro mam przemądrzałą matkę. Logiczne. Ostatnio strasznie się pokłóciłam ze Staśkiem, starszym siostrzeńcem, mającym 24 lata. Poszło o teorię samolubnego genu Richarda Dawkinsa. Wybuchła taka dyskusja, że każde z nas trzasnęło drzwiami i poszło w swoją stronę.

Rozmawiała Anna Stefopulos

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje