Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie taka kochana!

Sławne nazwisko nie ułatwiło jej życia. Traumatyczny debiut w filmie Wajdy. Choroba ojca. W efekcie ucieczka do Francji, szukanie pomysłu na siebie, liczne rozstania.

Paulina Młynarska nic nikomu nie zawdzięcza i może dlatego stała się realistką. Czy jest z tym szczęśliwa?

Reklama

Przeczytaj pierwszą część rozmowy z Pauliną Młynarską.

Twój STYL: Przed naszą rozmową postawiła Pani warunek: Nie zgadzam się, żeby moje zdjęcia były poprawiane na komputerze.

Paulina Młynarska: Nie chcę, by ktoś zabierał mi to, co mam na twarzy. Zapracowałam na nią. Dlaczego grafik ma usuwać pieprzyki i zmarszczki? Wara od nich. Nie chcę też, aby jakaś fajna i mądra kobieta, która relaksuje się, czytając prasę, dołowała się: "Boże, Młynarska jest starsza ode mnie, a wygląda na moją córkę".

Twój Styl: Nie ma w Pani próżności?

Paulina Młynarska: Cyfrowe poprawianie urody jest nielojalne w stosunku do innych kobiet. Ja nie muszę funkcjonować jako obiekt seksualny. Pokazując się w telewizji, dbam o siebie aż nadto. W moim wieku trzeba się namęczyć, żeby być w dobrej kondycji. Taki wieczór jak dzisiaj, że popijamy winko i objadamy się, zdarza mi się raz w miesiącu.

Twój Styl: Słyszałam feministkę?

Paulina Młynarska: Zawsze mnie ciągnęło w tym kierunku, a piorun we mnie strzelił, gdy zwiedzałam podparyski dom Marii Skłodowskiej-Curie. Tam przeczytałam, że uczona nie mogła odebrać swojego Nobla, ponieważ do Akademii nie wpuszczano kobiet. Sprzeciwiam się światu, który urządzili mężczyźni ku swojej wygodzie. Minęły dziesiątki lat, a o atrakcyjności kobiet nadal najbardziej świadczy ich seksualność. Mówiąc w ogromnym skrócie, za tym idzie marginalizacja starszych osób. Wszyscy kiedyś się zestarzejemy, więc nie bądźmy tacy hardzi. Jestem ciekawa, jak to jest, kiedy mężczyźni nie widzą już urody, tylko mądrość kobiety. Czekam na siebie w roli babci...

Twój Styl: Zaraz... O czym my gadamy! Emerytura jeszcze daleko. Pani córka Ala ma dopiero 17 lat, czyli tyle, ile Pani, gdy rozpoczęła samodzielne życie.

Paulina Młynarska: W jej wieku byłam punkiem z włosami na cukier i przyjmowałam do organizmu na boisku szkolnym zakazane substancje. Rodzice pewnie do dziś o tym nie wiedzą. Po drugiej klasie liceum rzuciłam szkołę i wyjechałam do Paryża. Moja córka to inna bajka. Może dlatego, że nie ma się przeciw czemu aż tak buntować? Jeśli już eksperymentuje, to z wyglądem. Kupiła sobie w szmateksie sukienusię i dziś zrobiła się na Heidi, a jutro może spotkam ją w turbanie, z pomalowanym okiem. Bo bezkarnie próbuje wszystkiego i nadal jest dzieckiem. Ma dużo swobody, ale też jasno określone reguły, jakie obowiązują w domu.

Twój Styl: Pani rozpoczęła dorosłe życie na własne życzenie?

Paulina Młynarska: I tak, i nie. Moje dzieciństwo zakończyło się, gdy mając niecałe 15 lat, wystąpiłam w filmie Andrzeja Wajdy Kronika wypadków miłosnych. Zagrałam w słynnej rozbieranej scenie i mój świat legł w gruzach. To był koniec dzieciństwa.

Twój Styl: Dlaczego tak bardzo przeżyła Pani ten film? Przecież Pani rola była sukcesem!

Paulina Młynarska: Przy dzisiejszym stanie wiedzy i prawa ktoś by poszedł siedzieć, ponieważ ja tę scenę zagrałam pod wpływem środków uspokajających i alkoholu, który dali mi dorośli. Poza tym to nie była jedyna scena rozbierana. Jest jeszcze jedna, która nie weszła do filmu. Wajda wymyślił, że dwójka młodych bohaterów - Alina i Witek - zostanie jakby wypędzona z raju. Ja i mój partner Piotr Wawrzyńczak nagusieńcy mieliśmy biec w step aż "do zatracenia w horyzoncie". A wie pani, co to znaczy dla kamery? Trzeba biec kilkaset metrów i jeszcze wrócić. Długi bieg na golasa... To było straszne, gorsze od sceny miłosnej. Kwiecień, więc zimno, no i uczucie upokorzenia, zawstydzenia. Oboje z Piotrkiem byliśmy w szoku. Coś się we mnie wtedy złamało, coś zostało uszkodzone. Dorośli z mistrzem Wajdą na czele nadużyli swojej pozycji...

Twój Styl: Jaką zapłaciła Pani cenę?

Paulina Młynarska: Skutki tego zdarzenia były dla mojej psychiki i dalszego życia opłakane. Naruszono moją intymność. Potem długo nie mogłam odzyskać szacunku do samej siebie. Nie potrafiłam się chronić, pozwalałam innym na zbyt wiele.

Twój Styl: Nikt Was nie przygotowywał do takich scen?

Paulina Młynarska: Wolne żarty. Wajda nawet nie poprosił o te sceny osobiście i nasłał na mnie drugą reżyser: no wiesz, mistrz prosi... Po latach dostałam małą rólkę w filmie Valmont Miloša Formana. Młodziutka czternastoletnia dziewczyneczka, Fairuza Balk, grała Cecylię. W słynnej scenie pisania na jej pupie listu do pani de Tourvel widzimy tyłeczek dublerki. Forman roztoczył nad dziewczyną parasol ochronny. Dorośli wirowali wokół tego dziecka, troszcząc się o nie w niebywały sposób. Patrzyłam na to i dotarło do mnie, że kiedyś bardzo mnie skrzywdzono.

Twój Styl: A co, jeśli Ala będzie chciała zostać aktorką?

Paulina Młynarska: Mam wyrobiony pogląd - plan filmowy nie jest miejscem dla dzieci. Guzik mnie obchodzi, że powstają z nimi piękne filmy. Wymaganie od dzieci, żeby grały sceny rozbierane, jest nadużyciem! Film nie jest artykułem pierwszej potrzeby.

Twój Styl: Wspomniała Pani, że Ala ma w domu wyraźnie określone granice. Pani tak nie miała?

Paulina Młynarska: Mój rodzinny dom naznaczony był chorobą nerwową ojca, tzw. dwubiegunową, charakteryzującą się skrajnymi wahaniami nastrojów. Tata, którego kocham, to genialny tekściarz, dowcipny fajny facet. Uczył pływać na basenie Gwardii, zabierał do teatru, czytał książki i prowadził ze mną i Agatą fascynujące rozmowy przy kuchennym stole. Nagle ten uroczy człowiek zmieniał się i stawał niedostępny, zagrażający. Byłyśmy brutalnie karcone za to, co jeszcze przed chwilą chwalił. Potem trwał długi bolesny proces wracania taty do właściwiej kondycji. Duże przeżycia dla całej rodziny i dla nas, dzieci, które nic z tego nie rozumiały.

Twój Styl: Nie wiedziała Pani wtedy o chorobie ojca?

Paulina Młynarska: Nie, ponieważ tak jak w większości rodzin w latach 80. nie mówiło się o takich rzeczach głośno. Mając 13 lat, podsłuchałam rozmowę telefoniczną. Nastolatki mają taki brzydki zwyczaj. Ojciec był pod opieką lekarzy, natomiast my jako rodzina nie. Dzieci wzrastające w notorycznym poczuciu zagrożenia, niepewności, braku reguł są słabe i zagubione. Potem już jako dorosłe nie potrafią rozpoznać, co jest miłością, a co tylko jej pozorem.

Rozmawiała Anna Stefopulos

Reklama

Wasze komentarze (2)

Dodaj komentarz Sortuj

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje