Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie będę grzeczna

Ma zawód wysokiego ryzyka, ale umie powiedzieć „stop”. Może na kilka miesięcy zostawić w domu męża i wyjechać na zdjęcia, bo ufają sobie i wiedzą, że wszystko wróci do normy: będą randkować albo siedzieć na wsi w ogródku. Ale potrafi też zrezygnować z roli w serialu, gdy czuje, że trzeba zadbać o siebie. Magdalena Kumorek, kochana przez fanów Przepisu na życie, zdradza „Twojemu STYLOWI” przepis, jak będąc popularną aktorką, życia sobie nie zepsuć.

Ile o niej wiem? Ten sam od dziesięciu lat mąż, dwoje dzieci, domek na wsi pod Wrocławiem. Oficjalnie: żadnych ekscesów, zdjęć zrobionych ukradkiem. Ma opinię miłej, ułożonej. Nie uwiera jej to? Umawiamy się w Warszawie, gdzie przyjechała promować czwarty sezon Przepisu na życie. Do restauracji przychodzę dziesięć minut przed czasem. Magda Kumorek już jest. Krótkie włosy, modny szary sweter, czerwone paznokcie, mocny uścisk dłoni.

Reklama

Twój STYL: Ma pani jakieś wady?

Magdalena Kumorek: (śmiech)

Cokolwiek. Zdarza się pani upić, przejechać na czerwonym?

- Lubię wino i przeklinam dosyć często. Ale nie rozpatrywałabym tego w kategoriach wad. Ot, słabości, które ubarwiają życie...

Potrafi się pani wkurzyć?

- Zdziwiłaby się pani. Zresztą wielu się dziwi. Mówię nieprzyjemne słowa, których potem żałuję. Wyłazi ze mnie demon.

Często dostaje się bliskim?

- Mąż przekonał się, że mam pazury. Choć przyznaję - krzyczeć nie potrafię. Stanowczości się uczę. Po konferencji prasowej z okazji emisji kolejnego sezonu Przepisu na życie w ciągu kwadransa udzieliłam dziesięciu wywiadów. Poza jedną dziennikarką wszyscy pytali: czy umiem gotować jak serialowa Anka, co wydarzy się w nowym sezonie i co tam u mnie. Przy piątej osobie miałam ochotę powiedzieć: "Basta, mówiłam o tym pięć minut temu". Ale tego nie zrobiłam. Nienawidzę w sobie braku asertywności. Czemu nie starczyło mi jej, by powiedzieć: "Pogadajmy o czymś innym".

Bo chce być pani przez wszystkich lubiana?

- Bo jestem cholernie ułożoną dziewczynką. I to mnie wkurza.

Często pani słyszy: "za grzecznie, Magda"?

- Sama to sobie powtarzam. Dostaję role wyrozumiałych, dobrych kobiet. Fajnie. Ale jest we mnie potrzeba zagrania kogoś wielobarwnego. Marzę o tym, by reżyser zapomniał, że wydaję mu się delikatna, i dał mi rolę ostrej laski! Jakiejś suczy, donosicielki. Kilka lat temu zagrałam w filmie Hiena. Rzecz działa się w familokach na Śląsku, a ja byłam matką chłopca, która sprzedaje się, żeby zarobić na chleb. Zasuszona emocjonalnie kobieta, która na swojego syna warczy i tylko gdy on zasypia, daje sobie prawo, by go pogłaskać. Brakuje mi ról mocnych jak ta.

Wiele aktorek marzy o głównej roli w popularnym serialu.

- Też się z niej cieszę, choć przyznam, że przez to, że gram role ciepłych kobiet, tak jestem odbierana przez ludzi. Zdarza się, że obcy, których spotykam na ulicy, mówią mi na ty, kładą rękę na ramieniu i radzą, co mam robić z restauracją i z Jerzym, granym przez Borysa Szyca. Latem zabraliśmy z mężem dzieci do Disneylandu. Przez chwilę byłam tam bardziej popularna niż Myszka Miki, bo jakaś pani z Polski zaczęła krzyczeć na mój widok i wymachiwać rękami. Ludzie zatrzymywali się i nie wiedzieli, czy ktoś coś komuś ukradł, pobił. Moment dość żenujący.

Lubi pani swoją Ankę z Przepisu na życie? Nie załamuje się, nawet gdy zostawia ją mąż albo kiedy wylatuje z pracy...

- Lubię, to silna dziewczyna, która bez szwanku wychodzi z opresji. Choć większość kobiet, które znam, na jej miejscu zaczęłaby pić albo wpadła w depresję. Wiele razy rozmawiałam ze scenarzystką Agnieszką Pilaszewską o tym, że moja bohaterka musi zrobić coś ze złymi emocjami, nie może tak łatwo sobie radzić. Agnieszka mówiła: "Kochana, ja też tak myślę, ale produkcja mówi, że nie. Bo Anka jest dobra, poukładana, zawsze wie jak, zawsze pomoże". Zdradzę, że w najnowszym sezonie się upija i wreszcie traci kontrolę.

W pani domu obowiązywała kindersztuba?

- Dobre maniery były ważne, ale bez przesady. Nie musieliśmy z bratem w trakcie obiadu trzymać rąk na stole ani chodzić z kijem od szczotki, żeby mieć proste plecy. Dzieciństwo w Gliwicach miałam fajne, choć dosyć wcześnie zaczęłam być zajęta. Jako pięciolatka śpiewałam w zespole dziecięcym i zajmowało mi to trzy popołudnia w tygodniu. Dwa lata później zdałam do szkoły muzycznej, do klasy fortepianu, więc wychodziłam z jednych zajęć i gnałam na drugie. Odbierała mnie mama, w samochodzie zjadałam zabrany z domu obiad albo zapiekankę.

Pianistka z pani nie wyrosła.

- Szybko zdałam sobie sprawę, że nią nie będę, ale mama była nadgorliwa. (śmiech) Gdy miałam osiem lat, przeczytała gdzieś, że wybitni pianiści ćwiczą po osiem, dziesięć godzin dziennie. No i zaczęła się gehenna, popołudnia i weekendy spędzałam przy pianinie. Byłam sprytnym dzieckiem, więc spróbowałam przechytrzyć mamę. Nagrałam kilka utworów na starego Kasprzaka, celowo z pomyłkami i odtwarzałam w pokoju to nagranie, podczas gdy sama gadałam przez okno z koleżankami. Zdradziłam się któregoś dnia, gdy za głośno się śmiałam, mama wparowała i odkryła spisek. Przestało być różowo. Uczyłam się dziewięć lat! Zrezygnowałam w pierwszej klasie liceum. Oficjalnie wzięłam roczny urlop, ale wiedziałam, że nie wrócę.

Aktorstwo było kolejną ambicją mamy?

- Nie, moją. Trudno wytłumaczyć, skąd się wzięła, żeby nie otrzeć się o banał. Rodzice byli inżynierami, dziadek ze strony mamy - kolejarzem z artystycznym zacięciem, pracował w amatorskim zespole teatralnym. Drugi dziadek, gdy tylko jego dzieci przejęły gospodarstwo, jeździł po wsiach i namawiał babiny, żeby mu śpiewały ludowe piosenki. Akompaniował im na skrzypcach i to wszystko nagrywał. Były więc jakieś tradycje artystyczne. (śmiech) Jako dziecko zaliczałam akademie szkolne, popisywałam się przed tatą.

- Talent aktorski przejawiałam, kłamiąc. Opowiadałam coś, co zdarzyło się naprawdę, a potem przychodziły mi do głowy inne zdarzenia, wątki, dialogi i wymyślałam niestworzone historie. Taka próba zawalczenia o uwagę innych. Wydawało mi się, że gdy coś ubarwię, będę ciekawsza, atrakcyjniejsza. Za wszelką cenę próbowałam też zwrócić uwagę pięć lat starszego brata - miał kolegów, świat, którego chciałam być częścią. Wykonywałam przed nim akrobacje na rowerze. Zostały mi na kolanach blizny. Dziś z bratem jesteśmy w dobrej relacji, nie widujemy się często, ale możemy na siebie liczyć.

Jako trzynastolatka straciła pani ojca. Jak sobie pani z tym poradziła?

- Nie potrafiłam przyjąć faktu, że tata nie żyje, więc stworzyłam w głowie historię, że na pewno był uwikłany politycznie i musiał zniknąć, a jego śmierć została sfingowana. Mimo że wiele razy widziałam łzy mamy, brata, naprawdę wierzyłam, że ojciec żyje i któregoś dnia stanie w drzwiach i powie: "już nie muszę się ukrywać". Podtrzymywałam w sobie tę iluzję do 18. roku życia i z nikim się nią nie dzieliłam.

Musiała pani szybciej dojrzeć?

- Mama czuła się za nas odpowiedzialna, przejęła rolę ojca i stawała na rzęsach, żeby dom funkcjonował jak kiedyś. Miała rodzinę, znajomych, którzy ją wspierali, więc nie przelewała smutku na dzieci. Moje życie nie obróciło się o 180 stopni. Gdy w drugiej klasie liceum wymyśliłam, że chciałabym spróbować sił na scenie, mama nie oponowała. Pojechałam na egzaminy do Katowic, do studium aktorskiego Doroty Pomykały. Dostałam się, choć wiary w siebie miałam wtedy tyle, co nic. Bo choć występy w podstawówce i przed ojcem przychodziły mi łatwo, renoma tej szkoły paraliżowała.

Inni popisywali się na zajęciach, a pani siedziała w kącie?

- Przez pierwszy rok robiłam niewiele. Dorota Pomykała jest świetnym pedagogiem - obserwuje każdą osobę i otwiera ją na tyle, na ile ona chce się otworzyć. Przez pierwszy rok pozwoliła mi nic nie robić, obserwować innych i nabierać pewności siebie. W drugim zaczęła się praca, wyłażenie ze skorupy. "Dosyć, chcę, żebyś zagrała żal, smutek", mówiła, a ja wiedziałam, że muszę te uczucia z siebie wydobyć, odrzucić mechanizmy obronne. Coraz łatwiej przychodziło mi granie skrajnych emocji. Na egzaminy do Akademii Teatralnej w Warszawie szłam pewna siebie. Dostałam się za pierwszym razem.

Przeprowadziła się pani do Warszawy, której ponoć pani nie lubi. Bo pęd, hałas...

- Nie mogłabym w niej mieszkać na stałe. Tu ciągle coś trzeba. Bywać, pokazywać się, brać w czymś udział. A jeśli się tego nie robi, to, jak mówią znajomi, jest poczucie, że coś się traci. Ja nie umiem żyć pod presją, a taką tu czuję. Na czwartym roku studiów dostałam propozycję z serialu Samo życie. Miałam dylemat, czy w to wchodzić, bo marzyły mi się ambitne produkcje, wielkie role teatralne. Jan Englert, nasz opiekun roku, powiedział, że moim zadaniem jest się pokazywać, szkolić warsztat, więc powinnam brać tę rolę. Wzięłam.

Ale w momencie największej serialowej popularności postanowiła pani zniknąć, zostawić Warszawę i wyjechać do Wrocławia. Jaki był powód? 

- Miałam dosyć. Przesilenie, zmęczenie, wszystko razem. Trudno mi wchodzić w projekty na dłużej. Angażuję się całą sobą, ale przez to szybko się wypalam i przestaje mnie to interesować. Z Przepisem jest inaczej. Kręciliśmy trzy miesiące, a potem miałam przerwę, na cały grudzień i styczeń wróciłam do domu. Samo życie to był tasiemiec, do którego zdjęcia trwały non stop, nie miałam czasu na nic innego, więc po dwóch latach poczułam się wyczerpana, wiedziałam, że zawodowo stoję w miejscu.

Czytaj dalej na następnej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Kumorek | wywiady | Przepis na życie | aktorka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama