Nastawiony na przetrwanie
Jest królem życia i nowoczesnego podejścia do biznesu. Ze swojego nazwiska uczynił jedną z najlepszych amerykańskich marek. Z Lennym Kravitzem, który przeszedł długą drogę od bezdomnego chłopaka na ulicy do właściciela prywatnej wyspy na Atlantyku.
Wraca do swojej młodzieńczej pasji - aktorstwa. Po epizodzie w nominowanym do Oscara w 2010 roku dramacie "Hej, skarbie" Lee Danielsa zdecydował się zagrać w wielkiej produkcji wytwórni Disneya - "Igrzyskach śmierci" Gary’ego Rossa. Gra tam... stylistę. Ale niech nie zmylą nas pozory. To nie opowieść rozgrywająca się w państwie utworzonym na ruinach USA. Tytułowe igrzyska to okrutny reality show, którego uczestnicy na oczach telewidzów walczą o życie.
Z Lennym umawiam się w położonym w Beverly Hills hotelu Four Seasons, znanym głównie jako miejsce spotkań gwiazd z dziennikarzami. Zawsze więcej tu sławnych ludzi niż zwyczajnych turystów, a przed wejściem czeka sznur limuzyn. Kiedy rozmawiamy w pokoju na 12. piętrze z zapierającym dech w piersiach widokiem na Los Angeles, gdzieś obok nas wywiadu udziela Johnny Depp, a w sali konferencyjnej na dole z dziennikarzami spotyka się Mickey Rourke.
Lenny zadania aktorskie traktuje poważnie, ale do kariery podchodzi z dystansem. Widać po nim swobodę bycia człowieka, który lata spędził na scenie. Potrafi oczarować dziennikarza, ale gdy mówi o sprawach, które go oburzają, zamienia się w emocjonalny wulkan. Wchodząc do pokoju Lenny’ego, w drzwiach mijam Katię, rosyjską dziennikarkę. Z wypiekami na twarzy powtarza: "On naprawdę mnie pocałował!". Kiedy wreszcie go widzę, nie dziwię się tej ekscytacji - z ręką na sercu mogę potwierdzić, że Lenny zasłużenie plasuje się na szczycie rankingów na najseksowniejszego mężczyznę na świecie.
Jest taka młoda aktorka, nazywa się Zoë Kravitz. Tata prosił ją o rady, gdy sam zdecydował się na karierę na dużym ekranie?
Lenny Kravitz: Chyba nie sądzi pani, że mógłbym znieść porady, których udziela mi córka. Ale muszę się pochwalić, że "Igrzyskami śmierci" jej zaimponowałem. Siedzimy pewnego dnia z Zoë, a ja wtrącam spokojnie: "Wiesz, zadzwonili do mnie producenci, że mają dla mnie rolę w filmie 'Igrzyska śmierci' ", a ona na to: "Co? Dlaczego ty?!". Jako człowiek w pewnym wieku nie miałem pojęcia, że film jest adaptacją kultowej powieści dla młodzieży.
- Byłem bardzo zajęty i odcięty od świata. Nagrywałem właśnie album na Wyspach Bahama, gdzie trudno złapać zasięg komórki, nie mówiąc o internecie. Jakimś cudem dodzwonił się do mnie reżyser Gary Ross i zaproponował mi rolę. Mówił o powieści tak, jakby to było oczywiste, że cały świat wie, o co chodzi. Przez chwilę myślałem, że bredzi. Poprosiłem jednak o książkę, którą wysłał mi... mailem. Biegałem więc po wyspie z moim iPadem w ręku, próbując złapać zasięg. W końcu udało mi się na środku ulicy podkraść czyjeś domowe Wi-Fi i ściągnąć maila. To była bardzo dobra historia, która dawała mi pole do popisu. Następnego dnia oddzwoniłem do Gary’ego, mówiąc, że jestem zainteresowany.
Co urzekło dorosłego człowieka w historii pisanej z myślą o nastolatkach?
- Podobieństwa do świata, w którym żyjemy. Sam nieczęsto oglądam telewizję, co nie znaczy, że nie mogę utożsamić się momentami z ludźmi z książki, którzy oglądają igrzyska śmierci.
Wspomniał pan, że nagrywał płytę na Bahamach. Dlaczego tam?
- Zbudowałem tam studio nagraniowe. Sytuacja na dzisiejszym rynku muzycznym jest przygnębiająca. Nikt już nie kupuje płyt, kradzież muzyki to normalna praktyka akceptowana społecznie. Nasi odbiorcy kierują się zasadą: "P... ich, i tak są bogaci!".
Pan chyba nie powinien narzekać na brak gotówki.
- McDonald’s też jest bogaty, a nikt nie żąda hamburgerów za darmo. Większość tego, co mam, inwestuję we własne nagrania. W dzisiejszych czasach nie istnieją już właściwie wytwórnie muzyczne. Odbiorcy widzą czubek góry lodowej, czyli bogatego muzyka, tymczasem przy nas pracę miały tysiące ludzi: inżynierowie, obsługa nagrań. Na cenę płyty nie składały się wygórowane potrzeby gwiazdy czy chore marże wytwórni. To była także pensja technika i faceta, który zamiatał po sesji.
Mówi pan o dzisiejszej sytuacji muzyków ze złością. Czy to z powodu frustracji ucieka pan w inne formy twórczej działalności?
- Nie. Robienie różnych rzeczy to mój sposób na karierę. Zanim zająłem się muzyką, poważnie myślałem o aktorstwie. Grałem, gdy byłem bardzo młody. Porzuciłem to, ale doświadczenie teatralne na scenach Los Angeles i Nowego Jorku nadal we mnie żyje. Jest częścią tego, co mnie ukształtowało. Nawet występy w telewizji i reklamówki, w których zagrałem, były ważne. Teraz tworzę muzykę, zajmuję się designem - projektuję wnętrza i meble, robię zdjęcia... Jestem otwarty na wszelkie formy kreatywnej działalności.
Miał pan kiedyś obawy, że ta energia twórcza może się wyczerpać?
- Raz, kiedy nagrywałem swój pierwszy album. Ogarnęło mnie zwątpienie. Nie miałem dobrych pomysłów, zablokowałem się na tydzień lub dwa. Myślałem, że umrę. A potem nagle wszystko wróciło i napisałem jedną z najlepszych piosenek w mojej karierze. Wtedy nauczyłem się, że muzyka, przynajmniej moja, nie powstaje na siłę. Niedawno oglądałem dokument o Woodym Allenie. Mówi w nim: "Po prostu prę do przodu. Siadam codziennie i zmuszam się, by coś napisać". On jest geniuszem, to jego styl, ale w moim przypadku jest inaczej - musi pojawić się iskra.
Są jakieś sprzyjające warunki, w których lepiej się panu pisze?- Tego nie da się przewidzieć - mogę być w euforii, mogę być zdołowany albo zły. Nie mam jakichś nawyków, fetyszy, ulubionego szlafroka do pisania czy wina.
Jako muzyk ma pan kontrolę nad tym, co pan robi, jako aktor oddaje się w ręce reżysera, producentów. Łatwo się panu podporządkować?
- To, że nie wszystko jest na mojej głowie, mnie pociąga. Piszę, gram na instrumentach, śpiewam, produkuję, miksuję dźwięk, generalnie robię wszystko. Muzyk jest jak malarz - jeden facet musi opanować całość procesu twórczego. Kiedy jestem aktorem, sprawa mnie nie dotyczy. Film nie powstaje po to, bym tylko ja mógł się zrealizować.
Walczy pan o role?
- Nawet nie powiedziałem nikomu, że jestem zainteresowany tą robotą. Wiem, że ludzie, którzy osiągnęli sukces w innych dziedzinach, kiedy chcą się wziąć do aktorstwa, traktują je szalenie poważnie: przeprowadzają się do Los Angeles, bywają na lunchach z ważnymi ludźmi, mają kalendarz imprez, na których trzeba być. Nie robię nic z tych rzeczy. Mam agenta od tych spraw, reszta dzieje się naturalnie. Powodem, dla którego po 20 latach przerwy zacząłem się znów interesować aktorstwem, był fakt, że filmowcy dostrzegli we mnie potencjalnego odtwórcę ciekawych postaci. Przez ostatnie dwie dekady oferowano mi role, ale zawsze były banalne i stereotypowe - zazwyczaj miałem być muzykiem albo czarnym charakterem - więc odmawiałem. Nienawidzę, jeśli obsadza się mnie "ze względu na warunki".
Jaka jest pana wymarzona rola?
- Komediowa. Proszę koniecznie obejrzeć mój klip "Stand", gdzie gram trzy postacie. Ja mam talent do komedii!
A co było pociągającego w postaci stylisty?
- To nie jest stylista ze sztucznego świata blichtru, jaki znamy. Nie zajmuje się ubieraniem ludzi po to, by wyglądali pięknie, tylko po to, żeby przetrwali igrzyska. Zasady są takie, że ten, kto wygląda atrakcyjniej, ma większe szanse przetrwania. Ludzie ze świata "Igrzysk śmierci" oglądają w telewizji walkę na śmierć i życie. Jeśli ktoś im się podoba, a, na przykład, został właśnie ranny, można zasponsorować jego leczenie. To jest gra o zaskarbianie sobie sympatii ludzi i dzięki temu wygrywanie szansy na przetrwanie. Na to składają się osobowość i wygląd uczestnika igrzysk.
Zasady "Igrzysk..." przypominają rynek muzyczny: osobowość, talent i wygląd w tym samym stopniu decydują o tym, czy się na nim przetrwa.
- Powiedziałbym, że to, co kiedyś było domeną show-biznesu, dziś rozlało się na świat poza nim. W codziennym życiu też ocenia się nie tylko twój talent czy osobowość. Masz wyglądać jak gwiazda serialu, by dostać pracę w biurze. Ludzie oczekują od siebie nawzajem coraz więcej.
Jaki jest styl Lenny’ego?- Koszula, spodnie, trochę biżuterii, czyli to, co mam dziś na sobie, w moich kategoriach jest bardzo konserwatywne. Ale nie ma "stylu Lenny’ego". Chyba że ciągłe poszukiwanie jest stylem. Moja matka była hipiską, cały nasz dom był taki. Ukształtowali mnie ludzie, którzy z improwizacji uczynili styl.
Matka była hipiską, ale dała panu imię po wuju - bohaterze wojennym.
- Nigdy nie wierzyłem w wojnę. Dorastałem w przekonaniu, że jest złem. Na okładce mojego najnowszego albumu umieściłem swoje zdjęcie z czasów, gdy miałem siedem lat. Mam pacyfkę na głowie, a na moim ciele widać napis: "Pokój i miłość". Już w tym wieku wiedziałem wiele o ruchu pacyfistycznym, miałem sporą świadomość tego, co działo się wokół mnie. Pamiętam, że mama zawsze nosiła pacyfkę, w domu dużo mówiło się o miłości, pokoju, muzyce, sztuce. Tym nasiąkłem jako dzieciak. O wujku, po którym noszę imię, dowiedziałem się znacznie później. Był bohaterem, ocalił cały swój pluton. Został za to odznaczony orderem - Purpurowym Sercem - ale odmówiono mu najwyższych honorów wojskowych, bo był Żydem.
Doświadczył pan kiedyś dyskryminacji?
- Jestem typem nastawionym na przetrwanie. Zawsze patrzę 20 kroków w przód, by przygotować się do uniku albo oddania ciosu. Kiedy miałem 15 lat, przez jakiś czas mieszkałem na ulicy. Myślę, że to wyostrza zmysły. Paradoksalnie bardzo się cieszę z tego doświadczenia, to była jedna z ważniejszych życiowych lekcji.
-------
Lenny Kravitz - urodził się w Nowym Jorku 48 lat temu z mieszanego małżeństwa rosyjskiego Żyda z Afroamerykanką z Wysp Bahama. Wyrósł w środowisku muzyków jazzowych (przyjacielem jego ojca był Duke Ellington). Od wczesnej młodości Lenny uczył się grać na perkusji i gitarze. Po przeprowadzce rodziny do Los Angeles zdał egzamin do chłopięcego chóru, z którym wykonywał cały repertuar muzyki klasycznej. Jako dorosły artysta stał się jednym z najsłynniejszych producentów muzycznych, a także wokalistów i gitarzystów. Od debiutu w 1989 roku albumem "Let Love Rule" sprzedał ponad 35 milionów płyt i zdobył cztery nagrody Grammy (m.in. za przebój "Fly Away"). Współpracował z Madonną i Mickiem Jaggerem. Niedawno ukazał się jego dziewiąty studyjny album "Black and White America". Grywa też w filmach.
Rozmawiała Magdalena Lankosz
Przeczytaj relację z koncertu, który odbył się w listopadzie 2011 roku w Warszawie
Recenzja ostatniej płyty „Black And White America”:
A tu znajdziesz teledyski Lenny'ego Kravitza
PANI 2/2012
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
Reklama
Wasze komentarze (5)
-
07.02 (11:29)Jego płyta Time for A Love Revolution była kiepska. Jakbym słuchał dwóch piosenek wykonywanych przez amatorską kapelę z liceum. Jedna w tempie 4/4 następna 3/4 i tak na przemian. Piosenki bez melodii, czegokolwiek charakterystycznego dzięki czemu mogłyby utkwić w pamięci. Niektóre jakby gdzieś wcześniej słyszane. Albo ulepione z fraz innych utworów.
-
06.02 (10:07)~maxxJako syn jednego z najwiekszych producentow telewizyjnych i znanej aktorki ,lenny był bezdomny a do tego mieszkał i ukończył szkołę w Bewerly Hils ...brawa dla autorkiDokładnie kto to pisał ?
-
-
06.02 (08:18)Jako syn jednego z najwiekszych producentow telewizyjnych i znanej aktorki ,lenny był bezdomny a do tego mieszkał i ukończył szkołę w Bewerly Hils ...brawa dla autorki
-
06.02 (06:21)[quote user=~maliborska]Słucham Pana od 1990 roku i nie mam zamiaru przestać. Byłam na 2 koncertach i chcę Pana więcej w Polsce. Pozdrawiam, choć Pan tego nie usłyszy....tylko nie nawal w majty z wrażenia jak ta Ruska....
-
05.02 (19:06)Słucham Pana od 1990 roku i nie mam zamiaru przestać. Byłam na 2 koncertach i chcę Pana więcej w Polsce. Pozdrawiam, choć Pan tego nie usłyszy:(












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia