Przejdź na stronę główną Interia.pl

Myślę, mówię, mam!

Najczęściej wyszukiwana Marta w sieci. "Ciasteczkowy potwór", piszą o niej internauci. Z tych określeń Marta Żmuda Trzebiatowska zgadza się tylko z drugim.

Nie jest lukrowana jak jej bohaterka z serialu Teraz albo nigdy! Bezczelnie przyznaje: Jeszcze się nie sparzyłam. Spełnia się to, co sobie zaplanuję. Teraz chce być aktorką pracoholiczką. Potem supermamą i żoną. Co, jeśli się nie uda? Wymyśli sobie nowe życie. W tym jest najlepsza.

Reklama

Ciemne okulary muchy, staranny makijaż i manikiur. Półuśmiech. Pierwsze wrażenie: "Piękna pani z telewizji". Nieskazitelna. A jednak nie, zerkam na wielką torbę Marty. Pognieciony, pomazany długopisem, wypchany po brzegi skórzany worek wiele mówi o właścicielce. - Opisz te parę kilogramów, a dowiesz się, kim jestem - Marta otwiera torbę. Trzy miniflakoniki perfum. W każdej przegródce inny błyszczyk. Pokreślony na czerwono wydruk scenariusza. I drugi. Jeszcze bardziej pomazany. Podniszczone wydanie "Cząstek elementarnych" Houellebecqa. Tabletki na ból głowy. Kalendarz. Zeszyt w różyczki, w którym Marta zapisuje angielskie słówka, cytaty i przemyślenia. Obok atrapa broni krótkiej typu glock i czerwone rękawice pięściarskie. - Uważaj, bez pytań poniżej pasa - grozi jedną z nich.

TWÓJ STYL: Znokautowałaś już dziś kogoś?

MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA: Z każdym lewym sierpowym nokautuję swój landrynkowy wizerunek - czas posłać go na deski. Boksuję, bo szykuję się do nowej roli. Dziś ćwiczyłam cztery godziny, najpierw powaliłam kilku facetów na ziemię, potem ubłagałam trenera: Załóż mi wreszcie rękawice. Parę razy dostałam, ale i tak czuję, że boks to rozrywka w sam raz dla mnie. Od dziecka powtarzam: powinnam być chłopakiem.

Inaczej sobie wyobrażałam Ciebie prywatnie. Kobieca, raczej w kwiecistej sukience niż w trampkach i bojówkach...

Powiedzmy otwarcie, spodziewałaś się mimozy. Takiego Orkiszonka, jak mówię o mojej bohaterce z Teraz albo nigdy! Jest trochę nijaka. Dzięki niej polubiłam przez moment chodzenie w sukienkach. Ale nie ukrywam, drażni mnie tym swoim "żyćkiem". Za mało ma dziewczyna testosteronu.

Teraz będziesz mężczyzną?

Facetem na pół etatu... Antyterrorystką w komedii sensacyjnej. To rola, którą sobie wymarzyłam, czuję, że wreszcie ktoś obsadził mnie zgodnie z temperamentem. Robię się twarda. Wszyscy zauważają zmianę. Inaczej chodzę, inaczej siadam, przeklinam nie tylko pod nosem. Rok temu nie odbierałam zastrzeżonych numerów, bałam się konfrontacji z dziennikarzem. Dziś odpowiadam: "nie mam nic do powiedzenia". Jestem spokojniejsza, zrównoważona, silna. O! MMS od trenera - Marta patrzy na ekran komórki: zdjęcie z treningu, w rękawicach bokserskich. Podpisane: "Wojowniczka".

Wygrałaś tę poranną walkę?

Jak zwykle: myślę, mówię, mam (śmiech). Dla mnie nie ma przegranych walk, są tylko potyczki, których się nie wygrało. Ale to bez znaczenia, bo chodzi o to, by wygrać wojnę. Znam patent, który stosuję od dziecka: wypowiadam marzenia na głos. W czasie przerwy w podstawówce na parapecie powiedziałam: "Będę aktorką". W samochodzie gdzieś w warszawskim korku: "Fajnie byłoby rok po studiach zagrać w dużej fabule. I w teatrze". Szorując posadzkę w wynajętym mieszkaniu: "Na 23. urodziny wprowadzę się do własnego". Boję się pomarzyć o roli u Almodóvara, za słabo znam hiszpański. Na razie umiem powiedzieć: "Tienes culo tremendo" - niecenzuralny zwrot. Jest jeszcze kilka niewypowiedzianych życzeń. Jak dotąd wszystko się spełnia.

Dziecko szczęścia?

"Ładniutka farciara", ludzie tak piszą o mnie w internecie. A ja nie widzę tu przypadku. Może jestem kujonem, perfekcjonistką? Ale to nie znaczy, że wszystko mi wychodzi. Powtórzę za Woodym Allenem: "Nie mam więcej talentu od kolegów z podwórka. Sukces zawdzięczam samodyscyplinie". Skoro chciał nauczyć się grać na klarnecie, ćwiczył siedem godzin dziennie. Pamiętam, jak koleżanki wyciągały mnie do dyskoteki Joker w rodzinnym Przechlewie: "Nie mogę, muszę robić matmę". Siedziałam nad rachunkiem prawdopodobieństwa, dopóki nie zrozumiałam zadań sama. Nie zaglądałam do odpowiedzi, które były na ostatniej stronie, żeby nie chodzić na skróty. Nie znoszę odpuszczać. Ostatnio na planie usłyszałam rozmowę operatora z reżyserem: "Założę się o whisky, że Marta nie poprowadzi tędy quada, zbyt stromo, potrzebujemy kaskadera". Oczywiście przejechałam, a whisky wypiliśmy razem. Nic mnie tak nie mobilizuje jak hasło: nie dasz rady. Tak właśnie lubię żyć. Na granicy ryzyka.

Jesteś chorobliwie ambitna?

Wolę słowo: pracowita. Zasypiam, myśląc o pracy, budzę się z głową "w roli". Bezboleśnie włączam opcję: robot. Osiemnaście godzin na planie? Żaden kłopot. Wieczorem uczę się tekstu, rano wstaję jak nakręcona. Często na planie słyszę: Coś ty brała, że masz taki power? Na pierwszym roku Akademii Teatralnej przychodziłam do szkoły o piątej rano, wychodziłam o 23. To było jak pasja, namiętność, chciałam się spalić. Na salach wisiały kartki z nazwiskiem: "Żmuda - rezerwacja". Po zajęciach ćwiczyłam do nieprzytomności, poezję, śpiew, taniec. Nic na pół gwizdka. Jeśli mam być mierną aktorką, wolę być kimkolwiek. Byle dobrym.

Są okładki, billboardy. Złamana gałąź przed Twoim oknem po tym, jak zdesperowany paparazzi próbował Cię podejrzeć w domu na Kabatach. Jesteś już gwiazdą. A wielką aktorką?

Gwiazdą? Humphrey Bogart powiedział kiedyś: "Jeśli mieszkaniec Karaczi wymówi bezbłędnie twoje nazwisko, jesteś gwiazdą". Żmuda Trzebiatowska to zadanie niewykonalne. Ja nawet nie wiem, czy już jestem aktorką, mimo dyplomu. Wymyśliłam sobie kiedyś: to ja będę wybierać scenariusze, a nie scenariusze mnie. Dotąd na moim biurku nie leżała sterta propozycji, więc brałam wszystko. Myślałam: w tym zawodzie się nie odmawia. Brad Pitt zaczynał od reklam lewisów. Pracowałam na wizerunek, żeby moje nazwisko zaczęło coś mówić. Grałam w serialach lepszych i gorszych, wystąpiłam w Tańcu z gwiazdami. Jestem, jak mawiał pan Jan Machulski, "rolorobem". I choć wciąż nieśmiało mówię o sobie "aktorka", wreszcie mam dylemat: wybrać to czy to. Teraz będzie komedia sensacyjna, potem kolejne marzenie: kostium. A paparazzich staram się polubić. Niedawno zdjęłam czerwone prześcieradło, które kiedyś zawiesiłam w oknie, żeby się schować. Zgadzam się z Coco Chanel: gwiazda całe życie pracuje jak opętana, żeby być popularna, a potem wkłada ciemne okulary, żeby nikt jej nie rozpoznał.

Nie boisz się komentarzy: odbiło jej, zachłysnęła się sukcesem!

Jaki sukces? Serialowa popularność? Trochę za mało. Czasem mam wrażenie, że ludzie chcieliby widzieć we mnie Kopciuszka. Niepozorna dziewczyna przyjeżdża ze wsi do Warszawy z marzeniami o życiu gwiazdy. Tak o mnie piszą - jak Trzebiatowska, to ma być sentymentalnie, prowincjonalnie. Z łąką i krówką w tle... Zgadza się jedno - byłam wycofana. I mocno przestraszona. Pamiętam przyjazd na egzaminy do Akademii. Przez brudne korytarze Dworca Zachodniego taszczyłam walizę. W sekundę, jak Ally McBeal, moja ulubiona bohaterka, zrobiłam się mikroskopijna. Wokół wielkie budynki, syreny karetek, co chwila ktoś mnie potrącał, zaczepiał. Pomyślałam: Jestem w dżungli! Wokół galopują żyrafy, nosorożce. Stratują. Przez rok myślałam: może lepiej wrócę do Przechlewa?

Sen o Warszawie okazał się koszmarem?

Nie tak miało być. Najpierw nie dostałam się do szkoły - zabrakło mi jednej dziesiątej punktu, byłam pierwsza "pod kreską". Koleżanka pomogła napisać odwołanie. Skutecznie, przyjęto mnie na pierwszy rok. Długo byłam w tyle. Było inaczej niż w naiwnych marzeniach, w których szkoła teatralna wydawała się ciemnym, ponurym miejscem, pełnym kurzu i dymu tytoniowego, gdzie grupka ludzi będzie RAZEM tworzyć SZTUKĘ przez duże S. Taki podziemny tajemniczy krąg. Legendy mówiły, że tam uczą latać.

Nie uczyli?

Miała być zabawa. Przedstawienia, próby, studenckie życie. Koledzy z innych szkół chodzili na juwenalia, imprezy. U nas liczyło się tylko: przetrwać pierwszy, "selekcyjny" rok. Byłam strasznie samotna. Nie miałam czasu na przyjaźń. Ani na miłość. Pamiętam obiady: rozgrzebany makaron z cukrem, jedzony w pojedynkę. Okropne mieszkanie w bloku za Żelazną Bramą, gdzie wcześniej mieściła się agencja towarzyska, traktowałam jak hotel. Wynajmowałam je z kolegami, żeby było taniej. Żyliśmy niby w komunie, ale osobno.

Na co liczyłaś?

Zapytaj: Czego nie przewidziałaś? Rywalizacji, rozpychania się łokciami, zazdrości. Na pierwszym roku, ilekroć wracałam do domu, zastanawiałam się: chyba się pomyliłam. Dałam sobie pół roku. Zawalczyłam.

Wygrałaś?

Bo odpuściłam. "Najwyżej mnie wywalą - pomyślałam. - Złożę papiery na slawistykę i ekonomię, nie muszę być aktorką". Przestałam szaleńczo starać się, ćwiczyć. I nagle w indeksie pojawiły się piątki, pochwały od profesorów. I od koleżanki, najważniejsza: Wiesz, rok temu musiałaś nas gonić. Teraz my musimy biec za tobą. Grając rolę w spektaklu na drugim roku, pomyślałam: Spoko. Dajesz radę dziewczyno. Moje motto brzmi dziś: Nic na siłę, nie za wszelką cenę...

Marta Bednarska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje