Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Jaruzelska: Mogę polegać tylko na sobie

Ze słabości może rosnąć siła, choć nie zgadzam się z tym zbanalizowanym cytatem z Nietzschego, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Tylko dobre zdarzenia dają nam siłę, radość życia, natomiast wszystkie traumy wywołują rysy - mówi Monika Jaruzelska, która wydała właśnie drugą książkę opartą na wydarzeniach ze swojego życia - w rozmowie z dziennikarką Styl.pl Anną Piątkowską.

Czytając "Towarzyszkę Panienkę" - pani pierwszą książkę, pomyślałam, że wymagała sporej odwagi - otwarcie mówi pani o samotności, która towarzyszyła jej przez całe dzieciństwo. Ale podobno ta książka jest wyrazem hedonizmu.

Reklama

Monika Jaruzelska: - Kiedy pisałam pierwszą książkę, rzeczywiście odwoływałam się do tych momentów w moim życiu, które były miłe. Ona powstawała z takich historii, które sprawiały mi przyjemność i odtwarzanie ich było przyjemne. Ale oczywiście było to podsumowanie życia, więc musiałam się też odnieść do tych momentów, kiedy było zdecydowanie mniej miło, a nawet niemiło. Hedonizm polegał na tym, że pisanie, choć momentami jest bardzo trudne i żmudne, daje poczucie wolności, możliwość dysponowania własnym czasem.

- Podczas pisania "Rodziny" nie było już nawet cienia hedonizmu. To była ciężka praca, a dodatkowo sytuacje, które miały miejsce w tym czasie - nasilenie choroby ojca, skandal, który wybuchł wokół rodziców, a także dotykanie pewnych bolesnych wydarzeń, sprawiło, że ta książka wymagała ode mnie większego trudu.

Nie myślała pani, żeby po tym skandalu wycofać się, opóźnić premierę książki?

- Mam za duży szacunek dla swoich czytelników, żeby pomyśleć, że poprzez ten skandal zainteresują się książką. Skandale dobrze podnoszą sprzedaż brukowców. Książka jest czymś, co chcemy postawić u siebie na regale, więc powinna mieć charakter czegoś czystego. Kupujemy książki kogoś, kogo szanujemy, a nie ze względu na ich wartość skandaliczną. Skandal nie ma żadnej wartości. Ale rzeczywiście zastanawiałam się, czy nie przesunąć daty premiery książki. Uznałam jednak, że byłoby to działanie ucieczkowe. Mnie bardzo dużo kosztowało, żeby zdecydować się na pisanie książek, a i moi rodzice są w takim wieku, że mogło się zdarzyć wiele sytuacji, które odsunęłyby ten moment jeszcze bardziej. Skoro więc już skoczyłam do wody, to trzeba było płynąć.

Czytając "Towarzyszkę Panienkę" pomyślałam, że jest odważna, ale kiedy  wzięłam do ręki "Rodzinę" uznałam, że to dopiero jest akt odwagi. Książkę zaczyna pani od przywołania próby samobójczej...

- Pisanie o tym nie wymagało odwagi. Ja oddzielam siebie jako osobę i siebie jako autorkę książki. Mimo że książka ma absolutnie charakter osobisty, autobiograficzny, bo to portret rodziny we wnętrzu, to poprzez to, że skończyłam polonistykę, sama dużo czytam, zajmuję się dziennikarstwem, podeszłam do pisania tej książki w sposób bardzo merytoryczny. Ona nie była jakąś próbą załatwienia swoich spraw emocjonalnych czy autoterapią. Była pisana z pełną świadomością publicystyczną i jednocześnie z pełnym szacunkiem do czytelnika. Pisałam tę książkę dla czytelnika, a nie dla siebie.

Gdybym miała niepozałatwiane emocjonalnie pewne sprawy, o których piszę w książce, gdybym nie miała poczucia, że patrzę na nie już z dystansu emocjonalnego, jaki dał mi czas i fakt, że sama stworzyłam rodzinę, w której jest mi dobrze i w której jestem osobą bardzo ważną dla mojego syna, to prawdopodobnie nie napisałabym tej książki. Nie traktuję więc tego, że piszę o sprawach bardzo osobistych jako aktu odwagi. Wiedziałam, że ze względu na moje nazwisko pojawi się wiele nie merytorycznych komentarzy, np. gdzieś pojawi się zdjęcie ojca  - to jedyny aspekt odwagi w związku z książką. Poprzez pisanie książek stałam się osobą publiczną, bo kiedy zajmowałam się modą, byłam schowana - jak napisałam to w "Towarzyszce Panience" - w wielkiej szafie. Wiedziałam, na co się narażam z tym nazwiskiem. Jednocześnie znam siebie, ufam sobie i wiem, ile rzeczy jestem w stanie znieść.

"Rodzina" to książka o pani, ale nie tylko. Czy konsultowała się pani z rodzicami pisząc ją?

- Nie, nie pytałam rodziców o zdanie. Mam 51 lat i swoje życie. Rodzice też nie pytali mnie o decyzje, które podejmowali w swoim życiu, a które miały dla mnie czasami znaczniej bardziej dotkliwe konsekwencje, np. decyzje polityczne ojca czy występy mamy w tabloidzie. Rozmawiając z wieloma dziennikarzami zarówno przy pierwszej książce, jak i przy drugiej, spotkałam się z dwoma stanowiskami: jedni uważają, że te książki to próba ocieplenia wizerunku generała Jaruzelskiego, drudzy, że to oskarżenie.

A jak rodzice przyjęli książkę?

- Ojcu się bardzo podobała, mama jeszcze nie czytała.

"Rodzina" to próba wpisania siebie w szerszy kontekst, postawienia się w dużej rodzinie, dotarcia do korzeni, np. poprzez opowiedzenie o relacji pani ojca z jego matką.

- Tak, ta książka ma taką konstrukcję, przez którą chcę pokazać wielopoziomowość i powtarzalność pewnych schematów zachowań albo też ich przeciwieństwo. Rodzina jest swego rodzaju strukturą. Jednocześnie chciałam pokazać szeroko swoją rodzinę. Ale założenie było jeszcze szersze, że pokazując przypadek mojej rodziny, czytelnicy znajdą wiele analogii lub przeciwieństw do tego, co działo się w ich rodzinach. Pewnych relacji, które w rodzinach rządzą, pewnych emocji i powtarzalności.

- Punktem wyjścia jest moja rodzina, ale tak naprawdę wnikliwy czytelnik zada sobie pytanie o rodzinę jako taką, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy jej konstrukcja staje się coraz słabsza. Nie stają się słabsze więzi rodzinne, ale właśnie sama konstrukcja, która jest coraz bardziej patchworkowa, rozdzielona. Rodzina to struktura, natomiast więzi emocjonalne są często nieproporcjonalne do niej, np. bardzo kogoś kochamy w rodzinie a więzi nie są silne albo odwrotnie, czujemy się samotni a jednocześnie jesteśmy uwikłani w jakieś struktury.

No właśnie - pisze pani, że pani i rodzice byliście trzema bezludnymi wyspami, ale jednocześnie szuka pani wspólnego mianownika, czegoś, co określa tę rodzinę, spaja te trzy wyspy.

- Byliśmy wszyscy samotni, ale łączył nas wspólny los, pewne konsekwencje decyzji rodziców. Uzależnienie od tego spowodowało, że pomimo tej samotności i różnic jednak jest między nami silna więź. Nie zawsze jest ona taka, jak by się chciało, ale jednak jest.

Mocno przeciwstawia pani też model, w jakim panią wychowywano i sposób, w jaki pani wychowuje swojego syna.

- Uczymy się na błędach swoich albo czyichś. Mój syn ma tę komfortową sytuację, że ja się uczyłam na błędach jego dziadków w stosunku do ich córki, czyli jego mamy. W związku z tym ich błędów nie popełniam, choć z pewnością popełniam jakieś inne. Często zastanawiam się, czy nie za bardzo mu pobłażam. Widzę jednak, że efekty tego są bardzo dobre i to pobłażanie sprawiło, że mój syn ma duże poczucie własnej niezależności i umiejętność wyrażania własnych sądów. Jest szczery i nie boi się samodzielnie myśleć. A jednocześnie ma ogromne poczucie bezpieczeństwa, wiedząc, że ma oparcie we mnie i w swoim tacie, czyli to, czego mnie brakowało - emocjonalne wsparcie.

- Ale też chcę powiedzieć, że we mnie nie ma poczucia bycia ofiarą. Gdybym czuła się ofiarą, to ta książka by nie powstała. Mam oczywiście poczucie chronologii wewnętrznej, która ma swoją ciągłość od momentu urodzenia do dziś, ale nie ma we mnie takiej pełnej identyfikacji z tym, kim byłam trzydzieści lat temu. Jednocześnie czuję sympatię do tej dziewczyny, którą byłam ileś lat temu i którą się zaopiekowałam i zintegrowałam w sobie. Dzięki temu stała się silną kobietą.

Jaką jest pani mamą?

- Na pewno tolerancyjną. Otwartą, ale bardzo uważną. Staram się, żeby nie zagarnąć syna, żeby on nie czuł się osaczony przez moje uczucia, żeby nie było tak, że ma na tyle silną więź ze mną czy ze swoim tatą, że to odgradza go od rówieśników. Mam świadomość, że teraz on buduje fundamenty swojej osobowości i ja chcę go w tym wspierać. Jednocześnie chciałabym, żeby budował tę osobowość na relacjach ze swoimi rówieśnikami, osobami, z którymi się spotyka. Chcę się przyglądać temu, ale jakoś specjalnie nie ingerować. On musi wiedzieć, że najważniejsze jest to, że jeżeli będzie potrafił pewne rzeczy analizować, będzie potrafił być dobrym kolegą, trafnie będzie wybierał swoje zainteresowania, to to właśnie będzie budowało go jako człowieka. Bardzo mu w tym sekunduję, a jednocześnie nie chcę, żeby czuł na plecach oddech matki.

Na tle rodziny można doskonale zobaczyć samego siebie. Odpowiedzieć na pytanie, co nas ukształtowało, jakie mamy cechy wspólne i zależne od rodziny, wychowania, genów,  a co jest odrębne. To także w jakiś sposób próba określenia siebie.

- Tak, to rzeczywiście próba określenia siebie, odnalezienia mojego miejsca w rodzinie jaką stworzyli moi rodzice i mnie jako matki w rodzinie, którą stwarzam swojemu dziecku. Chcę też pokazać pewną pokoleniowość, która łączy się nie tylko z rodziną, ale także z historią.

Czy nazwisko było dla pani ciężarem?

- Tak, niejednokrotnie. Zdaję sobie sprawę, że były i są w moim życiu momenty, kiedy nazwisko było obciążeniem, ale byłoby wielką hipokryzją, gdybym powiedziała, że to wyłącznie obciążenie. Dzięki temu nazwisku miałam możliwość zaistnieć zawodowo i to nie dlatego, że ojciec mi w czymś pomagał. Żyjemy w czasach, kiedy znane nazwisko, nawet trudne, daje start. Czułam się obarczona tym nazwiskiem, ale też miałam świadomość, że gdybym je zmieniła wychodząc za mąż, wyjeżdżając za granicę - to byłaby  jakaś forma ucieczki, także przed swoją tożsamością i tym, co sama stworzyłam zawodowo, ale także relacji z ludźmi. Gdybym z tego wszystkiego zrezygnowała i zaczęła żyć jakimś zupełnie innym  życiem - po prostu bym uciekała.

- Zmierzenie się z tym problemem daje mi poczucie szacunku do samej siebie. Jeśli spotykamy na drodze jakieś niebezpieczeństwo i chowamy się przed nim, to nawet, gdy wyjdziemy i jego już nie będzie, my nie będziemy w stanie dowiedzieć się, czy bylibyśmy w stanie zmierzyć się z tym niebezpieczeństwem. Jeśli zaczynamy uciekać, to tak naprawdę nigdy nie ma końca tej ucieczki, bo wtedy uciekamy przed samym sobą i własną słabością.

Nigdy pani nie uciekała?

- Nie. Próba samobójcza, która podkreślam, nie miała charakteru wołania o pomoc, była jedyną próbą ucieczki przed tym, co mnie boli i sytuacji, która wydawała mi się wtedy bez wyjścia. Natomiast kiedy to się nie udało i sobie to wszystko wewnętrznie przepracowałam, to poczułam, że właściwie mogę polegać tylko na sobie i na tym, co zbuduję. Zaczęłam się wówczas bardzo intensywnie przygotowywać do egzaminów na studia, bo wiedziałam, że to właśnie będzie moja wolność.

- Ze słabości może więc rosnąć siła, choć nie zgadzam się z tym zbanalizowanym cytatem z Nietzschego, który często jest powtarzany w celebryckich wywiadach, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Tylko dobre zdarzenia dają nam siłę, radość życia, natomiast wszystkie traumy wywołują rysy. Oczywiście cierpienie cierpieniu nierówne i niektóre zdarzenia rzeczywiście mogą zadziałać na zasadzie szczepionki. Ale może też nastąpić takie zmęczenie materiału, wygięcie trwałe, które zostaje na zawsze, rana się zagoi, ale blizna zostaje.

- Te doświadczenia nie wzmocniły mnie, ale dały mi dystans do siebie i swoich emocji, reakcji ludzi, które często nie są związane z moją osobą - to dziedzictwo po ojcu. Mam tego świadomość, ale wiem też, że muszę założyć czasami cięższą zbroję i iść dalej i cieszyć się chwilą, kiedy mogę zdjąć tę zbroję.

Czytaj dalej na drugiej stronie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje