Przejdź na stronę główną Interia.pl

Miłość odwzajemniona

Pierwsza wprowadziła do polskiej telewizji zachodni styl. W jej programach śpiewali politycy, a gwiazdy publicznie wyznawały sekrety. Gdy stała się szefową Dwójki, o jej despotyzmie i wybuchowym charakterze krążyły anegdoty. Ma wrogów, ale nawet oni mówią o niej: niepodrabialna. W „Twoim STYLU” Nina Terentiew opowiada o swoich największych błędach, chwilach, gdy była „za burtą”, i zaletach serialu M jak miłość.

Twój Styl: Dwadzieścia lat temu była Pani...

Reklama

Nina Terentiew: Zupełnie inną kobietą! Artystką – kolorowym ptakiem. Tak właśnie o sobie myślałam. Nienawidziłam szarości. Pewnego dnia zrobiłam sobie na włosach turkusowo- żołto-czerwone pasemko jak skrzydło papugi. Słuchałam wtedy Maanamu i Republiki. Podziwiałam Kieślowskiego, aktorstwo Bogusława Lindy robiło na mnie piorunujące wrażenie. Co najmniej jeden weekend w miesiącu balowałam w Krakowie, gdzie w Piwnicy pod Baranami lub na krakowskim Kazimierzu chłonęłam wciąż „przechadzającego się tam” ducha bohemy. Zaprzyjaźniłam się z Piotrem Skrzyneckim i całą Piwnicą, poznałam Jasińskiego i jego Teatr Stu. Efekty moich fascynacji pojawiały się na antenie Dwójki. Aż tu pewnego dnia prezes Marian Terlecki zaproponował mi stanowisko dyrektora ds. artystycznych TVP2. I z artystki stałam się nagle kobietą władzy.

Jakie to uczucie?

Nina Terentiew: Nie imponowały mi wtedy stanowiska, więc niezbyt się ucieszyłam. Chciałam dalej robić moje ukochane rozmowy z artystami, filmy dokumentalne, wieczory piwniczne itp. Ale czułam, że to propozycja nie do odrzucenia, więc powiedziałam: „Prezesie, bardzo proszę o dwie literki przed tytułem dyrektor. – Jakie? – zapytał. – p.o. – odpowiedziałam i zastrzegłam: – Spotkajmy się za trzy miesiące. Pan zobaczy, czy daję radę, a ja, czy ten płaszcz leży wygodnie na moich plecach”. Był rok 1992, czas wielkich zmian w telewizji.

Nie byłoby ich, gdyby nie rok 1989, w Polsce wolne wybory, w Niemczech upadek muru berlińskiego...

Nina Terentiew: Widziałam to na własne oczy! Noc obalania muru berlińskiego spędziłam na ulicach Berlina. Pojechałam tam jako dziennikarka z Teatrem Wielkim i Czarną maską Krzysztofa Pendereckiego. Miałam zrobić film o tym utworze wystawianym akurat w Operze Berlińskiej. Po spektaklu wyszłam na ulicę, obcy ludzie częstowali mnie szampanem. Na chodnikach leżało tyle potłuczonych butelek, że po kostki brodziłam w szkle. Jakiś chłopak wcisnął mi w dłoń kawałek berlińskiego muru. Do dziś go przechowuję, choć nie wiem, czy był prawdziwy.

Przypomina o tym, że...

Nina Terentiew: Wreszcie mogłam zobaczyć świat. Przez lata miałam problemy z paszportem, bo siostra mojej mamy mieszkała w Kanadzie. Dostawałam od niej paczki pełne pachnących tamtym światem sukienek i sweterków. Cichaczem kupowałam też czasami w bramie bony od cinkciarzy, żeby zdobyć w Peweksie prawdziwe dżinsy. W tych ciuchach przechadzałam się Krakowskim Przedmieściem. „Krzyczałam” swoim strojem: „Wiem, co jest modne. Jestem Europejką!”.

Wtedy to były jeszcze deklaracje na wyrost. Kiedy poczuła się Pani Europejką na sto procent?

Nina Terentiew: W Londynie, w końcu lat osiemdziesiątych. Pamiętam taki obraz: piję szampana, palę cienkiego papierosa, a na nogach mam kupione przed chwilą na wyprzedaży szpilki Dolce- &Gabbana. Siedziałam wtedy z moją przyjaciółką w barze w teatrze na West Endzie i za chwilę miałam zobaczyć pierwszy w swoim życiu musical.

TS: Lubi Pani luksus?

Nina Terentiew: Jeszcze dziesięć lat temu, choć trudno mi w to dziś uwierzyć, mieszkałam w małym mieszkanku w kamienicy i nie uważałam, że powinnam żyć bardziej reprezentacyjnie. Powtarzałam sobie przez lata, że nie trzeba mieć pieniędzy, ale piękną duszę. Że liczy się być, a nie mieć. Dziś uważam, że to trochę naiwne. Nie marzę o rezydencji w Konstancinie, ale pieniądze niewątpliwie dały mi wolność i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli zachoruje moja mama, wiem, że nie będzie czekać rok na badanie w NFZ-cie.

Jakie były Pani najważniejsze podróże ostatnich 20 lat?

Nina Terentiew: Przez dziesięć kolejnych lat wyjeżdżałam do Montreux w Szwajcarii na jeden z najsłynniejszych festiwali telewizyjnych Róże Montreux. Zobaczyłam tam kolorowy świat, pełen szczęśliwych starych ludzi. Po powrocie opowiedziałam swojej babci o starszych paniach, które przychodzą tam do kawiarni w różowych płaszczach, z małymi pieskami na smyczy. A moja ukochana babcia, która dożyła 102 lat, nie dowierzała: "Naprawdę w różowych?". Mówiłam: "Tak, babciu, w różowych. Są szczęśliwe i nie wstydzą się, że są stare". Niezwykły był też mój pierwszy wyjazd do Cannes w 1994 roku. Przeszłam się wtedy po czerwonym dywanie. Złotą Palmę dostał Tarantino za Pulp Fiction, ale do nagrody startowały też Trzy kolory. Czerwony Kieślowskiego. Widziałam, jak Tarantino podszedł potem do Krzysztofa i powiedział: "Mistrzu, to tobie należała się ta Palma".

Podpatrywała Pani, jak pracuje się w zachodnich stacjach? Chyba jako pierwsza kobieta w polskiej telewizji zachowywała się Pani swobodnie na wizji.

Nina Terentiew: Pamiętam taki obraz z wyjazdu do Sztokholmu: wracam do hotelu po obejrzeniu w kinie pierwszego w życiu Bonda i oczywiście włączam telewizję, a w niej szwedzkie prezenterki, jakby żywcem wzięte do studia ze sztokholmskiej ulicy! Miały na sobie dżinsy, sweterki i zwyczajne fryzury. Zapytałam, jak to możliwe. Usłyszałam, że przeciętna Szwedka siedząca przed telewizorem nie może się frustrować, że nie wygląda jak "pani z telewizji". Bardzo mi się to spodobało.

I postanowiła Pani wprowadzić luz do polskiej telewizji?

Nina Terentiew: Gdy wymyśliłam Bezludną wyspę, miałam nadzieję, że ludzie siedzący pod palmą na prawdziwym piasku i na prawdziwych leżakach zaczną się zachowywać naturalnie. I tak się stało. Pamiętam jak Kora zdjęła szpilki i usiadła po turecku. A gdy zaprosiłam na „wyspę” Zbigniewa Religę i Jerzego Dudę-Gracza, malarz zażartował: „Pańskie błędy przykryje ziemia, a moje wiszą na ścianach”. Profesor Religa nie obraził się za ten czarny humor.

Pamięta Pani jeszcze jakichś szczególnych gości?

Nina Terentiew: Jednym z pierwszych był młody, obiecujący polityk z Wybrzeża Donald Tusk. Świetnie go zapamiętałam, bo odwołał nagranie w ostatniej chwili! Ale tak pięknie przeprosił, że zaprosiłam go do następnego programu. Nie zapomnę też spotkania z Henryką Bochniarz. Była wtedy ministrem przemysłu w gabinecie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Na „wyspie” spotkała się z Marią Fołtyn i Korą Jackowską. Fajnie się rozmawiało i Nika zaproponowała wspólną kolacyjkę. Powiedziała na niej: „Mężczyźni mają swoje cygara, whisky, kluby. Może my też powinnyśmy mieć coś dla siebie?”. I tak powstał Klub 22, bo należały do niego wtedy 22 panie, m.in. Hania Gronkiewicz- Waltz, Bożena Walter, Magdalena Środa, Kora, Irena Eris, Danuta Hübner. Klub istnieje do dzisiaj. Organizuje comiesięczne spotkania z ważnymi politykami. Próbują nam tłumaczyć swoje decyzje, a my szukamy w tym sensu logiki, zadając im niewygodne pytania. Nawet kolejni prezydenci przez te 16 lat byli u nas jednakowo stremowani. To w Klubie 22 narodził się też ostatni Kongres Kobiet, z czego jestem bardzo dumna.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje