Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marcin Kydryński: Wszystko o mojej matce

„Marcin był radosnym chłopcem. To się zmieniło od czasu, kiedy zaczął studia. Nieraz zastanawialiśmy się, czy nie popełniliśmy jakichś błędów” - napisała w swoich wspomnieniach Halina Kunicka. A my jej syna, Marcina Kydryńskiego, pytamy, co zabrało mu radość.

Właśnie przeczytałam książkę "Świat nie jest taki zły" - zbiór wywiadów z pana mamą, Haliną Kunicką. I muszę przyznać, że najbardziej poruszył mnie rozdział "Syn", w którym mówi o panu i waszych skomplikowanych relacjach. Ten rozdział jest bardzo osobisty, emocjonalny, szczery. Czy mama pytała pana, czego powinna unikać?

Reklama

Marcin Kydryński: - Kiedy książka była skończona, mama dała mi do przeczytania rozdział, w którym opowiada o mnie. Nie była pewna, czy wszystkie detale są historycznie prawdziwe. Może też nie chciała mnie urazić. Nie zmieniłem ani przecinka. Ucieszył mnie ten tekst. Nie jest matczynym rozmemłaniem. Wiele matek, jak - nie przymierzając - bohaterka "Nocy i dni" wobec swego nieznośnego Tomaszka, ma tendencję do rozczulania się. Ja jestem takim Tomaszkiem. Ale mama się nade mną specjalnie nie roztkliwiała. Lubię to.

Dowiedział się pan czegoś nowego o sobie?

- Nie, znam swoje draństewka. Ale zastanowiła mnie jej perspektywa, na przykład fragment o dziewczynach mojego życia. Mama pisze, że niektórych z nich nie lubiła. Nigdy nie dała tego po sobie poznać. Być może dzieliła się niepokojem z tatą albo nocami szlochała w poduszkę. Do głowy mi nie przyszło, że którejś z nich nie akceptowała. Proszę pomyśleć: jaka kombinacja miłości, taktu i dyskrecji... Nie zapytałem, kogo miała na myśli. Po latach to zupełnie nieistotne.

Halina Kunicka wspomina pana narodziny w warszawskim szpitalu przy Książęcej w maju 1968 roku. Ona była już wtedy znaną piosenkarką, pana tata - Lucjan Kydryński - popularnym dziennikarzem muzycznym. Podczas programu telewizyjnego "Muzyka lekka, łatwa i przyjemna", który prowadził, nagle oświadczył: "A dzisiaj Halina Kunicka nie wystąpi przed państwem, bo właśnie urodziła mi syna". Te słowa poruszyły całą Polskę, pojawiły się nawet plotki, że dziecko jest ciężko chore. To było dla pana rodziców męczące i przykre, dość mieli tłumaczenia się, dlatego między innymi mama zdecydowała się na wspólną okładkę w "Kobiecie i Życiu". Miał pan wtedy kilka miesięcy. Można powiedzieć, że przetarł pan szlak. Dzisiaj w cenie są okładki gwiazd z dziećmi.

- Ludzie wciąż podchodzą i mówią, że pamiętają mnie z tej okładki. Są oczywiście rozczarowani, że trochę się zmieniłem.

Kiedy zdał pan sobie sprawę z tego, że mama jest znana?

- Na koncercie w Sali Kongresowej. Miałem pięć lat. Sala była pełna. Zdziwiło mnie, że tylu ludzi przyszło, żeby zobaczyć moją mamę. Ja bez szczególnego podekscytowania oglądałem ją na co dzień w kuchni czy salonie.

Pana tata też był znany.

- To, że rodzice byli wówczas rozpoznawalni, nie wpływało na komfort życia. Mieszkaliśmy na 11. piętrze w bloku o surowej sowieckiej urodzie przy ulicy Miączyńskiej. Po paru latach przeprowadziliśmy się do stumetrowego mieszkania w starej kamienicy, blisko Sejmu. Mama mieszka tam do dzisiaj. Żyliśmy bez blichtru. Gdy tata zrobił prawo jazdy w wieku 50 lat, to jeździł starym "maluchem", który się nieustająco psuł. Przez całą zimę wyciągał z niego akumulator i kładł na kaloryferze w przedpokoju.

- Było to tematem anegdot, okazją do śmiechu i docinków mamy, która była wcześniej w naszej rodzinie - jak to powiedzieć, by nie urazić nikogo z kręgu "Wysokich Obcasów" - jedyną... kierowczynią? Kierowniczką? Może zgódźmy się, że kierowca to jednak rodzaj żeński. Jak "owca". Była zatem kierowcą rodziny.

- Wracając do pani pytania, jak to jest być dzieckiem rodziców popularnych w PRL-u? Nijak. Bez prywatnych helikopterów, pałaców w Konstancinie, stadnin koni...

Za chwilę zacznie pan się nad sobą użalać. Inni mieli znacznie gorzej...

- Był czas, kiedy zgadzałem się z frazą z filmu "American Beauty": "By odnieść sukces, musisz roztaczać wokół siebie aurę sukcesu. CAŁY CZAS". Rozumiem tych, którzy dalej podążają tą drogą. Nie oceniam ich. Wiem, to działa. Ale ja już jestem zmęczony. A zatem "maluch" naszej rodziny był w fabrycznym kolorze bahama yellow.

- Wiele lat później, trochę przez przypadek, odwiedziłem Bahamy. Nic tam nie przypominało odcienia lakieru naszego dawnego samochodu. Proponowałbym zatem też zmysłowo brzmiącą ol’suburban sweat - żółć starego podmiejskiego potu. Wszystko w tym automobilu było z tektury, zardzewiałego aluminium i taniego plastiku. Lubił nie działać. Tata wiózł mnie nim na maturę. Wóz się krztusił, rżał, jęczał. Ja byłem sparaliżowany ze strachu. Tata pogwizdywał włoskie arie dla rozluźnienia atmosfery.

- Co konkretnie gwizdał tamtego majowego świtu 1986 roku? Lubił arię Cavaradossiego z "Toski". Ale czy wtedy to było to? Tak wiele zdarzyło się w życiu. Notowałem kiedyś dokładnie. Przestałem. Pamiętam, że miałem plan, żeby tragicznie zginąć owego poranka. Nie wyszło. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko wydaje się błahe, nieważne. Nawet pamiętam, że wracaliśmy z przyjacielem wtedy, po tym pierwszym egzaminie, wielkopańsko trawestując uwielbianego Miłosza, ze zdumieniem, z rozczarowaniem: "Innej matury nie będzie...".

Co się stało z "maluchem"?

- Poszedł na zasłużony przemiał. Może właśnie mieszamy herbatę łyżeczką wytopioną z jego zderzaka? Wie pani, że brzydzę się wspomnieniem naszego "malucha"? Tak bywa, kiedy ma się w domu mnóstwo miłości, wtedy nawet haniebny, kompromitujący w oczach całego świata syf PRL-u wspomina się z łezką w oku.

Podróżował pan z rodzicami?

- Tak, na wakacje. W najlepszym wypadku to była Bułgaria. Pamiętam także Hvar. Raj. Dużo później też Paryż - to długa historia, nie na dziś. I Rzym, salę kliniki Gemelli, w której leżał po zamachu Karol Wojtyła, przyjaciel taty z dzieciństwa. Mama o tym wszystkim mówi. Chociaż źle powiedziałem - w naprawdę najlepszym wypadku to były wypady do leśniczówek. Zaszywaliśmy się gdzieś na Mazurach, nad morzem. Tata za tym nie przepadał, uwielbiał miasto, akcję. Mama, co po niej odziedziczyłem, uwielbia przyrodę. Wie pani, może trochę mitologizuję, ale nawet bez Zanzibarów i Karaibów miałem dzieciństwo, które jawi mi się dzisiaj jak Tajemniczy Ogród.

Ale dalej w trasy rodzice pana nie zabierali?

- Zawodowe wyjazdy rodziców na koncerty do Ameryki, którą oglądałem tylko w westernach z Johnem Wayne’em - to mnie fascynowało. Kiedyś przywieźli mi prawdziwego ananasa! Chyba ostatecznie zgnił, tak długo wpatrywałem się w niego jak w święty obrazek. Dzisiaj te kody są nieczytelne. Na szczęście. A może szkoda, bo bardziej cenilibyśmy każdą chwilę we współczesnej Polsce.

Pojechał pan z nimi kiedykolwiek?

- Nie. Ale pojawiło się marzenie, wyzwanie: pojechać daleko. Nie po te frykasy i ananasy, ale po przygodę. Dowiedzieć się, co tam jest po drugiej stronie. To marzenie wzmacniały książki, które miałem w domu, atlasy. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie w każdym w ogóle są książki, więc przyznaję - pod tym względem byłem uprzywilejowany. Kiedy urodzili się moi synowie, ruszyliśmy wspólnie w świat, ale szybko okazało się, że to ich zupełnie nie interesuje. Są z innej - ktoś powie, i będzie miał trochę racji - lepszej rzeczywistości, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Brak im braku. A brak kształtuje ludzi.

- Ja, żeby zarobić na własną, zresztą żałosną gitarę, pracowałem na saksach jako kamieniarz, niańka, stolarz. Struny gotowałem w kotle, żeby je odświeżyć, bo nie miałem pięciu dolarów na nowe w peweksie, a na krajowych nijak nie szło grać. Czy mama nie miała tych pięciu dolarów? Znalazłaby. Jestem jednak z serca wdzięczny rodzicom, że dawali mi zawsze najpierw wędkę, nie rybę. Mądrze.

Wciąż pan często wyjeżdża?

- W 2013 roku byłem w dwunastu krajach Afryki, których nie odwiedziłem nigdy wcześniej, choć Afrykę poznaję już ćwierć wieku. Latałem małym samolotem nad Somalią. Odcedzałem diamenty w rzekach Sierra Leone. Jeździłem w uzbrojonych konwojach po północnej Kenii. Umierałem w dżungli Konga na malarię. Bywam też bliżej. Zrobiłem fotograficzną książeczkę lizbońską "Muzyka moich ulic". Teraz próbuję podsumować tę afrykańską historię.

Mama wspomina, jak denerwowała się, kiedy pan znikał na całe miesiące.

- Może to dobry moment, by powiedzieć, na jak wielkie stresy naraziłem rodziców swoimi wyprawami. To dla naszej historii ważniejsze. Zaczynałem w epoce bez telefonów komórkowych, bez internetu. Przepadałem na tygodnie i miesiące w takich krajach, jak: Sudan, Erytrea, Etiopia, Uganda. Listy szły jak w czasach Karen Blixen. Rodzice pisali do mnie na poste restante, wierząc, że jednak dotrę żywy na pocztę w Dar es Salaam czy Chartumie.

- Niebywałe, jak mama potrafiła pogodzić się z takimi decyzjami jedynego dziecka. Tylko częściowo wynikało to z jej braku wyobraźni. Głównie z mądrego przekonania, że - jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi - skoro sama rozbudziła we mnie ciekawość świata, to teraz nie powinna stanąć na mojej drodze.

- Wiem, ile musiało ją to kosztować. Dziś wydaje się bardziej krucha. Kiedy wracałem ostatnio do Konga, powiedziała: "Zwrócę ci wszystkie pieniądze, jakie zainwestowałeś w tę wyprawę, tylko, proszę, nie jedź". Może miała złe przeczucia? Niesłusznie, jak się okazało. To była kapitalna podróż.

Od 26 lat na co dzień pracuje pan w radiu. Tak jak tata.

- Ale co to za praca! (śmiech) Słucham muzyki, która sprawia mi przyjemność. Prowadzę w Trójce autorski program "Siesta". Audycja ma też swoją formę koncertową, to cykl "Siesta w drodze", a raz w roku Siesta Festival w Gdańsku. Tej wiosny czeka nas już jego piąta edycja. Los mnie pobłogosławił, dając szansę wiecznej zabawy. Choć tak, to bywa ciężka praca: bieganie z aparatem po Liberii. A zwłaszcza wyjście na scenę przed festiwalową publiczność.

Czy muzyka mamy była pierwszą inspiracją?

- Zabawne, pierwszą piosenką, jaką pamiętam z dzieciństwa, był hit Africa Simone’a. Szedł jakoś tak: "Habana kukarela fa na na na...". A więc koło się zamyka. Byłem z tatą na jego koncercie w Kongresowej. Afric nosił krzesła w zębach. Pewnie też śpiewał, ale tego nie pamiętam. Jak to się wszystko zaczęło, próbuję sobie przypomnieć... Tata oddawał płyty, nie miał już miejsca na półce. Były wśród nich też jazzowe. Posłuchałem. Pokochałem. Później znalazłem w jego zbiorach rzeczy, które mnie zafascynowały. I przyznam się, że im dłużej żyję, tym więcej rozumiem z jego muzycznych wyborów.

- Z czasem zacząłem dążyć do prostoty. I na przykład od lat z największą radością słucham Aznavoura, o co bym kiedyś, gdy chodziłem tylko na Jazz Jamboree i Warszawską Jesień, nigdy siebie nie podejrzewał. Takie "Parce Que" na przykład. Trwa niespełna trzy minuty, a przynosi mi tyle wzruszeń.

Marcin Kydryński o trudnych relacjach z matka. Czytaj  na następnej stronie!

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Kydryński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje