Lubię swój wiek
Życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Colin Firth, który do niedawna grywał nudnawych dżentelmenów i przesłodzonych amantów, w tym roku został nagrodzony Oscarem. Wkroczył do aktorskiej pierwszej ligi. Jest przystojny, szarmancki, zawsze dobrze ubrany. Mężczyzna idealny?
Przez piętnaście lat nie mógł pozbyć się piętna pana Darcy’ego. Po roli w serialu „Duma i uprzedzenie” Colin Firth pojawiał się niemal wyłącznie w ckliwych romansach, takich jak „Dziennik Bridget Jones” Sharon Maguire czy „Mamma Mia!” Phyllidy Lloyd. „Rola Darcy’ego sprawiła, że moje nazwisko stało się znane, ale też spowodowała, że zaczęto mnie szufladkować. Teraz Darcy brzmi w moich uszach jak szkolne przezwisko, którego nie możesz się pozbyć. Od tamtej pory w każdym następnym filmie, w którym gram, pojawia się scena, po której ktoś mówi: 'Sądzę, że właśnie uśmierciłeś pana Darcy’ego'. Ale pan Darcy jest chyba nieśmiertelny. Nieustannie krąży wokół mnie”, przyznał niedawno aktor w wywiadzie dla „The Times”.
Dlatego po przekroczeniu pięćdziesiątki zaczął walczyć o bardziej ambitne role. Zagrał m.in. w głośnym „Dorianie Grayu” Olivera Parkera i debiucie filmowym projektanta Toma Forda „Samotny mężczyzna”. Za pierwszoplanową rolę męską w „Jak zostać królem” Toma Hoopera otrzymał Oscara. „Granie miłych facetów jest niesamowicie nudne. Jakbym chciał wiecznie wcielać się w rolę lalusia, zgłosiłbym się do 'Słonecznego patrolu'. Życzyłbym sobie dostawać tak wspaniałe propozycje jak w ciągu ostatnich trzech lat. A jeśli znaczy to, że muszę się do nich odpowiednio zestarzeć, nie mam nic przeciwko temu”, dodał Firth.
Od 25 listopada aktora możemy oglądać w thrillerze Tomasa Alfredsona „Szpieg”. Wciela się tam w agenta brytyjskiego wywiadu podejrzanego o zdradę na rzecz Rosjan.
PANI: Lubi pan filmy o Jamesie Bondzie?
Colin Firth: O tak! Uwielbiam agenta 007. W każdej postaci. To świetnie zrealizowane kino przygodowe, z wartką akcją, technicznymi nowinkami i pięknymi kobietami. Te filmy mają swój styl, dobrze zawiązaną intrygę, napięcie…
Zapytałam o to, bo pana najnowszy film „Szpieg” to produkcja niemal programowo antybondowska.
- To prawda. Adaptacja powieści Johna le Carré („Szpieg doskonały” – przyp. red.) to bardzo nietypowe kino szpiegowskie, co nie znaczy, że mniej interesujące. Próżno szukać tutaj spektakularnych pościgów, ale za to docieka się motywów działania bohaterów. To dla aktora bardziej ekscytujące niż popisy sprawności fizycznej. Ten film więcej mówi o prawdziwym życiu szpiegów niż wszystkie Bondy razem wzięte. Grany przez Gary’ego Oldmana George Smiley, emerytowany agent wywiadu, bardziej przypomina fajtłapowatego porucznika Colombo niż czarującego Bonda. Zamiast pić martini i korzystać z licencji na zabijanie, godzinami grzebie w aktach spraw.
Nietypowy jest także pana bohater. To jeden z podejrzanych o zdradę, Bill Haydon, pseudonim Krawiec.
- To też nie jest typ Bonda. Bill przyjeżdża do pracy na rowerze, nosi pomarańczowe płaszcze i kolorowe skarpetki. W przeciwieństwie do pozostałych kolegów, tzw. szarych garniturów, nie uważa, że szpieg ma być przezroczysty. Ale to też jest rodzaj kamuflażu. Haydon zwraca na siebie uwagę, bo wie, że właśnie dlatego nie padnie na niego podejrzenie. Bill ma duszę artysty, trochę snoba i ekscentryka. Jest przy tym kreatywny, elastyczny, potrafi negocjować. Dobrze czuje się w misjach zagranicznych. Za swój zawód płaci jednak najwyższą cenę. „Szpieg” to również film o samotności tych mężczyzn, braku rodziny, przyjaciół. Konieczności nieustającej kontroli własnych emocji. Zdrada i nielojalność w takim kontekście ranią podwójnie, podważają sens poświęcenia życia prywatnego dla sprawy. Dla mnie to opowieść o kosztach moralnych, jakie ponoszą bohaterowie, oraz o tym, że nikt nikomu nie może w pełni zaufać.
Czytał pan powieść le Carré?
- Nie, ale w latach 70. oglądałem serial z genialnym Alekiem Guinnessem w roli Smileya. Wtedy to było bardzo aktualne, bo trwała zimna wojna. Zresztą cała ta historia jest inspirowana autentycznymi wydarzeniami. Le Carré zainteresował się postacią Kima Philby’ego, najwyższego rangą agenta brytyjskiego wywiadu, który zdradził i przeszedł na stronę KGB. W 1963 roku uciekł do Moskwy. Po wyjeździe Philby’ego służby specjalne ogarnęło przerażenie. Wszyscy spekulowali, kto jeszcze może być radzieckim szpiegiem. Dziś „Szpieg” odbierany jest jako obraz historyczny, chociaż ja dostrzegam w nim mnóstwo analogii do niepokojących zjawisk ostatnich lat.
Co pan ma na myśli?
- Utratę poczucia bezpieczeństwa przez obywateli. Chodzi o takie afery jak WikiLeaks, wycieki tajnych informacji, szpiegostwo gospodarcze czy najświeższy skandal podsłuchowy w Wielkiej Brytanii. Praktyki gazety „News of The World”, która zleciła hakerom włamania do skrzynek głosowych ponad czterech tysięcy osób i płaciła policji za dostarczanie tajnych informacji, to skandal.
Czy pan także był ofiarą tego procederu?
- Na szczęście nie, ale dotknęło to wiele osób ze świata artystycznego, m.in. George’a Michaela, Erica Claptona, Micka Jaggera. Jeszcze bardziej odrażające jest to, że wśród poszkodowanych są też rodziny żołnierzy poległych w Afganistanie i Iraku oraz ofiary głośnych spraw kryminalnych. Sądzę, że przesłanie naszego filmu może także korespondować z innym niepokojącym i bardzo współczesnym zjawiskiem, jakim jest życie korporacyjne. Jednostka, by przetrwać, musi całkowicie podporządkować się firmowej ideologii. W czasach zimnej wojny podobnej korporacyjnej samotności doświadczali szpiedzy.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
Reklama
Wasze komentarze (36)
-
15.12.2011 (15:14)ten Colin to jest to! Przystojniak jakich mało, zadbany, bez mięśnia piwnego a poza tym świetny aktor, super gość.
-
15.12.2011 (14:04)Colin Firth to przystojniak, jakich mało, świetny aktor i zapewne super mąż, bo ciągle od lat z tą samą żoną!
Życzę mu jeszcze wielu dobrych ról, zdrowia i miłości!!! -
-
14.12.2011 (18:39)a ja , każdy dzień od wielu lat zaczynam od DiU...........
i nie rozumiem dlaczego Colinowi tak przeszkadza ta rola .
Gdyby jej nie zagrał, prawdopodobnie nikt by już o nim nie słyszał ..
jest tylu przystojnych facetów.............
-
12.12.2011 (03:08)~adam Polki po trzydziestce to już próchno bleeee~animkatak powinien wyglądaćfacet po 50. Polacy w wieku 30 lat są w znacznie gorszej formie. Bleeeee Kazdy sadzi po sobie. Ja mam 60, jestem szczupla, wysportowana, zadbana.
-
09.12.2011 (17:55)To jest wlasnie to.Miec 50 lat i wygladac mlodziej i elegancko.Spazmow dostaja ci ktorzy widzieli by cie chetnie jako starego brudnego dziada.Mam powody do radochy!












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia