Przejdź na stronę główną Interia.pl

"Lubię dać się ponieść"

Czy mając znanych i zdolnych rodziców, łatwo jest wybić się na niepodległość? I w jakim wieku człowiek może wreszcie powiedzieć, że więcej zawdzięcza sobie niż nazwisku? Charlotte Gainsbourg, córka TEGO Gainsbourga i TEJ Birkin, ma dziś 44 lata, wydaje własne płyty i dużo gra w filmach. Ostatnio w Polsce. Spotkaliśmy ją w Krakowie na planie wielkiej międzynarodowej produkcji. Wrażenia? Zaskakująca szczerość. Pokora. I wdzięk nastolatki.

Nowa Huta, aleja Solidarności. Budynek Zespołu Szkół Mechanicznych nr 3 jest szary, smutny. Kontrastują z nim jasne przyczepy ekipy filmowej. Nowiutkie, lśniące. Gapie nie mają wstępu, przy wejściu stoi ochroniarz. To tu powstaje psychologiczny thriller "True Crimes" z Jimem Carreyem. Reżyseruje Grek Alexandros Avranas, nagrodzony ostatnio w Wenecji za film "Miss Violence". Za kamerą Michał Englert. W obsadzie też nasi: Kulesza i Więckiewicz. Ale główną rolę kobiecą gra Charlotte Gainsbourg. Córka kultowego francuskiego artysty, który bywał kompozytorem, piosenkarzem, aktorem, reżyserem, scenarzystą i... skandalistą. I Jane Birkin, równie kultowej brytyjskiej aktorki i piosenkarki.Idąc na spotkanie, przypominam sobie role Charlotte. Ekstremalne - jak w "Nimfomance" von Triera. Komediowe - jak z Omarem Sy w "Sambie". Plan filmowy to jej środowisko naturalne, zaczynała jako 12-latka u boku Catherine Deneuve. Już dwa lata później dostała Cezara. Do dziś zagrała w ponad 50 (!) filmach. A jednocześnie ma normalne życie, od lat tego samego partnera, troje dzieci: dorosłego syna i córki w wieku 14 i 5 lat. Kiedy wchodzę na rozmowę (do jednej z tych lśniących przyczep - dość komfortowej, ale bez śladów zamieszkania), wita mnie drobna dziewczyna o melancholijnym uśmiechu, ubrana w najzwyklejszy czarny sweter i z pewnością nieumalowana.

Reklama

Twój STYL: I jak się pani podoba w Polsce?

Charlotte Gainsbourg: - To nie jest mój pierwszy raz. Przyjechałam kiedyś na jedną noc na jeden koncert. To był festiwal. Ale w jakim mieście...

To się da sprawdzić w internecie. Jest. Poznań, festiwal Malta, czerwiec 2010.

- No widzi pani, uroki trasy koncertowej. Śpimy, jedziemy, koncertujemy i nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy. (uśmiech) Wyjazd na plan filmowy też nie jest wyjazdem turystycznym. Ale staram się coś zobaczyć w weekendy. Byłam z córką w Wieliczce, w Oświęcimiu. Dużo spacerowałam po Krakowie, bardzo podobały mi się przedświąteczne jarmarki.

Nauczyła się pani polskich słów?

- Mam rosyjskich przodków (rodzice Serge’a Gainsbourga byli rosyjskimi Żydami, po rewolucji przenieśli się do Francji - red.). Polacy to też Słowianie, więc byłam przekonana, że polski i rosyjski są podobne. Ale wkrótce mam grać w filmie, w którym będę musiała mówić po polsku. Zaczęłam się interesować językiem. I odkryłam, że jest bardzo skomplikowany. I - ku mojemu zdziwieniu- wcale do rosyjskiego nie podobny.

A pani mówi po rosyjsku?

- Słuchałam, jak mówiła babcia Olga. Mam w pamięci wiele słów związanych z jedzeniem - ona robiła "borszcz", "pirożki" (CG wymawia z idealnym akcentem). Potem rok uczyłam się rosyjskiego w szkole. Zarzuciłam, bo zbliżała się matura i wybrałam łatwiejszą drogę - angielski. Jednak z pewnością ojciec i jego rodzina przekazali mi coś ze słowiańskiej kultury.

Czy ta słowiańska kultura ma jakieś znaczenie w pani dzisiejszym życiu?

- Wie pani, ja mam problem z tożsamością. A właściwie z moimi wszystkimi tożsamościami, a jest ich trochę. (uśmiech) Rosyjska, słowiańska - to na pewno. Ale też żydowska. I angielska, urodziłam się przecież w Londynie. Mieszkałam długo w Paryżu, a niedawno przeniosłam się do Stanów. Ojciec moich dzieci jest Francuzem, ale z Algierii, więc dochodzi jeszcze kultura północnej Afryki. Oswajam to, dostosowuję się. Nie czuję się jednoznacznie "jakaś". Zawsze miałam coś w rodzaju kompleksu niższości wobec mojego rosyjskiego, żydowskiego czy angielskiego "ja". Bo w żadnym nie byłam na sto procent.

Ale przecież wychowanie w wielokulturowej rodzinie to bogactwo!

- To powinno być bogactwo. Ale trzeba mieć odwagę poczuć, że ono mnie się należy. A ja zawsze deprecjonowałam siebie. Uważałam, że nie jestem wystarczająco dobra, aby coś mieć. Odpowiadając więc na pani pytanie à propos słowiańskiej kultury: tak, czuję coś w rodzaju nostalgii. Ale to nostalgia za czymś, czego nigdy nie zaznałam. A ja chciałabym czuć, że to jest coś mojego. Matka jest Brytyjką, ja tylko w połowie. Dla moich rodziców łączenie kultur musiało być bogactwem, ja jednak czułam, że jestem kimś... no właśnie "tylko w połowie". Dziś myślę, że to także kwestia języka. Żeby być osadzonym w kulturze, trzeba naprawdę dobrze nim władać. Inaczej zawsze udaje się kogoś, kim się nie jest.

Jakie ma pani obrazki w głowie z epoki, kiedy rodzice mieszkali razem? To byłylata 70.

- Muszę pani powiedzieć, że moje wspomnienia są trochę oszukane. Nie potrafię stwierdzić, co pamiętam, a co widziałam na zdjęciach czy filmach. Często dziennikarze pytają o pierwsze wspomnienie. Dla mnie to dom ojca przy ulicy Verneuil w Paryżu. Ale nie wiem, czy ja to naprawdę pamiętam, czy sobie stworzyłam z opowieści innych. W dodatku kiedy ojciec umarł, zaczęłam idealizować czas dzieciństwa (Gainsbourg zmarł w roku 1991, gdy Charlotte miała 19 lat - red.). Ale jeśli prosi mnie pani o obrazki z pamięci... Widzę nasze dziecięce ubrania.W kolorach rudych i kasztanowych. Mama ubierała mnie i siostrę prosto, skromnie. Często w spodnie, dżinsy albo sztruksy. Ja zawsze byłam ubierana bardziej chłopięco, bo mama"zadekretowała", że jestem chłopcem. (uśmiech) Nosiłam krótkie włosy. Ale pamiętam też sukienki "liberty", w drobne kwiatki, z haftami. Siostra i ja w naszym letnim domku w Normandii - piękne, niewinne, radosne wspomnienia. Cenne zwłaszcza teraz, kiedy siostrę straciłam (Kate Barry, córka Birkin z poprzedniego związku, zginęła tragiczniedwa lata temu - red.). Z drugiej strony niektóre wspomnienia o ojcu są wręcz komiczne. Taki obrazek: stoimy pośrodku jakiejś wsi, bo skończyło się paliwo. On próbuje napełnić bak. I nie może, bo jest kompletnie pijany.

To jak prowadził?

- Nie miał prawa jazdy, kierowała mama. Co ciekawe, dla nas w tej sytuacji nie było nic strasznego. Raczej zabawnego. Dla ojca życie to była impreza. Czasem byłyśmy tego świadkami, a czasem nas chroniono. Chodziłyśmy do szkoły, więc wszystkiego nie oglądałyśmy.

À propos szkoły. Wiem, że tata fundował pani autorski program kulturalny.

- To była wielka epoka kaset wideo. Tata miał vis-à-vis łóżka ogromny ekran. Czułam się jak w kinie. Oglądaliśmy głównie filmy amerykańskie. Westerny, sensację, filmy Spielberga, horrory...

Nie! W jakim była pani wieku?

- Horrory? Miałam może dziesięć lat. Nieraz byłam przerażona. Ale to było przerażenie w kategoriach rozrywki, a nie życiowej traumy. Poza tym oglądaliśmy mnóstwo komedii. Włoskie przeboje z Mastroiannim. Ojciec uwielbiał film Sprawcy nieznani Monicellego. Widzieliśmy też razem mnóstwo kreskówek, np. o Betty Boop. Tata był fanem Texa Avery’ego (twórcy m.in. Królika Bugsa i Kaczora Daffy’ego, u nas jego filmy są znane m.in. jako Zwariowane melodie - red.). Puszczał braci Marx i Wyspę skarbów, tę z lat 30. Wszystko, co oglądał jako chłopiec.

Podobało się pani?

- Uwielbiałam to! Dziś łapię się na tym, że dzieciom też pokazujemy filmy z naszego dzieciństwa. I spodziewamy się, że wywołają te same emocje. Wracając do ojca: on w swoich kulturalnych wyborach był bardzo konkretny. W literaturze lubił wszystko, co à rebours, czyli przewrotne. Książki Cèline’a, Nabokowa...

Podsuwał pani konkretne tytuły?

- Tylko poezję: Baudelaire, Verlaine, Rimbaud. Nie mówił: idź teraz czytać Borysa Viana. Raczej orzekał, co jest dobre.

To prawda, że zachęcał panią do słuchania Chopina?

- Tak. Ojciec uznawał głównie Chopina i Bacha. Żadnego Mozarta czy Beethovena. Często czerpał z muzyki Chopina, komponując swoje utwory. Z preludium (e-moll op. 28 - red.) pożyczył motyw do piosenki dla mamy - Jane B. Bardzo prosty kawałek, ma się wrażenie, że nietrudny do powtórzenia. Pamiętam, że kiedy chciałam go zagrać jako dziewczynka, mój profesor, genialny pan Tuner, powiedział: "Jeszcze nie, trzeba mieć więcej bagażu życiowego". Minęły lata, zanim powiedziałam sobie: dobrze, już mogę. Dziś gram go często. (uśmiech)

To pewnie ojciec zarządził, żeby uczyła się pani grać na pianinie?

- Ależ on był temu przeciwny! Tyle wycierpiał od swojego ojca... Dziadek był pianistą jazzowym. Bardzo surowym jako nauczyciel. Lekcje z nim tata wspominał jako koszmar. Nie chciał, żebym przeżywała coś podobnego, więc trzymał mnie z dala od instrumentów. Dopiero kiedy miałam dziewięć lat i rodzice się rozstali, sama poprosiłam o lekcje fortepianu. Pamiętam, że tata był dumny,kiedy zagrałam Andantino Chaczaturiana. Zrobił z tego piosenkę, którą potem razem śpiewaliśmy. Ale puszczał mi też dużo Elvisa. A kiedyś powiedział: "Jeśli miałabyś sobie kupić tylko jedną płytę z jedną piosenką, niech to będzie Lay, Lady,Lay Boba Dylana. Najpiękniejsza, jaka kiedykolwiek powstała".

Nie dyskutowała pani z tym?

- To, co mój ojciec uznawał za piękne, było piękne i dla mnie. Lubiłam Chopina, ale gdyby tak się zastanowić... Lubiłam, bo on lubił. Nie umiałam iść własną ścieżką. Wpływ ojca był niesłychanie silny. Jakby odciskał na mnie pieczęć. Nie miałam własnych opinii, przejmowałam wszystkie jego gusty estetyczne. Kiedy umarł, poczułam kompletną pustkę. Bo nie wiedziałam, kim jestem, co lubię, co mi się podoba, nawet w co mam się ubrać. Nawet dziś jeszcze czasem jest mi trudno stwierdzić, że podoba mi się to czy tamto. Bardzo dziwne uczucie.

Mama też miała na panią taki wpływ?

- Podobny. Wszystko, co uważałam za piękne - na przykład czasy powojenne w Anglii - było piękne, bo ona tak mówiła. To głupie, ale np. ona nigdy nie lubiła sosu pomidorowego i ja do dziś mam, hmm, problem z sosem pomidorowym.

A spróbowała go pani choć raz w życiu?

- Tak, nawet umiem go dobrze zrobić, ale nie przepadam. W naszej rodzinie był zawsze jakiś rodzaj snobizmu. Ojciec wyrokował, że coś jest dobre albo złe. Na przykład malowanie paznokci u dziewczynek uważał za rzecz skrajnie wulgarną. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy potem obserwowałam moją osiem lat młodszą siostrę (Lou Doillon, wokalistkę i aktorkę,córkę Jane Birkin i reżysera Jacques’a Doillona). Ona mogła wszystko! Nawet ubierać się na różowo. A my z Kate jako małe dziewczynki nie mogłyśmy na przykład słuchać kiczowatych dziecięcych piosenek. Tak jak ja dziś nie chcę, żeby moja córka oglądała Barbie. A to nie jest dobre, bo w efekcie tych zakazów ona sobie tę Barbie idealizuje.

Kilka miesięcy temu Lou Doillon powiedziała w TS, że rodzice nauczyli ją dwóch rzeczy. "W życiu najważniejsza jest twórczość. Nie warto przejmować się tym, co powiedzą inni". Potwierdza pani, jeśli chodzi o waszą mamę?

- Owszem, nie było strachu przed tym, co powiedzą inni. Ale było ocenianie czy wręcz niedocenianie siebie. Matka zawsze mówiła: "ależ w tym filmie jestem słaba, nie mogę siebie słuchać".

Kokieteria?

- Absolutnie nie. Myślę, że nie lubiła w sobie wielu rzeczy, przeszkadzały jej. Ja wypracowałam podobne mechanizmy. I przez to cierpię. Bo nie potrafię powiedzieć, że coś zrobiłam dobrze.To nie jest fałszywa skromność! Owszem,czasem coś mi się w mojej grze podoba, ale tylko przez dwie sekundy. Jak na cały film - mało. Ciągle nie jest wystarczająco dobrze. Oceniam siebie, wymagam. Ojciec też taki był. W stosunku do innych nie, ale sam: perfekcjonista. Nigdy nie widziałam, żeby zawalił jakąś pracę. Pracował całe noce, chociaż często na ostatnią chwilę i w totalnej panice. Rodzice nigdy nie leniuchowali, zawsze musieli coś robić. A przy tym zupełnie nie dbali o siebie.

W sensie?

- Nie dbali o ciało. Ojciec wyniszczał je przez alkohol i papierosy. Nie uprawialiśmy sportów, żadnej gimnastyki. Obowiązywał model "nie myślimy o sobie". Mama była bardzo oddana dzieciom. I mężom. W jej związkach mężczyzna zawsze był na pierwszym miejscu. Ale wracając do drugiej części pani pytania. Ten "imperatyw tworzenia" był naturalny. Wszyscy w domu wiedzieli, że tak trzeba. Czuło się, że jedyną sprawą, jaka się liczy, jest działanie artystyczne. Dla samego tworzenia, bez oceniania, bez wartościowania. Wcześnie zaczęłam uczyć się rysunku, ojciec uczył mnie śpiewać. Gdy zadebiutowałam w filmie, mama była zaskoczona, że wciąż chcę chodzić do szkoły, skoro tak dobrze idzie mi w aktorstwie. A dla mnie było ważne: mieć swoje szkolne życie, zdać maturę.

Wzruszyło mnie, że jako nastolatka, która nie miała żadnych ograniczeń, kłamała pani koleżankom: "muszę wrócić z imprezy przed północą, inaczej w domu będzie bura".

- Dziś wiem, że dzieci potrzebują zasad, ram. To potrzebne do rozwoju. Ja tych ram nie miałam. Co nie znaczy, że rodzice byli nieobecni. Byli przy mnie, ale nie zabraniali. Może dlatego, że moja starsza siostra zdążyła już wcześniej złamać wszelkie zakazy. Jako nastolatka miałam wolność absolutną. Zwłaszcza że uczyłam się dobrze, byłam dość posłuszna. Nigdy nie usłyszałam: nie pij, nie pal, nie wracaj późno. Robiłam, co chciałam, ale stanowiło to dla mnie problem. Wymyślałam więc, że mama na mnie nakrzyczała. Wymyślałam sobie to wszystko, co uważałam za normalne życie. A po pierwszym filmie na własne życzenie poszłam do szkoły z internatem. To musiało rodziców zszokować, ale ja potrzebowałam życia w jakichś ramach, zgodnie z regulaminem.

Tak więc w rubryce "błędy młodości" nie ma u pani co wpisać?

- Owszem, nie szwendałam się po nocnych klubach, nie robiłam głupstw. Ale miałam ogromne sekrety.

Jakie?

- Zaangażowałam się w bardzo wyczerpujący związek, który mocno wpłynął na moje życie. Liczyła się tylko ta miłość. Żyłam dla kogoś. To było wręcz obsesyjne.

Gdyby dziś miała pani szansę porozmawiać z ojcem, poradzić się, o co by pani zapytała?

- O wszystko! Jestem duża i mam własną rodzinę, ale wciąż go potrzebuję. Chciałabym dowiedzieć się o tylu rzeczy. Chociaż z drugiej strony postanowiłam sobie, że nie przeczytam żadnej jego biografii. Nie dlatego, żeby to mnie nie interesowało. Ale przez tyle lat jego śmierć była dla mnie tak bolesnym tematem... W dodatku niemal codziennie ktoś opowiadał mi anegdotę o ojcu. Musiałam się chronić. I wymyśliłam sposób: nie słucham, nie oglądam. Chciałam w sercu zachować tylko to, co on sam mi powiedział.

Chciałabym porozmawiać jeszcze o pani filmach. Które najbardziej panią zmieniły?

- Przede wszystkim pierwsze. To było dawno temu, miałam 12, potem 14 lat. Ale właśnie wtedy zrozumiałam, na czym polega kino, i wypracowałam sobie sposoby na wywoływanie emocji na planie. Potem, już w dorosłym życiu, ogromne wrażenie zrobiła na mnie praca z Larsem von Trierem. Musiałam zapomnieć wszystko, co już umiałam. Nigdy tak naprawdę nie uczyłam się metod pracy i z tego powodu czułam się gorsza od aktorów po szkołach. Lars zdjął ze mnie ten lęk. Nie chciał żadnego bagażu, żadnej metody. Wymagał przede wszystkim tego, żeby się dać ponieść. I mnie to bardzo odpowiadało. Ale ważny był też film I’m not there o Dylanie. Bo wtedy po raz pierwszy pracowałam z coachem.

To znaczy?

- Kilka dni przed rozpoczęciem zdjęć wpadłam w panikę, że w obsadzie są świetni aktorzy (Blanchett, Bale, Ledger, Gere - red.) i że im nie dorównam. Przyjaciółka, amerykańska scenarzystka, doradziła: dzwoń do coacha. Już przez telefon pomógł mi znaleźć patent na tremę. Potem zaczęliśmy pracę nad postacią. To okazało się tak ciekawe, że teraz korzystam z jego rad przed każdym nowym filmem. To mnie otworzyło, wzbogaciło. Podczas tych zajęć przechodziłam kolejne etapy osobistego rozwoju.

Ma pani w CV sporo mrocznych, trudnych ról. Ale ja chciałam zapytać o taką, która prywatnie dała pani najwięcej dobrej energii.

- Znów wymienię pierwsze filmy, bo tam nawiązałam głębokie przyjaźnie. Co było tym cenniejsze, że jako dziecko nie miałam przyjaciół, zmieniałam szkoły, nie przywiązywałam się do nikogo. W dorosłym życiu najbardziej pozytywny film to Układ idealny. Żadnych traum do zagrania. Mogłam być piękna i temperamentna!

Wiem, że o filmie, który tu państwo kręcą, nie możemy rozmawiać. Ale gdyby spróbować opisać jego atmosferę zmysłami? Smak, kolor, zapach?

- Smak? Może słodko-kwaśny. Ale to nawet nie jest smak. Raczej posmak. Coś trudnego do określenia, bo w True Crimes ważne są sekrety,tabu, rzeczy niedopowiedziane. Zapach? Miejsca publicznego - komisariatu, nocnego klubu. Kolor? To jest film noir, ale kojarzy mi się z czymś ciekawszym niż czerń. Na pewno będzie wyrazisty wizualnie, podobnie jak poprzedni tego samego reżysera - Miss Violence. Ale więcej naprawdę nie mogę powiedzieć. Do zobaczenia w kinie.



02/2016 Twój Styl

Rozmawiała Joanna Nojszewska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje