Przejdź na stronę główną Interia.pl

Lifting mózgu? Proszę bardzo

Niekoniunkturalna. Wygłasza kontrowersyjne poglądy i naraża się to terapeutom amatorom, to feministkom, a nawet bliskim, gdy bezceremonialnie komentuje ich poczynania.

Ma czworo dzieci, siedmioro wnucząt, wszystko, co przeżyła, świetnie ukonkretnia jej psychologiczną wiedzę. Współzałożycielka i od wielu lat dyrektor Laboratorium Psychoedukacji, pierwszego prywatnego ośrodka psychoterapeutycznego, Zofia Milska-Wrzosińska opowiada o tym, jak ostatnie 20 lat zmieniło ją i kobiety w Polsce.

Reklama

Twój Styl: Jest pani psychologiem, nie psycholożką? Jedna z gazet zamieściła niedawno sprostowanie po tym, jak tak panią nazwała.

Zofia Milska-Wrzosińska: Psycholożka kojarzy mi się z papużką. Będę psycholożką, jeśli mężczyzna stanie się psycholożkiem, magisterkiem, dyrektorkiem. Razi mnie zdrobnienie tych żeńskich końcówek.

Przywiązuje pani dużą wagę do brzmienia słów?

- Do słów mam stosunek namiętny. Silne uczucia wywołują we mnie potworki w rodzaju „urlopu tacierzyńskiego”. Gdy spotykam prof. Bralczyka, spieszę rozstrzygać wątpliwości w rodzaju, czy słusznie sądzę, że poprawna jest „psychoterapia integracyjna”, w żadnym wypadku „integratywna”. Profesor już chyba ucieka na mój widok. Czuje się pewnie tak jak ja, gdyby ktoś zagadnął mnie w kinie: „Odkryłam, że mąż ukradkiem przebiera się w bieliznę naszej córki. Czy to normalne?”.

Często tak ktoś zagaduje?

- Nie czuję się nękana. Wbrew wyobrażeniom o psychologach nie diagnozuję w czasie bankietu uczestników, nie szacuję, jak głęboki jest kryzys małżeński pary, z którą jem kolację. Psychoterapeuci nie są mądrzejsi ani zdrowsi.

Terapeuta, który sam ma problemy, lepiej rozumie pacjentów?

- Jeśli psychoterapeuta wyobraża sobie, że jest wolny od problemów, to prędzej czy później uzna, że tak wyjątkowej osobie wszystko wolno, i zacznie dla dobra pacjentek pchać im ręce pod bluzkę albo przyjmować ludzi po pijanemu. Gdy prowadzę np. konsultacje dla par, świadomość porażek we własnym życiu bardzo mi pomaga.

Pani niedoskonałości, porażki w tej dziedzinie to…

- Jestem mężatką od 33 lat. Miałam dość okazji, by stwierdzić, jak niedoskonała ze mnie żona i matka. Mam też za sobą rozwód, chociaż było to tak dawno, że czasem wątpię, czy naprawdę. Rozpadło się moje pierwsze małżeństwo z Jackiem Santorskim. Poznałam go jako siedemnastolatka, a rozstaliśmy się, kiedy miałam lat 21. Zdaje mi się, że oboje jesteśmy sobie wdzięczni za szybką i zgodną decyzję o rozstaniu. Właściwie nie myślę o tym jak o porażce, raczej o ważnym doświadczeniu. Zyskałam przyjaciela na dalsze życie i polecam to rozwodzącym się. Po przeminięciu fazy żalu, złości nie ma lepszego przyjaciela niż były współmałżonek.

A inne trudne doświadczenia, które pomogły rozumieć pacjentów?

- Nie wiedziałam, co czują ludzie doświadczający silnego, irracjonalnego lęku, dopóki nie przeżyłam silnych turbulencji w trakcie lotu do Gdańska. Przez dwa lata miałam lęk przed lataniem.

Poszła pani z tym do terapeuty?

- Jednak nie, ale nieracjonalna niechęć do skorzystania z pomocy też pomogła mi zrozumieć pacjentów. Uważałam, jak wiele osób, że sobie poradzę, bo to drobiazg. Lęk minął, ale przez rok wypijałam przed każdym lotem podwójną whisky. To już lepiej było pójść do psychoterapeuty.

Wiele pani opinii uchodzi za kontrowersyjne. Feministki uważają na przykład, że sprzyja pani mężczyznom, nie kobietom. Jak to z panią jest?

- Po moim tekście o kobietach, które chcą, by mężczyzna nie tylko utrzymywał rodzinę, ale był wrażliwy emocjonalnie, ochoczo zmieniał i pieluchy, i opony, powiedziano mi prywatnie, że to wszystko prawda, tyle że nagłaśnianie tej prawdy nie sprzyja „sprawie kobiecej”. Cóż, ja po latach w komunizmie nie lubię tzw. spraw. Mężczyźni się zmienili w porównaniu z tym, jacy byli ich ojcowie. Sprzątają, kąpią dzieci, płaczą, wyrażają uczucia, szukają punktu G jak kwiatu paproci, a niektóre kobiety wciąż mówią: „za mało”.

A kobiety się zmieniły?

- O, bardzo. 20 lat temu poniżana kobieta mówiła, że rozwód nie wchodzi w grę, bo sama sobie nie poradzi. Dziś zdradzająca żona rzuca: „Rozwiedziemy się, nie ma musu, by całe życie być z jednym facetem”. W pracy kobiety walczą z mężczyznami, ale i z koleżankami. Rządzą silną ręką. Zgłosiła się do mnie pani na stanowisku. Skierowała ją przełożona, bo kolejni podwładni szli na przedłużające się zwolnienia lekarskie. Coraz więcej osób, uskarżając się na stosunki w pracy, mówi o ostrych szefowych.

To co pani sądzi o parytecie na listach wyborczych?

- Obawiam się tzw. inżynierii społecznej, kiedy ktoś wie za nas, co jest dobre, i wprowadza to na skróty. Gdy zdawałam na studia, obowiązywały „punkty za pochodzenie”, miało to zmienić strukturę społeczną studiującej młodzieży. Jako siedemnastoletnia studentka pochodzenia inteligenckiego zapoznałam się przymusowo z życiem robotników w fabryce przetwórstwa owocowo-warzywnego w Dębnie Lubuskim. To było cenne doświadczenie, ale chyba nie całkiem tak, jak chcieli tego rządzący. Więc z parytetem mam kłopot. Wolałabym, żeby zjawiska społeczne działy się w naturalnym rytmie.

Jest pani mamą czwórki dzieci. Jak godziła to pani z życiem zawodowym?

- Próbowałam, z różnym skutkiem. Trzeba rozpoznawać kluczowe potrzeby, momenty rozwojowe dzieci i reagować. Kilka zainwestowanych wtedy dni oszczędza im i sobie wielomiesięcznych kłopotów w przyszłości. Gdy dzieci są małe, trzeba zrobić, co się da, by pracować w nienormowanym wymiarze godzin. Trudno być tzw. dość dobrą matką, jeśli jesteśmy poza domem od 7.30 do 18. Najważniejsze – wybrać odpowiedniego męża. Mój zawsze współpracował w opiece nad dziećmi, za co mu jestem wdzięczna. Był prototypem współczesnych nowych ojców.

Gdy urodziła się najstarsza córka – przeszło 30 lat temu, pracował dla angielskiej telewizji. Nie bywał w domu tygodniami. Ale gdy był, przejmował wszystko, a ja nadrabiałam zaległości.

Dziś radzę kobietom, by po powrocie mężów z pracy dały im chwilę odpoczynku, ale gdy mój mąż wracał po dłuższej nieobecności, byłam tak spragniona chwili dla siebie, że zrzucałam na niego domowe obowiązki, a on sobie świetnie radził. Kolega męża instruował go, żeby upuścił córkę na tapczan – nie zrobi jej krzywdy, a mnie wystraszy i już dam mu spokój. Ale mój mąż ma chyba równouprawnienie we krwi, no i naprawdę lubi dzieci.

Kobiety, które tak nie mają, mogą uważać, że pani ich nie zrozumie.

- Rozumiem je jako psychoterapeutka. Ale jeśli wyszły za klasycznego macho, który nie ukrywał niechęci do tradycyjnie kobiecych zadań, niech nie zrzucają całej odpowiedzialności na los i niedobrego męża. Psychoterapia powinna pomóc pacjentowi zobaczyć jego udział w tym, co go spotyka, inaczej wciąż będzie się czuł bezradną ofiarą. Gdy rozmawiam ze zdradzoną w brzydki sposób kobietą, często okazuje się, że latami godziła się na złe traktowanie.

Gdyby panią zdradził mąż, uważałaby się pani za współwinną i wybaczyła?

- Za współodpowiedzialną na pewno, a czy wybaczyłabym, zależałoby od stylu zdrady, czy zdradzając, zachował lojalność wobec dzieci i mnie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje