Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ktoś musi wzbudzać niepokój

Krystian Wieczorek przebojem dołączył do grona najpopularniejszych aktorów. Obecnie oglądamy go w "Czasie honoru", "M jak miłość", "Plebanii" oraz w "Miłości nad rozlewiskiem". Jego bohaterowie są przystojni, często eleganccy i uwodzicielscy, ale rzadko jednoznacznie pozytywni. Mają swoje sekrety...

Chyba od czasu Stanisława Mikulskiego w "Stawce większej niż życie" nikt tak efektownie nie prezentował się w niemieckim mundurze, jak pan w roli majora Halbego.

Reklama

- Trzeba przyznać, że mundur ten jest doskonale wymyślony przez projektantów, którzy skroili go tak kunsztownie, że dobrze leży, dopasowany do sylwetki. Wymusza przy tym określoną postawę i sposób bycia, kojarzący się z butną elegancją. Ale na zdjęciach archiwalnych, które oglądałem w Muzeum Terroru w Berlinie, wygląda to znacznie gorzej. Niemieccy wojskowi w poplamionych, wymiętych łachmanach, w jakie się z czasem przeobrażały te ich uniformy, w niczym nie przypominali wymuskanego majora Halbego z serialu.

Może wolałby pan zagrać kogoś z naszych, bohatera?

- Bohaterów było wielu, a "zły" Halbe jeden, dlatego się go pamięta. Ktoś musi stworzyć tło negatywne dla pokazania tego bohaterstwa - i na mnie, między innymi, wypadło. Ważne jest, że taki serial w ogóle powstał, bo temat cichociemnych był przez komunę latami skrywany. Ja sam dowiedziałem się o tym od swojego ojca, którego z kolei ojciec, a mój dziadek, Marian Wieczorek, miał też wkład w ten rozdział historii. Przed wojną zawodowy oficer Wojska Polskiego, podczas okupacji, pod pseudonimem "Dżygit", walczył w AK na Lubelszczyźnie w oddziale, który między innymi asekurował skoczków z Londynu. Zapamiętałem opowieść o przejęciu przez nich pod osłoną nocy cichociemnego Karola Kosteckiego, ps. "Kostek". I właśnie z powodu takich wspomnień rodzinnych, udział w tym serialu traktuję w kategoriach osobistych, jako rodzaj hołdu dla dziadka, którego już nie ma między nami.

"Czas honoru" to istotna pozycja również dla pańskiej kariery. Prosto z tego serialu trafił pan do "M jak miłość"…

- Podobno Alinę Puchałę, scenarzystkę tej najsłynniejszej w Polsce telenoweli, zainspirował cynizm i nonszalancja Halbego i postanowiła obdarować tymi cechami nowego bohatera u siebie. W ten sposób powstał Andrzej Budzyński, prawnik, którego rolę mi powierzono. Chyba właśnie tak było, ale jeśli jestem w błędzie, to mam nadzieję, że Alina mi to wybaczy.

Budzyński niemal wrósł już w rodzinę Mostowiaków.

- Bardzo się cieszę, bo ja też, acz długo to trwało, "zadomowiłem" się w tej ekipie. Ostatnio mojemu bohaterowi przybył wujek, grany przez Andrzeja Łapickiego, co bardzo wzbogaciło grono znakomitości, które miałem dotąd okazję poznać na planie. Ciekawe, że w "M jak miłość" pojawiłem się już kiedyś, na samym początku emisji, ale w jednodniowym epizodzie i było to mój pierwszy w życiu kontakt z kamerą. Nie przypuszczałem wówczas, że wrócę tu po latach.

Pański bohater ewoluuje na naszych oczach - z zimnego drania zmienia się w porządnego faceta.

- To miłość, czyli sedno tego serialu, ma na niego zbawienny wpływ. Zresztą sądzę, że dużo jeszcze czasu upłynie, nim wyjdzie na jaw, co tak naprawdę w nim siedzi, bo ten bohater jest chyba po to, by wzbudzać niepokój i elektryzować otoczenie.

Podobnie, jak ksiądz Jakub w "Plebanii". Jego wątek stworzono chyba specjalnie dla pana?

- No tak, choć, poza zamiłowaniem do sportu nic więcej mnie z tym bohaterem nie łączy! Kuba to niekonwencjonalny ksiądz, postpunkowiec-aktywista, który robi sporo zamieszania.

Od pewnego czasu rola goni rolę, a pana popularność wciąż rośnie…

- Chyba tak, choć daleko mi do medialnego szaleństwa, ciągłej obecności w kolorowych pismach. I wcale o tym nie marzę. Ale przyznaję, że na zlocie fanów "M jak miłość" tłum tak naciskał, że zostałem w koszuli z oderwanymi guzikami.

Komplementy nie przewracają aktorowi w głowie?

- Wiem, że znajduję się teraz w sytuacji, o jakiej myśli większość aktorów, co nie znaczy, że mam z tego powodu zadzierać nosa! Zresztą między laurkami zdarzają się też krytyczne oceny, nieuniknione, gdy człowiek wystawia się na publiczny widok. Równowaga musi być. A jeśli mówimy o zmianach, to jest ich sporo. Przeprowadziłem się chwilowo do Warszawy, bo tu są realizowane produkcje, w których gram. I niestety, brakuje mi czasu na treningi sportowe.

Często pan powtarza, że dbanie o formę to obowiązek aktora.

- To nie jedyny powód, dla którego uprawiam różne dyscypliny. Te zajęcia są dla mnie relaksem. Już w dzieciństwie zaraziłem się pasją nurkowania, zgłębiając granitowe wyrobiska z krystalicznie czystą wodą w okolicach Strzelina, małej miejscowości na Dolnym Śląsku, skąd pochodzę.

Często wraca pan w swych wypowiedziach do tego miejsca…

- I będę to robił bez końca, bo wiem, że ludzie często wstydzą się tego, że wychowali się na wsi, czy w prowincjonalnym miasteczku. Albo sądzą, że taki start uniemożliwia im realizację marzeń, życiowych celów. Tymczasem, w moim mniemaniu, określenie "prowincja" nie dotyczy wyłącznie położenia geograficznego, ale też horyzontów myślowych. W takim sensie światowcem może być ten, kto znajduje się z dala od wielkiej aglomeracji, a mieszkaniec samego jej centrum - prowincjuszem. Wszystko zależy od tego, co tkwi w człowieku, w jego głowie, sercu. I w duszy, o ile ją posiada…

Jolanta Majewska

Dowiedz się więcej na temat: Krystian Wieczorek | seriale | aktor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje