Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kto jest debeściak?

Co ma Hołdys do Kilera, jak Kiler nie trafił do przyszłości i czym mógłby się dzisiaj zajmować opowiada Cezary Pazura.

Po zdobyciu pierwszego kontenera ze złotem Jurek Kiler postanowił przeznaczyć całą kasę na polską produkcję filmową. Potem tego żałował. Jak pan sądzi, czy żałuje do dziś?

Reklama

Cezary Pazura: - To zależy, w co zainwestował, bo polskie kino, dzięki Bogu, jest wszechstronne, wielotematyczne i wielowątkowe. Myślę więc, że niekoniecznie. Czasem niepotrzebnie krytykujemy nasze produkcje, niektóre z nich są naprawdę warte uwagi. Czytałem, jaki zestaw filmów weźmie udział w tym roku w festiwalu w Gdyni i naprawdę wygląda on imponująco. Jestem optymistą, jeśli chodzi o polskie kino.

Natomiast miłośnicy polskich komedii tęsknią do stylu, który prezentował "Kiler". Dla wielu kinomanów jest to wciąż ulubiony film rodzimej produkcji, jeśli chodzi o ten gatunek.

- Został nawet wybrany najlepszym polskim filmem 25-lecia. Byłem w szoku. Zdzwoniliśmy się z Julkiem Machulskim, żeby sobie pogratulować. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, przecież przez 25 lat powstało mnóstwo filmów, wiele dobrych i bardzo dobrych. Zaskoczenie było tym większe, że przed laty na festiwalu w Gdyni "Kiler" nie zdobył żadnej poważnej nagrody poza Klakierem, który jest nagrodą za najdłużej trwające po projekcji owacje. Życie to zweryfikowało i o filmach wtedy nagradzanych nikt już dziś nie mówi, a "Kiler" nadal jest oglądany.

Na czym, pana zdaniem, polega fenomen tego filmu?

- To historia bardzo dobrze wymyślona przez Piotrka Wereśniaka. A każdy widz identyfikując się z bohaterem wyobraża sobie siebie na jego miejscu. To chyba w ogóle największy magnes w kinie. "Kiler" to film, który w człowieku zostaje i ma bardzo dobrą energię. Nawet gangsterzy są w nim sympatyczni, kompletnie inaczej niż w życiu. To taki sposób odreagowania. Poza tym "Kiler" jest kinem familijnym, mogą go oglądać dzieci, młodzież, dorośli i to po parę razy, i wszyscy dobrze się bawią. Wydarzyło się coś zaczarowanego, że żywot tego filmu jest taki długi i wciąż ma on wydźwięk optymistyczny i pozytywny. Do dziś zdarza mi się widzieć ludzi, którzy, wspominając o "Kilerze", uśmiechają się.

Zdarzało się, że ludzie na pana widok krzyczeli "O, Jurek Kiler"?

- Tak, ale najczęściej zaraz po premierze, bo aktor jest więźniem swojej ostatniej roli. Ale do dzisiaj zdarza się, że niektórzy mówią do mnie "Kiler". Czasem, kiedy rozdaję autografy, słyszę "Pan się podpisze - Kiler". Zdarza mi się też słyszeć "Mam dla pana zlecenie".

"Niech pan pamięta o emerytach"?

- Też. I wielokrotnie słyszałem w sklepie, kiedy mąż dawał żonie pieniądze: "Tyle to na waciki". Albo o pekaesach z tekstu "Kiler, ale masz zajebiste pekaesy", które też weszły do języka potocznego, a było to zupełnie nowe słowo, podobnie jak debeściak.

Czy któryś z tych kultowych cytatów powstał na gorąco w trakcie realizacji filmu?

- Większość została zapisana w scenariuszu, ale pojedyncze strzały padały na planie. Tekst z pierwszego spotkania z Rysią Siarzewską usłyszałem wcześniej jako dowcip: żona proponuje mężowi, że usmaży mu jajka, a on jej na to "Cycki se usmaż". Opowiedziałem go, a Julek mówi "Dobre, robimy to. Wejdzie albo nie, najwyżej wytnę w montażu". A później, kiedy pokazywał ten fragment znajomym, radzili "Zostaw, bo to śmieszne". Rewiński oczywiście wymyślił "Memory, find, Siara i wszystko jasne". Śpiewanie "Czterech pancernych" na basenie to też jego pomysł.

Jak udawało wam się zachować powagę na planie?

- Nie wiedzieliśmy, że kręcimy kultowy film. Po prostu chcieliśmy go zrobić jak najlepiej i każdy na planie dał z siebie wszystko. Przy okazji była dobra, nieskrępowana zabawa. Skrępowanie pojawiło się dopiero w czasie realizacji drugiego "Kilera", bo przeskoczenie jedynki było praktycznie niemożliwe. Z drugiej strony istniało ciśnienie, żeby powstała kontynuacja, ponieważ publiczność chciała poznać dalsze losy tego bohatera. Gdybyśmy poszli wtedy za ciosem, praktycznie mógłby powstać serial. Amerykanie mają Bonda, a my mogliśmy mieć Kilera. Jednak reżyser zdecydował, że powstaną dwie części i koniec. Szkoda. Moim zdaniem przez taką źle pojętą skromność czasem gubimy po drodze to, co nam się udaje. Udał nam się "Kiler", więc trzeba go było dalej ciągnąć. Myślę, że pomysłów wystarczyłoby jeszcze na wiele części. Publiczność też z chęcią śledziłaby dalsze przygody Kilera.

Do dziś fani filmu dyskutują na forach internetowych, dlaczego nie powstała trójka. 

- No właśnie. Nawet miałem pomysł na trójkę i wspominałem o nim Julkowi. Chciałem, żeby Kiler z Siarą zostali wyekspediowani w przyszłość do "Seksmisji" - do Stuhra i Łukaszewicza na pomoc, bo im tam nie wyszło. Bardzo chciałbym zobaczyć "Seksmisję 2". Ja, jako fan tego filmu. Jest absolutnie genialny pod każdym względem. A do tego chciałbym też zagrać w "Seksmisji" (śmiech). Gdyby Kiler został przeniesiony w przyszłość do tych dziewczyn, to by mi się udało.

A o co chodzi z kolekcją Kilerzy? Co oni nam tu - Empik z domów robią? 

- Wcześniej był taki projekt właśnie z "Seksmisją": najbardziej kultowe teksty z filmu zostały uwiecznione na przedmiotach codziennego użytku. A teraz pojawiła się podobna kolekcja z "Kilera" - popularne cytaty umieszczono na talerzach, domowych fartuszkach, rękawicach do trzymania gorących rzeczy, na kubkach. Widziałem ją i bardzo mi się podoba: jest dowcipna, kolorowa i sympatyczna.

- Kiedy robiliśmy "Kilera", dobrym duchem tego filmu był Zbigniew Hołdys, nasz słynny muzyk. Wrócił wtedy do Polski ze Stanów, gdzie długo siedział, i stwierdził: "Powinniście zrobić wokół tego filmu dużo gadżetów, bo to będzie duży przebój i warto zadbać, żeby każdy miał z niego jakąś pamiątkę - breloczek, kubeczek, koszulkę...".  Ale w roku 1997 jeszcze nie było takiego przełożenia przemysłu filmowego na rozrywkowy. Dzisiaj jest inaczej. Mój synek ogląda film "Auta", w którym głównym bohaterem jest Zygzak McQueen, i ma wszystko z Zygzakiem, poczynając od samego Zygzaka; ma też walizkę z Zygzakiem, szczoteczkę do zębów, koszulkę i nawet buciki z małymi samochodzikami - Zygzakami. Jak się ma ulubionego bohatera, to chce się go zawsze mieć przy sobie.

- Dlatego fajnie, że ktoś pomyślał: "Kurczę, lubię tego Kilera i chciałbym mieć coś związanego z tym bohaterem, na widok czego się uśmiechnę". I proszę, jest czerwony talerzyk, na którym są namalowane jajka i napis "Cycki se usmaż". Momentalnie powstaje skojarzenie, więc śmieję się do tego talerzyka jak głupi do sera. To pozytywne i nikomu nie robi krzywdy. Popieram takie pomysły, które są sympatyczne i nikogo nie obrażają.

Jak pan sądzi, czym dzisiaj mógłby się zajmować Jurek Kiler?

- Boję się, że Jurka Kilera wplątano by w politykę i dawno by go oczerniono. Oczywiście niesłusznie. Musiałby więc, bo jest ambitnym chłopakiem, dowieść, że nie jest taki, jak się go opisuje. Myślę, że gdyby Jurek Kiler dzisiaj miał mieć przygody, walczyłby z ogólnoświatowym hejtem, z tą wszechobecną nienawiścią. Jestem o tym najgłębiej przekonany, bo przecież Kiler to ja.

Rozmawiała Magdalena Walusiak

Styl.pl/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: Kiler

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje