Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kryzys? Musi odejść! - część II

Lubię oszczędność w słowie. Uważam, że cechą elegancji jest oszczędność - mówi Leszek Balcerowicz Małgorzacie Domagalik.

Kiedy Pan biegnie, bo przecież Pan biega systematycznie, to też myśli Pan przede wszystkim o pracy?

Reklama

Jak już powiedzieliśmy, robota to moje hobby. (Śmiech).

A życie prywatne?

Mam szczęście mieć szczęśliwą rodzinę.

Jest Pan bezkompromisowy?

Nie wiem, nie myślę w tych kategoriach, ale są tacy, którzy są w podejmowaniu decyzji sparaliżowani strachem. Znałem takich nawet na ważnych stanowiskach. Nieważne, ile mają wiedzy.

Tacy się nie nadają na szefa.

A na męża?

Nie nadają się, bo to żona będzie podejmowała decyzje. (Śmiech).

To prawda, ekonomia nieźle namieszała w niejednej miłości.

Dlaczego?

Coraz więcej kobiet zarabia lepiej niż mężczyźni, podejmuje za nich decyzje.

To całkiem ciekawe. Analizy ekonomiczne, które pokazują, dlaczego jakaś para powstała, powstały uczucia, czy dla biologii? Dlaczego?

Czy dla pożądania...

Analiza ekonomiczna z grubsza wyraża pewne prawidłowości, jak i dlaczego się ludzie dobierają. Prawidłowości statystyczne, a nie indywidualne. Gdy pani mówi o ekonomii, pewnie ma na myśli niektóre tendencje we współczesnej gospodarce.

Właśnie. Na Śląsku przebadano grupę mężczyzn, którzy stracili pracę, i okazało się, że ci przez trzy miesiące nie mogli się z tym pogodzić, czwartego siadali przed telewizorem, ale po pół roku było już dla nich normalne, że to żona wraca z pracy i utrzymuje dom.

Trudno żyć bez zdolności przystosowania się, czyli takich cech, że to, co jest na początku bardzo nieprzyjemne, staje się z biegiem czasu mniej nieprzyjemne.

Bywa Pan próżny?

Jeśli jestem egocentrykiem, to mam nadzieję takim, którego egocentryzmu nie widać.

Pana rodzice mieli aspiracje, żeby ich dzieci były wykształcone.

To pewnie brało się z różnych powodów. Moi rodzice nie mieli wyższego wykształcenia. W normalnych warunkach na pewno by je zdobyli. Jestem im wdzięczny, że stworzyli nam warunki do kształcenia się.

Był Pan prymusem?

Tak, miałem bardzo dobre wyniki. Tak się składało, że nie sprawiała mi kłopotów matematyka, lubiłem historię. Byłem dobry w sporcie.

Co więcej, potrafił Pan tak się zmotywować, żeby na tyle się odchudzić, by potem skakać i biegać. Lepiej od innych.

Widzę, że wszystko pani wie.

Oczyma wyobraźni widzę 10-letniego pulchnego Leszka, który siedzi na kanapie i myśli: "Kurczę, ja im jeszcze pokażę...".

Tak, ale akurat w tym kręgu, w którym ja się wychowałem, przekonanie, że się dobrze wygląda, czyli ma nadwagę, trzymało się mocno. Pamiętam, że wyrzucanie jedzenia uchodziło za grzech.

Do dzisiaj chleba nie potrafię wyrzucić.

Ja też staram się tego nie robić. W czasach, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, druga połowa lat 50., były masowe programy sportowe, czwórbój lekkoatletyczny. W piątej klasie byłem gdzieś na samym dole, ale na końcu podstawówki byłem już na pierwszym miejscu. Dlatego że się zawziąłem, to prawda.

Jest Pan uparty?

Jeżeli przez upór rozumieć to, że człowiek łatwo nie zmienia zdania, to ja łatwo nie rezygnuję.

Pozorne ruchy - to nie dla Pana.

Organicznie nie znoszę bicia piany. To jest kiepski styl.

Rodzicom był Pan posłuszny?

Być posłusznym, tzn. wobec pewnych zaleceń, reguł, tak?

Ojciec np. mówił: "Trzeba być tolerancyjnym" albo "Niech cię nie obchodzi, ile mają inni".

Był małomówny, ja też nie jestem duszą towarzystwa. Pewne rzeczy były oczywiste, nawet nie trzeba było mówić. Taka elementarna uczciwość.

Palił Pan kiedyś?

Fajkę... Miałem taki okres. Skończyło się wtedy, kiedy moja kilkuletnia córka złamała mi fajkę.

Dziewczyna z charakterem.

Rzeczywiście, z charakterem.

Ale a propos charakteru, Pan też jako chłopak był porywczy.

Jakoś musiałem to przetworzyć na młodzieńczą energię. Wychowałem się na przedmieściach Torunia. Niedaleko były slumsy, Dębowa Góra. Tam do szkoły chodzili chłopcy z tej okolicy,

którzy byli po ileś lat w tej samej klasie, w związku z czym byli ode mnie dużo starsi. To z nimi toczyliśmy walki.

W jakiej sprawie?

Nieważne były powody. Najczęściej występowałem w czyjejś obronie. Raz ktoś rąbnął mnie chyba w głowę łyżwą. Krew się leje, kolega puka do drzwi, w progu staje moja mama.

I?

Patrzy na to zakrwawione ubranie i pyta: "Żyje?". "Żyje!", odpowiada kolega.

Mamy tu do czynienia z pewnym antagonizmem: powściągliwością a porywczością.

Powiedzmy: poczuciem sprawiedliwości. Ja nie chcę dorabiać tu żadnej ideologii. Lubię oszczędność w słowie. Uważam, że cechą elegancji jest oszczędność.

A propos tej oszczędności, czy u Pana w domu rodzinnym rozmawiało się o pieniądzach?

Nie był to jakiś codzienny temat.

Zaznał Pan kiedyś uczucia niedostatku?

Że głód, że coś takiego? Nie, nie. Ojciec był człowiekiem bardzo energicznym. Był ode mnie wyższy. To był silny mężczyzna. Myślę, że energię szczęśliwie po nim odziedziczyłem. No i on starał się w tych czasach, w których przyszło nam żyć, zapewnić nam przyzwoite utrzymanie. Oprócz tego, że pracował w sektorze uspołecznionym - tak to się wtedy mówiło - był kierownikiem tuczarni świń. Prowadził też małe gospodarstwo podmiejskie. Z tego było jakieś dodatkowe źródło dochodów. Sąsiedzi kupowali u nas mleko. Oprócz krów hodowaliśmy świnie, kury, kaczki. Nie byłem tym specjalnie zachwycony jako dziecko.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje